środa, 31 grudnia 2014

Intruz

Nazwisko Stephenie Meyer zna chyba każdy. Przecież nastała era przystojnych, kiczowatych wampirów z toną żelu na włosach i piękną cerą. W dodatku te zakazane miłości... W sumie, nic dziwnego, że wielu spogląda na "Zmierzch" z pewną dozą litości i rozbawienia. W tej chwili wstaję ja - i twardo przekonuję, że książki tej autorki nie są tak tragiczne, jak filmy.

Nie, nie mam zamiaru pisać o Zmierzchu. Ten etap mam już dawno za sobą, z resztą nie były to książki, które długo zapadają w pamięć. Oczywiście, są fajnie - znacznie lepsze niż film. Powiedzmy sobie szczerze, że Przed świtem faktycznie należała się nagroda najgorszego filmu. Wszyscy byliśmy tym już przejedzeni, a i reżyserowie, aktorzy i cała reszta nie dali sobie rady z lepszym przedstawieniem książki. Jeżeli chodzi o Intruza, jeszcze nie zdążyłam obejrzeć wersji filmowej. Sądząc po komentarzach, nic ciekawego mnie nie omija.
   Wyobraźcie sobie mieć kogoś obcego w głowie. Dosłownie. Dzielicie z nim ciało, porozumiewacie się myślami, musicie znosić jego ciągłą obecność. Jak dla mnie, brzmi to strasznie. Siedzieć we własnym ciele i nie mieć nad nim kontroli! Niestety, główna bohaterka stała się takim intruzem. Należy do gatunku dusz, które żyją wyłącznie dzięki żywicielowi. Podbili wiele światów, teraz przyszła kolei na Ziemię. Niestety, ludzie okazali się być zbyt rozemocjonowani i szybko się okazało, że zawładnąć ich umysłami będzie znacznie trudniej. Na taki właśnie problem natknęła się Wagabunda - dusza, która zwiedziła znacznie więcej planet niż jej przeciętna koleżanka. Teraz dostała ciało jednej z ostatnich ludzkich dziewczyn - Melanie. Szybko się okazuje, że dziewczyna jest twarda i buntownicza, i nie da się zapomnieć. Obie dziewczyny jednak zaprzyjaźniają się, gdy na ich drodze staje Łowczyni - kobieta, która próbuje wyłapać wszystkich rebeliantów. Dusza ma jej w tym pomóc, Melanie ciągle protestuje. Zdają sobie sprawę, iż obie jej nienawidzą, więc... uciekają prosto do kryjówki ostatnich ocalałych, gdzie pragną odnaleźć ukochanego Mel oraz jej młodszego brata.
    Brzmi ciekawie, prawda? Powieść jest ładna, rozbudowana, pomysłowa i... całkiem zepsuta. Rozczarowałam się gorzko, chłonąc lekturę strona za stroną. Autorka zbudowała nieprawdopodobnie rozbudowany świat przedstawiony. Jego opisy są interesujące i wciągające, a jednak... ciągle zgrzytało mi to po zębach i wchodziło między nie. Czułam się oszukana, kiedy okazało się, że ten fantastyczny Intruz jest zwyczajną powieścią młodzieżową. Gdybym przeczytała ją dwa lata wcześniej, byłabym wniebowzięta. Niestety, teraz straciło to dla mnie urok. Musiałam męczyć się z miłością Mel i Wandy (inaczej Wagabundy), bo przecież kochały dwóch innych mężczyzn. Jasne - nie brakowało akcji, chociaż było jej ciut za mało w tak sprzyjających okolicznościach. Za to bardzo polubiłam główną bohaterkę, Wandę. Jest oryginalna jak na ten gatunek. Ma dobre serce, nigdy nie myśli o sobie, lecz o innych, długo nie może zdać sobie sprawy, którego naprawdę kocha. Ziemia wywołała w jej myślach zamęt. Chociaż tyle już zwiedziła, nigdy nie była na tak barwnej, bogatej w doznania planecie. Z drugiej strony, Stephenie Meyer ukazuje wady ludzkości, zwłaszcza nasze skłonności do przemocy, a my nie możemy im zaprzeczyć. Reszta bohaterów również jest niczego sobie. Idealnie dopełniają tę książkę... choć ja nadal rozpaczam, że jej tematem było akurat to, a nie tamto.

Patrząc obiektywnie, muszę postawić 3/5. Chociaż chciałabym więcej, po prostu nie mogę. Czuję się za bardzo rozgoryczona. Pokochałam Wandę. Zasłużyła na bycie bohaterką, tak jak ja zasłużyłam na bogatszą lekturę. Jak zwykle, zakończenie było najciekawsze. Pomimo tego, jestem mile zaskoczona. W sumie, spodziewałam się czegoś tak samo melodramatycznego jak romans Belli z Edwardem. To jest ten jeden, wielki plus - w książce nie ma przystojnych wampirów. Są za to piękne dusze oraz ich niezwykłe uczynki. Cieszę się, że książka stoi na mojej półce, bo zawsze mogę po nią wrócić i jeszcze raz przemyśleć, czemu stała się tak błahostkowa pomimo mil dobrej fabuły.
/Yori

Oryginalny tytuł : The Host
Autorka : Stephenie Meyer
Wydawnictwo : Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron : 556
Gatunek : sci-fi, romans, młodzieżowe

wtorek, 23 grudnia 2014

Francuski ogrodnik

Okładka książki Francuski ogrodnikNadszedł ten czas, kiedy człowiek jest pochłonięty przygotowaniami do Świąt Bożego Narodzenia. Pieczemy ciasta, chodzimy na świąteczne zakupy i mamy prawdziwe urwanie głowy. Jednak, kiedy już wszystko załatwimy, bigos spokojnie sobie pyka na kuchence, a ciasto siedzi w piekarniku, warto znaleźć sobie chwilę wytchnienia przy niezwykle ciepłej, miłosnej powieści. 



Zawsze czułam pociąg do miłosnych opowieści, jak wiele kobiet (nie ważne czy młodych, czy trochę starszych). Zazwyczaj są to pewnego rodzaju komedie z domieszką fantasy, więc typowe książki młodzieżowe. Tym razem, mama przyniosła z biblioteki kilka ciekawych pozycji, które mnie zainteresowały. Właśnie Francuski ogrodnik wydawał mi się najbardziej interesujący, ponieważ sama interesuję się roślinami.
    Miranda Claybourne to  kobieta, która nie wyobraża sobie życia poza Londynem. Najlepiej czuje się w wielkim mieście, gdzie nosi szpilki oraz wyborne ubrania z najwyższych półek. Pech chciał, że jej mąż postanowił się przeprowadzić. Niby wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nowy dom znajduje się na wsi. W dodatku jej mąż, nadal przybywa w Londynie, ciężko pracując na dom. Wszystko układa się źle... Miranda nie ma czasu na pracę, nie może znaleźć nikogo do pomocy przy dużym domostwie i nie może poświęcić uwagi dzieciom. W dodatku ciągle słyszy o byłej właścicielce domu, która miała prawdziwą rękę do kwiatów i jej ogród był chlubą! Wszystko się zmienia, gdy poznaje swojego sąsiada. Załatwia jej on pomoc domową - starego ogrodnika i kucharkę. Niedługo później, pod drzwiami domu Mirandy zjawia się tajemniczy Francuz, który wyraża chęć przywrócenia jej ogrodowi niezwykłego blasku.
    Od razu muszę napisać, że powieść niezwykle mnie urzekła. Aura, która mnie otoczyła, gdy tylko przeczytała pierwsze rozdziały, pozostała aż do kończącego się happy end'em końca. Przede wszystkim, książka składa się z życia dwóch kobiet. Chociaż Miranda jest niejako główną bohaterką, odnajduje ona notatnik poprzedniej właścicielki - Avy. To ona stworzyła piękny ogród, a także przeżyła w swoim życiu niewyobrażalną miłość, pomimo tego, iż była mężatką. Miranda zatopiona po uszy w miłosnej historii tej wesołej, ekscentrycznej kobiety, przeżywa wzloty i upadki. Jej życie gruntownie się zmienia, a nowy, przystojny ogrodnik pokazuje jej prawdziwą magię, która otacza majestatyczny ogród. Dzieci odżywają, nagle zjawiają się nowi przyjaciele, a małżeństwo naprawia pęknięte fundamenty. Ale co z nieszczęśliwą historią Avy, która bez pamięci pokochała MF? Oba wątki są niezaprzeczalnie urocze i wciągające. Ostatnimi czasy, naprawdę rzadko się zdarza, bym pochłonęła 500-stronową książkę w dwa dni.
    Autorką książki jest Santa Montefiore. Z autorką spotykam się po raz pierwszy - prawdopodobnie nie ostatni, ponieważ jej styl bardzo przypadł mi do gustu. Lubię książki pełne żywych, soczystych opisów, które gładko łączą się z fabułą. W tej książce, takie się znalazły i występowały całkiem często. W końcu, tłem dla fabuły był ogród - piękny, duży ogród, ognisko domowego ciepła, czy też magii rodzinnej miłości. Autorka oprócz pięknego świata przedstawionego, stworzyła ciepłe, pełne ulotnych wspomnień postaci. Czytając ich historię, czułam się niczym ich koleżanka, jakbym mieszkała w Hartington. Ciężko jest przedstawić bohaterów w taki sposób, by ożywiały przed naszymi oczami. Dlatego szarpnę się i ocenię książkę na 5/5. Jak dla mnie, niczego tam nie zabrakło. Książka jest idealna na chłodne wieczory, takie jak teraz. Sądzę, że była tak samo fantastyczna, gdybyśmy zabrały ją ze sobą na balkon/taras w czerwcowy wieczór. Przede wszystkim, wielka miłość wcale nie jest mdława, jak w większości podobnych powieści. Ona jest od niego starsza, lecz to co czuje, widocznie ją odmładza. Nie żałują godzin spędzonych w małym domku, z dala od wzroku jej męża. On jest młody, pragnie jej i uważa za piękną. Ta miłość jest namacalna, słodko-gorzka, jak łzy w których się rozstali. Czy żadne z nas naprawdę nie marzy o podobnym uczuciu, które jak tęcza, która zawsze kiedyś zniknie? Po drugie, fabuła nie skupia się wyłącznie na tej miłości. Są wątki bliżej znane naszemu sercu: praca, sukces, dom i dzieci. Autorka w niezwykłe delikatny sposób ukazuje nam miłość rodzicielską oraz serce rozdarte po zdradzie. Naprawdę, trudno jest znaleźć tak piękną powieść o podobnej tematyce...
/Yori

Oryginalny tytuł : The French gardener
Autorka : Santa Montefiose
Wydawnictwo : Świat Książki
Liczba stron : 494
Gatunek: romans, obyczajowe

środa, 17 grudnia 2014

Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu

Kupno "Zwiadowców" było chwilą rozterki. Widziałam tę jakże długaśną serię i zaraz odwracałam wzrok, raczej niezainteresowana. Żałować? Nie żałuję, bo książka całkiem miła dla oka, choć porównanie do "Władcy Pierścieni" jest trochę zgubne.


Will to zwyczajny chłopiec. Może trochę zbyt niski i chuderlawy, by nadawał się do swojej wymarzonej szkoły rycerskiej, bo nie oszukujmy się - aby zostać rycerzem, trzeba mieć krzepę. Na szczęście chłopak też coś potrafi, jak choćby skradać się oraz szybko wspinać po niemalże każdej ścianie. Te niebywałe umiejętności dostrzega Zwiadowca Halt i zabiera Willa do siebie - na ucznia. Od tego czasu chłopak szkoli się i robi duże postępy w wielu dziedzinach: w odnajdywaniu tropów, strzelaniu z łuków, zlewaniu się z otoczeniem. Wszystkim, co potrzebne jest Zwiadowcy, którego zadaniem jest śledzenie oraz znajdowanie ciekawych lub pożytecznych informacji dla dobra całego państwa.
Will nigdy nie miał nazwiska, więc nie zna swoich rodziców. Wychował się pod pieczą barona Aralda wraz z czterema innymi wychowankami. Jednym z nich jest Horace, naturalny wróg Willa. Udaje mu się dostać do Szkoły Rycerskiej, odkąd śledzimy również jego losy. W którym momencie tych dwoje znów się spotka i pokona nienawiść w dziwaczny, aczkolwiek waleczny sposób.
    Tak mniej więcej rozwija się fabuła. Nie spodziewałam się niczego wielkiego po tak małej objętościowo książce oraz dużej czcionce. Szczerze powiedziawszy, to podeszłam do tej lektury z niejakim dystansem. Faktycznie, daleko mu do "Władcy Pierścieni" jakie porównanie postawił mu Limelight na okładce książki. Chociaż powodów do narzeka również nie jest wiele. Przede wszystkim książeczka jest napisana w bardzo fajny, przejrzysty sposób, który nie utrudnia nam w żadnym wypadku lektury. Opisy są żywe oraz szczegółowe, John Flanagan zna się na rzeczy i wiedział jak to rozpisać. Historia Willa jest na swój sposób niezwykła, pełna tajemnic. Wierzę, że wciągu kilku tomów zacznie się ładnie i ciekawie rozwijać. Jestem pewna, że po nie sięgnę. Świat przedstawiony jest równie ciekawy, choć po czytaniu setnej książki z czasem około średniowiecznym czuję jedynie monotonnie. Jedyne, co w jakiś szczególny sposób wyróżnia się z tej jakże ciekawej, lecz zwyczajnej książki to bohaterowie. Sam Will nie jest typowym stereotypem głównego bohatera fantasy. Owszem, jest wyszczekany i ciekawski wszystkiego co go otacza, jednak potrafi się uczyć i słuchać nauczyciela. Jest grzeczny, spostrzegawczy, ale wcale nie nudny. Czytając książkę, uczymy się wraz z nim. Jego przyjaciele z przytułku również są osobowościami ciekawymi. Jenny to wiecznie rozradowana dziewczyna o dużym apetycie, która nie mogła się nie dostać do Zamkowej Kuchni. Alyss, rówieśniczka Willa to prawdziwa młoda kobieta: opanowana i spokojna. Nic dziwnego, iż Mistrzyni Służb Dyplomatycznych przyjęła ją na termin. Sam Halt jest postacią tajemniczą. Zalicza się raczej do tych "wrednych nauczycieli", a jego cynizm potrafi wręcz ubawić. Oczywiście bohaterów jest wiele i nie można któregoś nie polubić.

Trudno jest mi wystawić jakąkolwiek ocenę, ponieważ to dopiero I tom. Oczywiście, będę stała się zrecenzować kolejne, ale na tę chwilę stawiam 3/5. Trochę więcej niż połowa. Książka jest naprawdę miła, t.zn. idealna dla lubiących ten gatunek i zaczynających z nim, ponieważ jest prosta, a jednocześnie nie nudzi. Z drugiej strony, to książka jakich wiele - po prostu do czytania.
/Yori

Tytuł oryginału : Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan
Autor : John Flanagan
Wydawnictwo : Jaguar
Liczba stron : 319
Gatunek : fantasy, przygodowe

środa, 10 grudnia 2014

Rekin z parku Yoyogi

Z pewnością, rekin leżący w parku jest dziwnym zjawiskiem. Wyobrażacie sobie pójść na spacer i spotkać takiego na zielonym trawniku? Skąd się wziął? Przecież nie mógł spaść z nieba...? A jednak.


Opisywałam już Japoński wachlarz Joanny Bator. Książka niezwykle mnie zainteresowała, nie tylko ze względu na tematykę, ale również przez ciekawy język autorki. Nic więc dziwnego, że sięgnęłam po Jej kolejne dzieło. Tym razem jakby trochę inne, uderzające z drugiej beczki. Rekin z parku Yoyogi nadal odnosi się do Japonii, aczkolwiek opisy nie skupiają się na pierwszych wrażeniach "zielonego" obcokrajowca, który znalazł się w całkiem nowym, dziwnym otoczeniu oraz masy ludzi poubieranych w garnitury. Teraz jest to książka mówiąca o Japonii jako ludziach i ich duchu, wypełniona przemyśleniami oraz przeżyciami samej autorki. Niektórzy mogą się tym zgorszyć. "Eee, a ja szukałem czegoś więcej". Dla takich mam słowa otuchy - żeby poznać ten kraj, trzeba najpierw zrozumieć ludzi i ich zachowania.
   W poprzedniej książce urzekły mnie rozdziały poświęcone szczególnie jedzeniu oraz szczegółowym opisom nowego otoczenia. Była to dla mnie prawdziwa uczta, bo dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, o których nigdzie indziej bym nie słyszała, a mimo to autorka potrafiła poruszyć moją część siebie, która nadal kocha Kraj Kwitnącej Wiśni. Jeżeli miałabym wybrać ulubioną część "rekina" to byłoby problem. Książkę pochłonęłam szybko, strona za stroną, słowo za słowem. Nim się oglądnęłam, doszłam do połowy i szybko ją przekroczyłam. Joanna Bator zgrabnie łączy te wszystkie lata swojego doświadczenia i opisuje je z humorzastą nutką. Porównuje Japonię z Polską, ludzi z innymi ludźmi zza granicy, którzy są nam bardziej bliscy. Posunie się nawet do szczerych stwierdzeń na nasz temat - rodaków. A mimo to, książka w żadnym stopniu nie jest odpychająca. Wciąga nas w ten inspirujący, japoński świat niczym wędkarz tłustego tuńczyka. Nic się przed nią nie ukryje. Ani las samobójców, ani najdroższa restauracja sushi, ani nawet tokijskie psy, czy choćby tak bardzo powszechna wśród wszystkich otaku Akihabara. Jednak, tak jak wcześniej wspomniałam, autorka przede wszystkim oddaje nam ludzkie zachowania. Szczerze wypowiada się na temat pracowitych Japończyków, którzy nawet po tragedii z 2011 roku zebrali się w sobie, by zacząć wszystko od początku. Japończycy nie doszukują się przyczyny, lecz wstają, otrząsają się i ruszają to posprzątać.
   Za tymi wszystkimi tematami, za tą nieprzebytą przez obcokrajowców Japonią, ciągną się jednak cienie. Nie mówię tylko o tym potwornym trzęsieniu ziemi, które odcisnęło na autorce tak piętno i przechadza się po książce niczym cień. Warto zgłębić się w temacie Godzilli, która według Norihiro Kato jest odzwierciedleniem powojennej Japonii. Można przeczytać o "biednej starej ciotce", którą każdy z nas nosi na ramionach (w nawiązaniu do japońskiego pisarza Murakamiego), o zamkniętych na świat rzeczywisty, trochę zdziecinniałych mężczyznach, którzy spędzają długie popołudnia w Akihabarze fotografując urocze pokojówki. To wszystko i jeszcze więcej zawarte właśnie w tej niepozornie wyglądającej książeczce.

Oczywiście stawiam 5/5, bo jak inaczej? Po pierwsze, jest to akurat to, co mnie interesuje. Po drugie, brak mdławych, oprawionych w stereotypy opisów. Sama świeżość i dobre wrażenia. Po trzecie, jest to właśnie książka Joanny Botor. Choć przyznaję, iż nie czytałam niczego więcej poza "rekinem" i "wachlarzem" to strasznie Ją polubiłam i chętnie sięgnę po więcej. Może trochę zazdroszczę, że ma możliwość mieszkania w kraju, o którym mogę jedynie pomarzyć lub wybrać się na tygodniową wycieczkę, która oprócz niezapomnianych wrażeń nic mi nie da. Chciałabym poznać tych zamkniętych w sobie, grzecznych do bólu ludzi. Ale co poradzić? Pozostaje mi tylko czytać tak dobre książki i wyobrażać sobie Japonię własnymi oczami.
/Yori

Autorka : Joanna Bator
Wydawnictwo : W.A.B
Liczba stron : 235

sobota, 6 grudnia 2014

Tancerze Burzy

Kocham fantasy - to naprawdę coś cudownego, czytać o szybujących w powietrzu smokach i niezwykłych zdolnościach czarodziejów. Ten gatunek od zawsze stanowił dla nas ucieleśnienie wyobraźni, przelanie w kartki tego, co albo nigdy nie istniało, albo nigdy nie było nam dane. Co jednak, jeśli zamiast potężnych, złych smoków i niezwykłych magów dostaniemy marnej postury Japonkę i... gryfa?


Interesuję się nie tylko Wschodnią literaturą, ale również kulturą. Szczególnie bliska jest mi Japonia, którą lubię nie tyle przez niezwykły język, fantastyczna technikę oraz popkulturę (np. anime, manga, moda). Przede wszystkim kocham japońską mitologię. Ich przedstawienie stworzenia świata oraz te wszystkie mityczne stworzenia, którym tłumnie stawiają kapliczki. Może właśnie dlatego zainteresowała mnie okładka książki, która przedstawia główną bohaterkę z niezwykłą arashitorą - hybrydą orła i lwa.

    Yukiko to całkiem zwyczajna, zbuntowana dziewczyna, która wie do czego służy broń. Jest wrażliwa, ale również niezwykle spostrzegawcza i inteligentna (uparta jak osioł też). Jej ojciec, Masaru (zwany również Czarnym Lisem) jest łowcą na dworze shoguna. W pewnym momencie dostaje zlecenie złapania Tygrysa Gromu, czyli wspomnianą wcześniej arashitorę (odpowiednik naszego gryfa). Jednak dla wszystkich, zwłaszcza dla łowców, oczywistym jest niepowodzenie tej akcji. Przecież Tygrysy Gromu już dawno wyginęły, podobnie jak wszystkie inne mityczne stworzenia. Mimo to, Masaru nie poddaje się. Nie ma zamiaru pozbawić się honoru.
    Wyruszają więc w drogę z przyjaciółmi Masaru - Akihito i Kasumi. Niestety, wielki statek, którym szybują w kierunku gór Ishi, napotyka na swej drodze potężną burzę. W otchłani deszczu, czarnych chmur oraz błyskawic, wreszcie trafiają na cel swojej podróży. Wielka arashitora spada na nich niczym grom. Masaru udaje się go złapać, lecz to na nic. Statek zajmuje się ogniem, a uwięziony Tygrys Gromu nie ma szans, by samodzielnie wydostać się z potężnej klatki. Wtedy na ratunek biegnie mu Yukiko. Nie zważając na swojego ojca, z którym z resztą nie ma zbyt dobrych stosunków, w ostatniej chwili zeskakuje z szalupy ratunkowej i znika w płomieniach.
   Przyznam, że nie spodziewałam się po marnym wstępie tak złożonej fabuły. Yukiko nawiązuje z arashitorą niezwykłe stosunki. W krótkim odstępie czasu przywiązują się do siebie i przenikają umysły. Moim zdaniem, nie tylko główni bohaterowie zwracają uwagę na piękno tej lektury. Autor, Jay Kristoff, zbudował niezwykle rozległy świat przedstawiony. Wyspy Shimy chylą się ku społecznej  ekologicznej klęsce. Kiedy ludzie wynaleźli lotos, stał się on ich głównym paliwem, a także trucizną. Jest wykorzystywany dosłownie do wszystkiego - jako paliwo do lotostatków i innych maszyn, również do picia i palenia, od którego wszyscy chorują. To silny narkotyk, który wywołuje niezwykle ciężką chorobę, przez którą umiera zbyt wielu ludzi. Niebo, woda, powietrze, jedzenie; niemalże cała powierzchnia Państw Tygrysa, Lisa, Smoka, Feniksa są przez niego zatrute. Czytając tę książkę oczami Yukiko, odbieramy tę całą brzydotę świata zamkniętego w czerwonym, duszącym dymie. Sami zaczynamy czuć niechęć i wyraźnie oddychamy z ulgą, gdy dziewczyna trafia do zarośniętej dziczy, z dala od siedlisk ludzkich.
Druga sprawa to stosunki, jakimi autor połączył wszystkie państwa. Wyspy Shimy są podzielone, lecz każde z nich służy wyłącznie szotgunowi oraz Gildii Lotosu. Niegdyś piękny kraj, stracił na uroku i pogrążył w biedzie. Niby takich powieści jest wiele, lecz wmieszane do tego Gildii Lotosu, która uważa się za najwyższą warstwę - dorównuje jedynie prawdziwej historii.

Ta książka dostaje ode mnie -5/5. Ten minusik za długi, trudny początek. Poza tym, język Kristoff'a jest niezwykle urozmaicony typową japońszczyzną. W książce roi się od typowo japońskich porównań (np. do kwiatów, wiatru, przyrody), a z drugiej strony za tą zwiewną lekkością czają się inteligentne dialogi. Bohaterowie mają poczucie humoru i tajemnice. Potrafią walczyć, a autor potrafi to opisać jak należy, wlepiając tam nutę tkliwości, np. jak w przypadku opisu przepięknej arashitory. Od razu rzuca się w oczy Jego znajomość ze wschodnia kulturą. Choć nazwy są śmiesznie proste i mało oryginale (dla tych, którzy orientują się w japońskim). Mogę jedynie zaznaczyć jeden minus. Dla mnie on raczej nie był uporczywy, ponieważ sama znam Japonię, ale dla każdego kto spotyka się z tą piękną kulturą po raz pierwszy, zrozumienie tej książki będzie niezwykle trudne. Autor nie silił się na owijanie w bawełnę, t.zn. powieść pełna jest orientalnego słownictwa oraz kultury. Wymaga od nas, byśmy znali podstawę mitologii japońskiej i zachowania jakie wypadają (również rodzaje broni). Z tyłu oczywiście znajduje się słowniczek, ale co to za frajda z czytania, kiedy co chwila musimy tam zaglądać?
/Yori

Nazwa oryginału : Stormdancer
Autor : Jay Kristoff
Wydawnictwo : Uroboros
Liczba stron : 444 (łącznie ze słowniczkiem)
Gatunek : fantasy, akcja, sci-fi

niedziela, 30 listopada 2014

Jedyna szansa

Kiedy ja ostatnio czytałam jakiś fajny kryminał? Oj, dawno... W sumie nie jest to gatunek, który bardzo lubię. Jedynym wyjątkiem są powieści Koontz'a, bo cenię sobie niezwykły talent tego autora. Dlatego, kiedy koleżanka podsunęła mi "Jedyną szansę", byłam naprawdę zaciekawiona. Spodoba mi się, czy jednak oddam po siódmym rozdziale?


Coben - nazwisko jakże znane i lubiane przez czytelników kryminałów. Nie spotkam się z nim po raz pierwszy, lecz po praz pierwszy czytam. Na początku spostrzegłam, że książka posiada prosty język, którym autor potrafił poruszyć do głębi. Fabuła jest przecież o mężczyźnie, dr Marc'u Seidman'ie, który stracił żonę oraz dziecko. Ba, sam został postrzelony. Książka napisana w pierwszej osobie była niezwykle uczuciowa, bo każda emocja opisana z punktu widzenia bohatera była czytelna. Marc obudził się w szpitalu, gdzie leżał w śpiączce. Po wybudzeniu dowiaduje się od funkcjonariusza FBI, że jego żona nie żyje, a malutka córeczka - zaginęła. Tak oto, mężczyzna który w życiu cenił sobie jedynie zawód oraz samego siebie, rusza w pościg za ludźmi, którzy porwali jego dziecko. Jest w stanie zrobić praktycznie wszystko. Coben wielokrotnie odwołuje się do czytelników - co by się stało, gdybyśmy i my stracili nasze jedynie, ukochane dziecko? Niestety, ja nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, przecież dzieci jeszcze nie mam. Mimo to książka stała się bardzo wciągająca i jedyne co odrywało mnie od lektury, to szkoła.
   Chociaż nie mam wielkiego doświadczenia z kryminałami, to ten zaskoczył mnie ciągnął akcją. Co chwila zwrot akcji, jeden trop nachodzi na drugi, żeby w końcu okazał się mylny. Czytelnik ma jasno opisaną sytuację, a i tak nie potrafi sam dojść do tego, kto za tym wszystkim stoi. W dodatku, oprócz porwania malutkiej Tary, dochodzi wątek handlowania dziećmi z krajów trzeciego świata. Zdają się być ze sobą jakoś splecione, lecz do samego końca nie wiemy jak.
Marc jest bezsilny, bo co może zrobić? Porywacze zniknęli z jego córką oraz pieniędzmi wyłudzonymi od jego teścia. Żona okazała się mieć problemy psychiczne, pod jego domem krąży tajemnicza postać, a dodatkowo spotkał po latach swoją starą miłość. Całe osiemnaście miesięcy bez żadnego odzewu - samotne, uciążliwe życie... i nagle znów odzywają się porywacze: "CHCESZ MIEĆ OSTATNIĄ SZANSĘ?"
    Nie ukrywam, nie lubię kryminałów (prócz pewnych wyjątków). Może nie tyle mnie nudzą, co irytują. To całe ukrywanie prawdy, owijanie jej w bawełnę i zazwyczaj nierozgarnięci bohaterowie. Ta książka jest inna. Nie nazwałabym jej ulubioną, ale jedną z lubianych. Czyta się szybko i przyjemnie. Jeszcze szybciej można utożsamić się z głównym bohaterem, który zrobił na mnie całkiem spore wrażenie. Nie odnalazł się jeszcze w roli ojca, Tara miała zaledwie sześć miesięcy, ale ryzykuje życie i poświęca wszelkie środki, aby ją odnaleźć. Prosi o pomoc starą znajomą Rachel, byłą funkcjonariuszkę FBI. Szybko się okazuje, że porywacze nie są amatorami i nie poradzą sobie bez niczyjej pomocy. Wybuchnie nie jedna strzelanina i wielokrotnie nadzieja głównego bohatera pozostanie złamana...
    Moja ocena to 5/5. Praktycznie nie ma niczego, czego mogłabym się przyczepić. Prosty, ale jednocześnie rozbudowany świat przedstawiony. Niezależni, ciekawi bohaterzy. Kilka rozbudowanych wątków. Napięcie oraz ciekawość jaką wywołuje w czytelniku książka. To wszystko składa się właśnie na "Jedyną szansę", którą mogę polecić praktycznie każdemu, nawet nielubiącemu kryminałów. Sama się przecież przekonałam, że powieść jest naprawdę dobra. Ot taka, na chłodne wieczory przy kubku gorącej herbaty (z dreszczykiem emocji).
/Yori

Tytuł oryginału : No second chance
Autor : Harlan Coben
Wydawnictwo : Świat Książki
Liczba stron : 416
Gatunek : kryminał, akcja, dramat

czwartek, 23 października 2014

Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory.

     Jestem wielką miłośniczką książek historycznych, zwłaszcza, gdy opisują losy ludzi, którzy faktycznie żyli. Mój pociąg historią zaczął się już w gimnazjum, gdy z wielką uwagą słuchałam o losach polskich władców, a mitologię często stosuję jako fundamenty moich własnych, hobbystycznych opowieści. Nic więc dziwnego, że po "Hrabinę" sięgnęłam bardzo chętnie. Tylko kim naprawdę jest ta kobieta, którą owiano pełnymi krwią mitami?


Okładka książki Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory    Na początku chciałabym przybliżyć nieco postać samej Elżbiety. To wysoko urodzona węgierska szlachcianka (na co wskazuje samo nazwisko). Miała dwie siostry oraz brata, ona sama wyszła za mąż bardzo wcześnie za równie wysoko urodzonego Ferenca Nádasdym'ego. Jednak nie stałaby się sława i nie została okrzyknięta "krwawą hrabiną", gdyby nie zbrodnie, które popełniła. Chociaż prawdy nie możemy potwierdzić w stu procentach, to przyznaje jej się mordowanie młodych dziewcząt, kąpanie się w ich dziewiczej krwi oraz liczne romanse z kochankami obu płci. Czy rzeczywiście była osobą z zapędami masochistycznymi, czy to był jedynie spisek wymyślony przez sprytnych polityków, którzy zacierali dłonie na jej bogate posiadłości usiane po całych Węgrzech?
    Autorką książki "Hrabina. Tragiczna historia Elzębity Batory" jest Rebecca Johns. Przyznam szczerze, że dawno nie czytałam tak zgrabnie napisanej książki. Chociaż większość przeżyć samej hrabiny (narracja pierwszoosobowa, pamiętnikowa) była fikcją, to autorka rozpisała ją jako kobietę niezwykle inteligentną, chociaż czytelnik może z łatwością stwierdzić, jak bardzo była zaślepiona własną wyższością oraz brakiem poczucia jakiegokolwiek sumienia. Co dziwne, powieść nie opiera fabuły na mrocznej stronie Elżbiety - jej zbrodnie traktuje raczej jako tło. To na swój sposób mnie zawiodło. Wprawdzie nie spodziewałam się litrowego rozlewu krwi wraz ze szczegółowymi opisami zgonów, jednak liczyłam na coś więcej. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że takich scen zabrało... ale coś mi zazgrzytało. Główna bohaterka jest tak żywa, jakby Johns rzeczywiście ją poznała - pełne, piękne opisy i przedstawienie jej zalet jak i wad. Potrafiła pochwalić ją za piękne oczy oraz zdolności, którymi hrabina nie grzeszyła, jednocześnie wyjawiając jej słabości: jakąś nutkę arogancji tak bardzo charakterystyczną oraz przypisywaną szlachcie, czy nawet pewien rodzaj naiwności. Chociaż nie same opisy Elżbiety są godne pochwały. Świat przedstawiony, a więc XV i XVI wieczne Węgry były nie mniej dokładnie opisane niż bohaterka. Soczyste pola, górujące nad krajem Karpaty, czy nawet pełne ubogich chłopów wioski. Autorce były znane również daty historyczne, które potrafiła niezwykle zgrabnie połączyć z fabułą.
     Jeżeli miałabym powiedzieć jeszcze coś o samej Elżbiecie, musiałabym najpierw głęboko się zastanowić, a później wszcząć gorącą dyskusję. Była niezwykle zdolna i inteligentna o czym wspomina nie tyle książka, co większość źródeł historycznych. Doskonale znała dzieła wielkich uczonych, również Kopernika. Posługiwała się łaciną, węgierskim, niemieckim, w dodatku sprawdzała się jako jedna z najgościnniejszych szlachcianek w całym państwie, a na jej bale zjeżdżała niemalże cała szlachta. Książka rozpisuje te barwne bale oraz niezwykłą niezłomność i upartość tej tajemniczej kobiety. Jedyne czego nie potrafiłam lub też nie chciałam zrozumieć, to jej znęcanie się nad służącymi. To właśnie całe centrum jej mrocznej strony. Karała je sowicie, często własną ręką. Robiła to umiejętnie, żeby mogły wrócić do pracy, lecz... częściej, wraz z upływem lat, zdarzały się przypadki śmiertelne (znikające w pobliskich lasach bez pochówku). To właśnie zwróciło uwagę licznych świadków, którzy stanęli przeciwko niej, na czele z jednym z jej kochanków - palatynem Turzo. Strasznie spodobało mi się przedstawienie samej hrabiny: nie potrafiła zrozumieć co było złego w ukaraniu rozpustnych, głupich złodziejek, które obnosiły się przed jej nosem, że spały z jej mężem. Z drugiej strony swoje ulubiennice bardzo chętnie nagradzała, często kosztownymi skarbami.

    Książka zasłużyła na ocenę równą 6,5/10. Może to przez moje nastawienie spadła ta ocena? Może tak strasznie zirytowała mnie postać Turzo, iż nie potrafiłam wybaczyć autorce (Bogu winnej), że tak postąpiła z Elżbietą? Chociaż była to kobieta zawistna, może w pewien sposób chora psychicznie, bo nie rozumiejąca co to znaczy "zabić człowieka", to stała się dla mnie w pewien sposób autorytetem. Wychodzi na to, że kobieca inteligencja chodzi w parze z szaleństwem (wystarczy chociażby spojrzeć na lubioną przeze mnie postać Cesarzowej Orchidei) i pewnie nie raz w historii jeszcze jakaś kobieta się znajdzie. Jest mi żal hrabiny, choć jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę, iż zasłużyła na los więźniarki w zamurowanym pokoju, gdzie spędziła ostatnie lata życia.
/Yori

Tytuł oryginału: "The Countess"
Autorka: Rebecca Johns
Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 430
Gatunek: historyczne, dramat

niedziela, 21 września 2014

Achaja

Zdania na temat polskich fantastyków są podzielone. Jako tako, nie miałam okazji czytać dzieł polskich pisarzy, ponieważ za owy gatunek wzięłam się całkiem niedawno. Przyszedł więc w końcu ten wspaniały moment, kiedy stojąc w jednej z ulubionych księgarni, sięgnęłam do polskiej pułki. Trafiło na Achaję, bo czytałam kilka pochlebnych komentarzy. Ale czy rzeczywiście tak bardzo mnie urzekła?


Cóż począć, kiedy człowiek traci rachubę czasu czytając do późnej nocy, bądź spóźnia się do szkoły, bo chciał przeczytać "jeszcze jedną stronę" przed wyjściem? Dla mnie wielkim przełomem był Eragon. Drugą część czytałam długo, ale z końcowymi 150 kartkami uwinęłam się w jedno popołudnie. Moja wyobraźnia dała mi jasno do zrozumienia, że chce więcej. Co mogłam zrobić? Po prostu poszłam do sklepu i bach! kupiłam następną powieść. Tym razem autorem jest Andrzej Ziemiański, a na okładce gości uzbrojona, wyglądająca na bardzo waleczną, bohaterka. Ale książek nie kupuje się przez ładną okładkę. Dlatego po skończeniu kolejnej części Gone, zabrałam się za Achaję.
    Czasy są nie znane, ale przybliżone do średniowiecza. Tytułowa bohaterka jest młodą dziewczyną, bardzo inteligentną i wyszkoloną. Ponieważ jej matka wcześnie zmarła, ojciec pozostał bez męskiego potomka. Zmieniło się to po jego drugim zamążpójściu. Poślubił zaledwie kilkunastoletnią Asiję. Jak można się było spodziewać, macocha zazdrościła urody oraz statusu Achai, więc... uknuła przeciwko niej spisek. Biedna dziewczyna musiała udać się do wojska, gdzie przeżyła niezłe katusze, a to dopiero sam początek! Kolejnym bohaterem jest chłopak Sirius. Wychowany na statku (bez nauki jakiejkolwiek etyki) ma dobre serce, ale zabija z zimną krwią. W pewnym momencie jego samotnej tułaczki, przyłącza się do niego stary skryba świątynny Zaan. Od tamtej pory pracują na swój rozgłos, stając się prawdziwymi mistrzami kradzieży. Kolejnym bohaterem jest czarownik Mederith. Objawia mu się sam Bóg i nakazuje wedrzeć się do Zakonu, co wydaje się wręcz niewykonalne, albo też porównywalne z samobójstwem.
      Fabuła jest naprawdę rozbudowana, co widać po przednim akapicie. Trudno się temu dziwić. A jednak, pomimo takiej rozpusty w słowach, książkę czyta się całkiem przyjemnie. Autor zaimponował mi swoim talentem do pisania ze starym akcentem. Chociaż Achaja wyraża się dla nas całkiem zrozumiale (bo przecież jest szlachcianką, ściślej "księżniczką"), to Sirius mówi jak typowy chłop (pomijając zadziwiający fakt, iż potrafi mówić praktycznie każdym akcentem). Może w lekturze fantasy nie jest to nic dziwnego, ale często się zdarza, że takie autorskie wymysły są po prostu sztuczne. Jednak dla Andrzeja Ziemiańskiego wydawało być zabawne i całkiem naturalne.
   Oprócz rozbudowanej fabuły (co widać po grubej książce) oraz niezwykłym, chociaż trochę groteskowym stylem autora, możemy sobie popatrzeć na ciekawe ilustracje. To chyba pierwsza książka w której je znalazłam. Mogłabym powiedzieć, że są wręcz urzekające. Na oklaski zasługuje więc  Dominik Boniek, które je zilustrował. Przechodząc do samej książki, chciałam wygłosić małą ocenę. Powieść jest na swój sposób trudna. To coś a'la Gra o Tron, ale taka bardziej polska. Intrygi, przemoc i wojna jest na porządku dziennym. Narrator opisuje to z zimną krwią, chociaż odnajduje się również w roli obserwatora tych radosnych i delikatniejszych (może też humorystycznych) scen. Właśnie - tutaj narracja chyba spodobała mi się najbardziej. Była taka... po prostu żywa. Same postaci raczej trudno polubić. Są ludźmi i to widać. Tak jak Eragon w trakcie swojego treningu stał się Smoczym Jeźdźcem, tak Achaja jest jedynie kobietą.

Moja ocena to 4/5. Dałabym całą piątkę, gdybym była zwolenniczką tak ciężkiej lektury. Rozumiem, że sama się pchałam z budami na czyjeś pole, ale to była tylko taka mała próbka. W każdym bądź razie książkę mogę polecić KAŻDEMU. Nie ważne czy nastolatkowi, czy dorosłemu. Warto ją przeczytać. A ślę ją szczególnie wszystkim, którzy nie wierzą w polską literaturę.
/Yori.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Perła Chin

Stare chińskie przysłowie mówi: "Czytasz jakąś książkę po raz pierwszy, poznajesz nowego przyjaciela; czytasz ją po raz drugi, spotykasz starego." Chociaż Perłę Chin czytałam po raz pierwszy, to została ona moim starym przyjacielem. Autorka ma niezwykłą technikę pisania, przez którą czułam się, jakbym i ja mieszkała w przybrzeżnym mieście Jinjiang.


Pearl S. Buck to jedna z najwybitniejszych pisarek amerykańskich, nagrodzona wieloma odznaczeniami, również Nagrodą Nobla. Jej powieści opowiadają o państwie, które kochała całym sercem - Chinach. Mieszkała tam od trzeciego miesiąca życia, by w końcu wyjechać do ojczystej Ameryki przez cień nadchodzącej wojny. Zawsze uważano, że ma niezwykły talent. Nikt nie pisał o chińskich wieśniakach w tak humanitarny, serdeczny i szczery sposób. Chociaż nie czytałam żadnej z jej książek, Anchee Min przybliżyła mi osobę Pearl w niezwykły sposób.
To trzeci tytuł, jaki przeczytałam i opisuję na tym blogu. Perła Chin wcale mnie nie zawiodła, a jedynie utrzymała w przekonaniu, że autorka ma niezwykłą rękę po powieści. Jej język jest prosty, lecz bogaty, podobnie jak pełne opisy. W każdym zdaniu widzimy Jej wielką miłość do Chin...
          Tak naprawdę, książka zmienia trochę faktów. Główną bohaterką jest Wierzba Ye, która wywodzi się z ubogiej rodziny. Aby mieć co jeść kradła wraz z ojcem, a jej babka uciekała się do prostytucji. Jednak w życiu dziewczynki nadchodzi przełomowa chwila. Poznaje ona córkę amerykańskiego misjonarza Absaloma Sydenstricker'a - Pearl. Dziewczynki z pewnymi oporami, ale jednak szybko się zaprzyjaźniają. Żadna z nich jeszcze nie wie, iż będzie to przyjaźń na całe życie.
Młoda Pearl udaje się do Ameryki na studia, natomiast Wierzba wychodzi za mąż. Nie stanowi to jednak żadnego problemu dla obu kobiet. Podczas gdy jedna poznaje swoją tajemniczą ojczyznę, druga próbuje przeżyć toksyczne małżeństwo, żeby w końcu również wyjechać do Szanghaju. Tam podejmuje dalszą edukację, a po kilku latach Pearl znów wraca do Chin.
To zaledwie dwie pierwsze części książki, która szybko się rozwija. Opowieść jest oparta na faktach historycznych i ukazuje wstrząsającą prawdę o rewolucji Państwa Środka - zaczątkach komunizmu.
        Ta książka ma to do siebie (podobnie jak Cesarzowa Orchidea), że powiązana jest z sytuacją polityczną. To całkiem zrozumiałe, jeśli świat przedstawiony naprawdę istnieje. Chociaż jest to narzucone od góry, to w żadnym wyjątku męczące. Tym bardziej, jeżeli Wierzba Ye jest wymyśloną postacią. "Istnieje oczywiście wiele angielskich źródeł poświęconych jej osobie, ale chciałam ją widzieć taką, jaką widzieli ją moi ziomkowie" tak pisze Anchee Min. Udało Jej się to doskonale. Ich przyjaźń została przedstawiona jako zbiór pięknych, wzruszających chwil, jak i tych smutnych i wywołujących mieszane uczucia. Wedle mnie, najlepsza książka to taka, która potrafi w czytelnikowi wzbudzić najgłębsze uczucia.

Moja ocena to -5/5. Chociaż momentami akcja stawała, to raczej nigdy na długo. Zwłaszcza zachwyciły mnie piękne opisy Chin, czy wmieszanie w fabułę chińskiej kultury, takiej jak wiersze i przedstawienie historycznych postaci (np. Xu Zhimo, Mao Zedong). Wszystkim zainteresowanym gorąco polecam tę książkę. Bynajmniej nie interesuję się polityką, a powieść bardzo mnie urzekła...
/Yori

Autorka : Anchee Min
Ilość stron : 383
Gatunek : historyczne, dramat

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Cesarzowa Orchidea

Mój gust książkowy nie jest zbyt wymagający, chociaż nie przeczytam byle powieści (zwłaszcza, jeśli chodzi o fantasy). Muszę jednak przyznać, iż książki o kulturze Dalekiego Wschodu połykam nader szybko. Może nie chodzi mi o moje zainteresowania, raczej o tę pikantną szczypnę poznawania nowych tradycji oraz tego, jak bardzo różnimy się od ludzi mieszkających na drugim końcu świata - a Cesarzowa Orchidea z pewnością zalicza się do grona "ulubionych".

 

       Każdy chyba wie, iż Chiny dzielą czasy na dynastie, a ich kultura jest niezwykle bogata. Opere, literatura, niezwykłe pismo... to zaledwie początek. Wczytując się bardziej w historię (temat bardzo rozległy), trafimy w końcu na mandżurską dynastię Qing (1644-1911). To właśnie jeden z władców w tamtym czasie, cesarz Xianfeng bierze za żonę piękną Yehonalę, zwaną Orchideą. To ona jest główną bohaterką książek Anchee Min pt. Cesarzowa Orchidea i Ostatnia Cesarzowa. Po śmierci ukochanego ojca, dziewczyna udaje się wraz z matką i rodzeństwem do Pekinu, do wujostwa. Zaczyna pracować u Wielkiej Siostry Fan, próbując utrzymać rodzinę. Kobieta zaczyna opowiadać jej o Mieście Zakazanym - zamkniętym miejscu, gdzie żyje dwór cesarski. Dziewczyna jest tak zafascynowana, że postanawia wziąć udział w konkursie na siedem żon Cesarza Xianfenga. Dzięki swojej urodzie oraz błękitnej krwi, Orchidea szybko staje przed obliczem monarchy i zostaje jego czwartą wybranką.
       Książka urzekła mnie do tego stopnia, że rozmyślałam o niej po nocach. Na początku nie zdawałam sobie sprawy, iż jest oparta na faktach historycznych. Autorka niemalże ożywiła te postaci, nadając im charakter i prawdziwy wygląd. Dla wielu ludzi historia jest nudna, jednak zapewniam - przy tej książce nie można się nudzić. Yehonala szybko przekonuje się, że chociaż została wybranką cesarza, nadal musi starać się o jego względy. Jednak pozbawiona uczuć cesarza, który powinien spędzić z nią chociaż jedną noc w miesiącu, dziewczyna nieco się załamuje. Szybko zrozumiała, iż Miasto Zakazane to tak naprawdę gniazdo intryg oraz korupcji. Pozycję wśród dziesiątek innych nałożnic musi wywalczyć sobie sama... A kiedy już udaje jej się zwrócić na siebie uwagę, zostaje wciągnięta w politykę upadającego państwa, które tak bardzo kocha.

Odstawiając na bok fabułę i bohaterów, skupmy się na świecie przedstawionym. Sama fabuła jest na tyle prosta, a jednocześnie ładnie rozbudowana, że czytelnik szybko wkręca się do zakazanego śmiertelnikom świata. Czytałam wiele książek historycznych, ale rzadko trafiam na tak dokładne opisy jak w tej powieści. Nie raz były wręcz męczące, ale w drugiej części (Ostatnia Cesarzowa) autorka daje sobie spokój i skupia się na odczuciach samej bohaterki. Dorastająca w polityce Yehonala, ma nie lada kłopoty z wyborem kolejnych cesarzy, czy utrzymaniem dobrych stosunków z ministrami oraz drugą cesarzową. Miasto Zakazane jest prawdziwym ulem, w którym nigdy nie panuje spokój. Życie za jego murami było znacznie trudniejsze, niż prowadzenie biednego gospodarstwa. Orchidei doskwierała samotność, zwłaszcza po utracie najbliższych przyjaciół; na jej karku bez przerwy siedzi cesarzowa Niuhuru, a pewien przystojny generał ciągle nawiedzał jej myśli... I chociaż do historii przeszła jako konserwatywna i zapatrzona w siebie kobieta, Anchee Min przedstawiła ją jako ciężko pracującą na swoją pozycję kobietę o mocnych nerwach. To mi się najbardziej spodobało.

        Mogłabym rozpisywać się na całe strony i wychwalać pod niebiosa. Moja ocena to słabe 10/10, dawno nie czytałam tak ujmującej książki. Chociaż im dalej zapuszczamy się w lekturę, tym więcej wyczytujemy o sytuacji politycznej, to Orchidei nie da się nie pokochać. Choćby za swój upór i odwagę, a nawet dobre serce. Nic dziwnego, że historia ma ją za straszną kobietę. Mimowolnie muszę przyznać, iż wątki polityczne stają się w Ostatniej Cesarzowej częścią książki, przez co czyta się ją nieco ciężej. Wprawdzie pani Min dokładnie wszystko tłumaczy, mamy wrażenie oderwania od ulubionej lektury. Ta jedyna wada nie zdołała mnie nie zniechęcić. Z wypiekami na twarzy będę szukała jej kolejnych pozycji, chociaż nie jest ich wiele.
/Tsuki

Autorka : Anchee Min
Ilość części : 2 (Cesarzowa Orchidea i Ostatnia Cesarzowa)
Ilość stron : ok. 432 i 447
Gatunek : Romans, historyczne, dramat

środa, 23 lipca 2014

seria "Gone; Zniknęli"

Jesteście na lekcji, otacza was nudna senność. Cały czas patrzycie na nauczyciela, a ten... nagle znika. W jednej chwili jest, a w drugiej już go nie ma. Można chichotać, nerwowo obracać się dookoła siebie. "To jakiś żart, prawda?". Niestety, to nie jest żart, a nauczyciel nie wraca. Podobnie jak wszyscy dorośli.



Gone chciałam zrecenzować już dawno temu, jednak zawsze znalazło się coś ciekawszego. Jest to seria całkiem znana i z tego co wiem, lubiana. Dla wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji jej poznać, chętnie wszystko streszczę, bo warto. Książka, podobnie jak Jutro, jest warta tej samej uwagi, bo w obu wypadkach głównymi bohaterami są młodzi ludzie, którzy nie mogą liczyć na pomoc ze strony dorosłych.
Bohaterów jest wiele i gdybym miała określić któregoś, jako głównego z pewnością były to Sam Temple. Całkiem zwyczajny chłopak, który lubi surfować ze swoim najlepszym przyjacielem Quinn'em i rozmyślać o Genialnej Astrid. Tak naprawdę, to postaci jest naprawdę wiele i pojawiają się ciągle nowi. Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie, co pozwala autorowi przeskakiwać z jednego ciągu zdarzeń, do drugiego. Z samego początku może to nas irytować, ale kiedy już się przyzwyczaimy, trafimy do świata w którym rządzą młodzi. Gdzie nie ma czegoś takiego jak "porządek", a spokojne dotąd Perdido Beach zmienia się w niespokojną ostoję rozwrzeszczanych, czy też przerażonych dzieciaków.

Książka już z samego początku zrobiła na mnie niezłe wrażenie. Chodziło raczej o dobry język autora, bo chociaż zdania są krótkie, to Michael Grant poradził sobie zwycięsko z każdym opisem, jak również zupełną swobodą. Skoro książka jest o młodzieży, jest tak też napisana. To ogromny plus, ponieważ nie wyobrażam sobie, by słowa w stylu "no co ty, stary?!" miało zastąpić coś w stylu "iście nieprawdopodobne", z czym już się kilkakrotnie spotkałam (może w bardziej delikatnej wersji). Chociaż Gone wygląda na grubą książkę, wcale taka nie jest. Dzięki dużym literom czyta się szybko, a strony lecą jedna za drugą. Nie spędzimy więc godziny na czytaniu jednego rozdziału. Ponad to sama akcja szybko nas wkręci. Tak jak napisałam powyżej, bohaterowie są sobą i mamy wspaniale rozpisane ich odczucia. Strach, bezradność, zagubienie to dopiero początek. Zniknęli wszyscy powyżej piętnastego roku życia, a ich świat zamknął się w szarawej barierze, odcinając Perdido Beach od reszty świata. Nie działają telefony, Internet, nawet telewizja. Najgorsze jest to, że oprócz czternasto i trzynastolatków, pozostały maluchy. Przez pierwszą część będziemy obserwować zdesperowanych bohaterów, którzy zmuszeni zostali do współpracy i sporządzenia nowej, chociaż z początku mało skutecznej gospodarki.
Czytając tę książka bawiłam się doskonale, przeważnie dzięki wielkiemu wyborowi postaci pierwszo- oraz drugoplanowych. Wśród tych zwyczajnych nastolatków pojawią się również osoby posiadające dziwaczne zdolności. Na skutek dziwacznego promieniowania, niektóre geny zaczynają mutować. Tak jak Sam potrafi tworzyć światło jedynie przy użyciu własnych dłoni, tak malutka dziewczynka strzela płomieniami, a Lana potrafi leczyć rany. Wśród nich wszystkich, znajdziemy osoby szczególnie nam bliskie, za których w szybkim tempie zaczniemy trzymać kciuki. O samej fabule mogę powiedzieć tylko jedno - trzyma w napięciu. Jak wkręcimy się w pierwszą część, zapragniemy mieć kolejne. Mogę obiecać, że druga jest jeszcze lepsza niż pierwsza.
Minusów chyba nie ma, poza przeskakiwaniem z jednego pola akcji na drugie. W pewnej chwili byłam tym zniecierpliwiona, ponieważ autor w dalszych częściach coraz bardziej to wykorzystuje, zmieniając bohaterów jak rękawiczki. Towarzyszyło mi sfrustrowanie, gdy główna bohaterka walczyła ze złym gościem, a nagle akcja obracała się na drugi koniec miasteczka.

Książkę oceniam na spokojne 9/10 i mogę ją polecić każdemu. Chociaż jest pisana językiem prostym i młodzieżowym, nie powinno to przeszkodzić również dorosłym. Ostrzegam tylko przed jednym. Jeśli macie delikatny żołądek, nie czytajcie jej przy jedzeniu, ponieważ scen drastycznych nie zabraknie. Dodaje to pewnego, dramatycznego smaczku, jednak może obrzydzić. Kto to widział, by zmutowane robale zżerały chłopaka na oczach jego przyjaciół?
/Tsuki


Autor: Michael Grant
Ilość części : 6 (kolejno: niepokój, głód, kłamstwa, plaga, ciemność, światło)
Ilość stron: 400-500 (zależy od części)

piątek, 6 czerwca 2014

Japoński wachlarz. Powroty

Po dłuższej przerwie, wreszcie udało mi się dobrnąć do końcowej części jakiejkolwiek książki. Jako że mamy pierwszą połowę czerwca, a oceny to rzecz święta, miałam mało czasu na cokolwiek i łapałam każdą okazję, by przeczytać przynajmniej stronę. Jakiś cudem się udało - mam zaszczyt zaprezentować fantastyczną książkę Joanny Bator.
Na moim blogu pojawiła się już książka o podobnej tematyce (W Japonii, czyli domu) - Japonia. Podobnie jak w poprzedniej biografii, osobą opisującą swoje mrożące krew w żyłach początki w Kraju Kwitnącej Wiśni, jest obcokrajowiec - gajinka. Jednak jest pewna różnica, pani Joanna wybrała się do Japonii, niewiele o niej wiedząc. Cały proces poznawania tego jakże dziwacznego kraju, próbuje streścić właśnie w tej książce. Jest to więc dzieło godne pozazdroszczenia, które dobitnie przybliża nam kulturę przyjaciół z drugiego końca świata.

Książka składa się z kilku rozdziałów, każde jest poświęcone innej dziedzinie, np. sąsiedztwo jest dokładnym opisem pierwszych przeżyć autorki w nowym, japońskim domku oraz sąsiadów. Osobiście najbardziej polubiłam rozdział imperium smaku, czyli opisanie kuchni Japończyków. Jako nałogowy łakomczuch, a także dzielny tester nieznanych jeszcze potraw, często zazdrościłam, że w Polsce nie można (co jest całkiem zrozumiałe) dostać smażonych ośmiorniczek, bułeczek z nadzieniem ze słodkiej fasoli, czy też najróżniejszych sushi, ryb lub typowo japońskich zup. Podzielenie książki tematycznie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ wyłożenie wszystkiego na raz, nieuporządkowanego, byłoby dość gubiące. Co więcej, autorka nie cofa się przed naprawdę dosłownymi, szczerymi opisami. Nie było dla Niej żadnym problemem opisanie masowej kultury naszych "otaku", czyli ludzi interesujących się anime i mangą - w Japonii, czyli pierwotnie, wygląda to całkiem inaczej. Podobnie jest z hotelami miłości, o których wcześniej nawet nie słyszałam, albo o prawdziwym wyglądnie Tokio, nieprzestudiowanym przez żadne media. To tylko góra betonu, zaludniona jak nigdzie indziej. Z drugiej strony, autorka potrafiła ukazać te piękniejsze części, bądź dostrzec wyraźne plusy mieszkania w tym nieposiadającym horyzontów mieście. W porównaniu z W Japonii, czyli domu mamy bardziej "dzisiejsze" spojrzenie. W tamtej książce czytaliśmy opisy gospodyni z wielowiekowej rodziny, a w tej mamy kobietę pracującą, która idealnie wyważa zalety i wady - to ogromny i przyjemny plus, który nie zniechęca nas do dziwacznej dla wielu gajinów kultury. Spodobał mi się również styl pisania Joanny Bator. Jest całkiem prosty, ale ma w sobie przyjemną, niepowtarzalną nutkę i zwyczajne, ale głębokie opisy. To sprawia, że lektura jest jak najbardziej przyjemna i jak najlepiej strawna. Zwłaszcza, że opisywać jest co!
Wracając do tematów, znajdzie się tam coś dla wszystkich: subkultury, lolity, jedzenie, domy (włącznie z problematycznymi sedesami), kultura, gejsze, kąpiele i wiele, wiele innych. Ale oprócz kolorowej treści, mamy również zdjęcia. To była dla mnie prawdziwa, słodka uczta - zobaczyć Japonię oczami Polki. Jest ich całkiem sporo i często obrazują opisywane w tekście rzeczy/ludzi/zjawiska. Chyba najbardziej rozbawiły mnie japońskie znaki oraz ludzie z tabliczkami z napisem "Free Hugs". Nie, nie jestem tym zaskoczona. Japonią interesuję się od dwóch lat, w tym ostatni spędziłam nad zapoznawaniem się z kulturą. W masie artykułów, ciekawostek, czy nawet innych książek, nie znalazłam tak miłych opisów, które przybliżyły mnie do mojego zamiłowania od nowa, każąc spojrzeć na ukochany kraj z innej perspektywy.
Polecam tą książkę  w s z y s t k i m  zainteresowanym, ponieważ może to być przyjemne doświadczenie. Zwłaszcza, jeśli rzeczywiście jesteśmy fanami Japonii.

czwartek, 22 maja 2014

Mroczny sekret

Po chwilowej przerwie w czytaniu powieści z działu "młodzieżowe", znów postanowiłam tam zajrzeć. Sięgnęłam po pierwszą lepszą książkę, jaka nasunęłam mi się w ręce. Kupiłam ja kilka lat temu w prezencie bliskiej osobie, ponieważ streszczenie na okładce zapowiadało całkiem przyjemną lekturę. Przede wszystkim lubię czasy, gdy kobiety nosiły gorsety i/lub żyły w minionych epokach. Mroczny sekret ma nam do zaoferowania właśnie epokę wiktoriańską. Akcja toczy się w zielonej Anglii, gdzie pogoda jest równie kapryśna jak dziewczęta uczące się w szkole Spence, gdzie również edukacje zaczyna główna bohaterka - Gemma Doyle. Została wychowana w Indiach, przy kochających rodzicach oraz dobrych opiekunach. Niestety, pech (a raczej złe moce) chciały, żeby matka Gemmy zostaje zamordowana.

Sam początek książki był dla mnie niejakim rozczarowaniem. Narracja jest całkiem znośna, lecz płytka, podobnie jak opisy. Są dokładne aczkolwiek pełne pastelowych kolorów i spojrzenia poprzez różowe okulary. Na szczęście fabuła toczy się dalej. Gdy panna Doyle dociera do Spence, otacza nas ponura, wilgotna atmosfera. Dziewczyna czuje się przygnębiona i zagubiona, a do tego nękają ją dziwaczne wizje. Nie wie skąd się one wzięły, ani tym bardziej czym są dziwaczne cienie, które ją śledzą. Sama szkoła, co ciekawe, nie jest uosobieniem najgorszego zła. Nawet dyrektora i nauczycielki łamią stereotypy - są wymagające, lecz potrafią w razie potrzeby pomóc uczennicą. To było miłe zaskoczenie zarówno dla bohaterki, jak i dla mnie, czytelnika. Gemma wśród wielu uczennic odnajduje dziewczynę, z którą mieszka w pokoju. Ann jest ponura, a jej uroda porównywana z brzydkim kaczątkiem, które nigdy nie ma być piękne. Gemma próbuje się z nią zaprzyjaźnić, ale nie jest to takie łatwe. W szkole przede wszystkim dziewczęta chcą przyjaźnić się z charyzmatyczną, chociaż złośliwą Felicity i piękną, głupiutka Pippą. Chociaż obie mają przewidywane charaktery, to idealnie pasują do powieści. 
Autorką jest Libba Bray. Muszę szczerze przyznać, że popisała się pięknym wyobrażeniem o tamtejszych czasach, jak również mistrzowską dokładnością. Ponad to, książka ma w zanadrzu kilka ciekawszych pomysłów, takich jak tajemniczy pożar we wschodnim skrzydle lub Matka Elena - Cyganka i wróżka. Nie brakuje w niej chwil pełnych napięcia, albo czułych momentów. To duży plus, ponieważ napisanie książki, która ma własne serce, jest trudne.
Historia Gemmy kształtuje się z czasem. Musi się nauczyć panować nad wizjami, a także odnaleźć tajemniczą Mary Down, która pozostawiła po sobie pamiętnik. Ma z tym wiele kłopotów, zwłaszcza, iż nie może nikomu się zwierzyć ze smutków. Szczytem wszystkiego jest zawsze obserwujący ją z ukrycia Kartik. Szczerze powiedziawszy, jest on chyba jedynym powiewem świeżości w jej monotonnym życiu... Tak, książka jest dobra, lecz nie mogłam się nią nasycić. Gemma robi praktycznie w kółko to samo. Oczywiście, nie można się temu dziwić, skoro ma narzucony harmonogram. Sądzę jednak, że pani Libba mogła spokojnie wpleść jakiś zaskakujący wątek w chwilach, gdy dziewczęta siedziały na lekcjach, albo piły Whisky po kryjomu. Brakło dynamiki.
Moje ogólna ocena mogłaby wynosić zaledwie 6/10, ale zaczęłam się głębiej zastanawiać. Mroczny sekret to zaledwie pierwsza część trylogii Magiczny Krąg. Nie jestem zdecydowana czytać kolejną część, lecz muszę przyznać, że książka ma "to coś". Pomijając monotonię, możemy przeczytać sobie całkiem ciekawą pozycję. Przede wszystkim to nie jest książka o wampirach, ani wilkołakach, ani tym bardziej aniołach. To jest właśnie kolejny fresh - autorka nie opiera się na mitologii, lecz magii wyobraźni, bądź, jakby to lepiej określić, iluzji. Ma nam do zaoferowania międzyświat, gdzie wszystko wydaje się być prawdziwe, gdy w to wierzymy. To dość filozoficzne, ale jakże niecodzienne podejście do sprawy. Właśnie dzięki temu, moja ostateczna ocena wynosi 7/10 i książkę mogę polecić osobom lubiącym książki młodzieżowe oraz powieści, tak jak wcześniej napisałam, z minionych epok z ładnymi, czytelnymi opisami. Czytelnikom szukającym wartkiej akcji, czy też kobietom szukającym romansów, raczej odmawiam. Oprócz pojedynczych wyskoków ku Cyganom, dziewczęta rzeczywiście są czyste jak owieczki. To również można uznać jako plus - zależy od gustu :-)

czwartek, 15 maja 2014

dedykacja

     Przeczytałam w swoim krótkim życiu naprawdę wiele książek i jako młoda dziewczyna, raczę się również romansami. Jest to nawet jeden z moich ulubionych gatunków, zwłaszcza jeśli dodatkowo ma zgrabną fabułę napakowaną smacznym poczuciem humoru. Dlatego często czytam amerykańskie książki, które łączą ze sobą imprezową naturę nastolatków z uderzającą rzeczywistością osób spotykających się po latach. Kolejną taką pozycją na mojej liście, stała się właśnie dedykacja autorstwa Emmy McLaughlin i Nicoli Kraus.
Książkę tę odnalazłam w starych zbiorach mojej mamy (która o istnieniu tej książki nie miała bladego pojęcia), a że miałam nic ciekawszego do czytania, postanowiłam się bardziej zgłębić w stosunkowo przeciętną z wyglądu książkę. Ale jak to mówią, nie oceniaj książki po okładce.
dedykacja podzielona jest na dwa wątki: czas dorastającej Katie oraz dorosłą Kate, która szuka dobrego sposobu na zemszczenie się na niesamowicie popularnym gwiazdorze, a zarazem jej pierwszej miłości. Cała ta zaistniała sytuacja jest dla niej bardzo żenująca, ponieważ piosenki, które tworzy Jake Sharpe, opowiadają o ich życiu intymnym. Co więcej, ten sam gwiazdor ukradł sobie papiery z nutami piosenek, które tworzył wraz z całym zespołem i zwiał do Los Angeles, porzucając praktycznie wszystko bez słowa. Oznacza to więc, że każdy w jego rodzinnym miasteczku jest na niego bardzo cięty... a on praktycznie nie zdając sobie z tego sprawy, przyjeżdża do rodzinnego Vermon w odszukaniu starych znajomych, łącznie z odnalezieniem "ukochanej" Katie, o której śpiewa pół świata, a która najchętniej wbiłaby mu nóż w gardło.
Muszę przyznać, że przy tej książce można się uśmiać. Jest pisana przewiewnym i prostym stylem, dzięki czemu zachowuje klimat zbuntowanej nastolatki, albo zagubionej w uczuciach dorosłej. Nie brakuje zabawnych opisów dzikich imprez, czy chociażby dorastania w czasach, które są obce dzisiejszej młodzieży - z brakiem komputerów i iPhon'ów. To czasy bardziej zbliżone naszym rodzicom, ponieważ dorosła Kate ma trzydzieści lat. Pomimo tego tamte czasy wydają się być ciekawsze, bardziej żywe.
Książka bardzo mnie wciągnęła, przeczytałam ją praktycznie w kilka dni. Katie poznajemy w szóstej klasie, gdzie odnajduje najlepszą przyjaciółkę Laurę. Te dwie dziewczyny spędzą ze sobą wiele zabawnych chwil i wybuchowych imprez. Obie zaznają miłości i zazdrości. To całkiem normalny etap - każdy był kiedyś nastolatkiem. To podoba mi się w tej książce; opowiada o zwyczajnym etapie życia w niezwykły sposób, bardzo zbliżony do odczuć młodych osób. Ma poczucie humoru, autorki nie boją się opisywać namiętnych odczuć bohaterów, ani marzeń o wielkiej, chociaż niestety niespełnionej miłości.
Co więc się stanie, gdy bohaterowie spotkają się ponownie po trzynastu latach? Czy Kate wreszcie uwolni się z widma przeszłości? To dobre pytania, na które można sobie odpowiedzieć tylko w jeden sposób - czytając książkę. Polecam ją gorąco dziewczynom oraz kobietom, szukającym czegoś zabawnego, a jednocześnie lekkiego do poczytania. Gwarantuję - na tej powieści nie da się nudzić.

Dedykacja

środa, 30 kwietnia 2014

Córka samuraja

Pisarze lubią osadzać swoje opowieści w barwnych czasach, często bardzo odległych od współczesnych. W wielu książkach czujemy tę fantastyczną atmosferę towarzyszącą starożytnym ruinom, dawnych tradycji... od razu widać, że autor się interesuje i wie co pisze. Najpowszechniejsze są chyba Grecja, Rzym, ewentualnie Francja, Niemcy. Przeszłość jest równie pociągająca, jak przyszłość. Są na szczęście również pisarzy, którzy wolą Azję. Tak się składa, że historia Azji bardzo się różniła od Europy, czy nawet Stanów. Zwłaszcza XIX wiek, który był po prostu wielkim przełomem dla Dalekiego Wschodu.
Córka samuraja to niecodzienna powieść, napisała przez Lesley Downer. Chociaż jej matka jest Chinką, ona pokochała Japonię i pisze wspaniałe powieści o tym kraju. Jej książki mają w sobie "to coś" - nie chodzi mi do końca o dobrych bohaterów. Lesley Downer w swoich książkach ukazuje historię Kraju Kwitnącej Wiśni. W Córce samuraja spotykamy Japonię ogarniętą wojną pełną sprzeczności. Japończycy zaczynają walczyć przeciwko sobie, z jednej strony pragnąc powrotu swojej siły - tych wspaniałych czasów, kiedy rządzili samurajowie, kiedy najważniejszy dla mężczyzny był honor. Druga strona pragnie pójść w ślady Amerykanów oraz Francuzów. Nie chodzi o kulturę, lecz o wolność dla ludzi, którzy honor stracili.
Główny wątek jest zaplątany w ten surowy spór; Taka to młoda dziewczyna, córka sławnej gejszy i znakomitego generała. Jej życie momentalnie się zmienia, kiedy pewnego dnia poznaje Nobu, patykowatego chłopaka, który ratuje ich przed jednym z buntowników. Zostaje on w jej domu, jako służący. Zaczynają się przyjaźnić, Taka chętnie uczy go pisać i czytać. Między dwojgiem młodych ludzi zawiązuje się prawdziwa więź, niezrozumiała dla ówczesnych Japończyków.
Niestety, Nobu zostaje odprawiony z domu, kiedy brat Taki przyłapuje ich na wspólnej nauce. Całe to rozstanie oraz nieoczekiwane spotkanie w letnie święto, nawiązuje do pięknej japońskiej legendy o Księżniczce Tkaczce i Pasterzu. Tutaj autorka wykazała się niezwykłą wiedzą na temat tradycji, czy choćby legend, których Japończycy mają na pęczki. Co więcej, opisuje te czasy z wielką dokładnością, aż nasza wyobraźnia, bez najmniejszego trudu, zabiera nas do XIX wieku: dzielnic rozkoszy, gejsz, brudnych miasteczek, pól, samurajów, świątyń. Dla każdego zainteresowanego to prawdziwa skarbnica wiedzy!
O historii Taki i Nobu można pisać bez końca. On zaciąga się do wojska, ona jest sprzeda innemu mężczyźnie. Jej ojciec ściąga na siebie coraz więcej wrogów, czego nie ujdzie jej nie zauważyć. Wydawać by się mogło, że te dwa światy zupełnie do siebie nie pasują. Jednak każde z nich cały czas przypomina sobie wspaniały czas spędzony w swoim towarzystwie. Wraz z biegiem wydarzeń będziemy śledzili dokładnie każde ich posunięcie. Nasze serce będzie biło coraz szybciej, aby wreszcie znaleźć upragnione wątki, gdy tych dwoje wreszcie się spotyka.
Bohaterzy drugoplanowi są niemniej fantastyczni. Matka Taki, Fujino to znakomita gejsza, bardzo znana. Odnalazła prawdziwą miłość w jej ojcu - generalne Kitaoka. Przedstawiona jest jako niezwykle namiętna i niewyczerpana. Rodzice Taki są sobie przeznaczeni i pomimo lat, nie umieją o tym zapomnieć.
Książka oprócz dobrej fabuły i fantastycznego stylu Lesley Dower ma klimat. Zdarzają się smutne wątki, np. wyjazd ojca Taki na wojnę, smutne pożegnanie Nobu. To nadaje Córce samuraja pewnej szczypty dramatyzmu, dzięki czemu książka staje się bardziej rzeczywista. To samo życie, nie mniej, nie więcej. Może dlatego ta książka jest taka dobra? Bo nie ma tam niepotrzebnych konfliktów, zamieszania? Jest sam smak, aż chce się czytać.
Z pewnością oceniłabym ją 9/10. To wedle mnie wysoka ocena i jak najbardziej zasłużona.


piątek, 18 kwietnia 2014

Eragon

Eragon jest raczej pozycją znaną, na podstawie tej książki powstał również film. Oglądałam go, jednak było to dość dawno temu. Większość z nas słyszała choćby o filmie - jest to książka fantasy, skupiająca się na magii oraz smokach. Ale co poza tym można powiedzieć?
Znacznie więcej. Eragona napisał piętnastoletni Christopher Paolini. Z pewnością nie on jeden jest młodym pisarzem, lecz zbudował w swojej powieści nieprawdopodobnie dobrą fabułę opierającą się nie tylko na pojedynkach i młodzieżowych problemach - czego można się spodziewać po większości książek napisanych przez młodzież; ale na skomplikowanych zasadach Jeźdźców, pełnokrwistych postaciach oraz wspaniałych opisach, czy wartkiej akcji. To dało nam fajny, bardzo strawny efekt.
Eragon pochodzi z biednej rodziny, a wychowało go wujostwo. Poznajemy go jako odważnego, umiejącego o siebie zadbać chłopaka. Lubi polować, chodzić po lesie, dobrze strzela z łuku. Mogłoby się więc wydawać, że duże jajo leżące w lesie (do którego nikt nawet nie chce się zbliżać), znalazł przypadkiem. Najdziwniejsze jest jednak to, że jaja nie da się w żaden sposób zarysować, a jego kolor jest niespotykanie niebieski. Od tego zaczyna się cała przygoda Eragona - pewnej nocy, z jaja wykluwa się mały, błękitny smok.
Od tego momentu jego życie momentalnie się zmienia. Najpierw ukrywa smoka, do którego z każdym dniem przywiązuje się coraz bardziej, później znajduje przyjaciela w wioskowym bajarzu, Bromie.
Ale nie wszystko toczy się tak dobrze, jakby mogło być. Smok zaczyna szybko rosnąć, nie da się zacierać jego śladów. Z tym Eragon mógłby sobie jeszcze poradzić. Najgorszym problemem okazują się być tajemnicze, złowrogie postaci, które go szukają. Pewnego razu, Eragon wracając do domu, trafia jedynie na zgliszcza. Jego wuj umiera zaledwie dwa dni później, na skutek okropnych obrażeń... Owładnięty zemstą Eragon, rusza za morderczymi kreaturami. Towarzyszy mu oczywiście jego smok i Brom, który okazuje się być kimś znacznie więcej, niż zwykłym bajarzem.
Fabuła jest o wiele bardziej rozbudowana, to zaledwie pierwsze rozdziały książki. Dalsza część skupia się na ich podróży, gdzie nie braknie kolorowych, rozbudowanych opisów. Nawet jeśli się zgubimy, na początku książki mamy czytelną mapkę, z której za każdym razem możemy odczytać położenie naszych bohaterów. Oni natomiast, spotkają na swojej drodze wrogów, przyjaciół i stworzenia, o których słyszeli tylko w baśniach.
Tak więc, jak wynika z powyższego opisu, książka jest warta przeczytania. Jeśli chodzi o styl autora, jest ciekawy, chociaż moim zdaniem nie powala na kolana. Owszem, bohaterzy mają poczcie humoru, jednak narracja jest trochę sztywna.
Podoba mi się nabór postaci. Zaczynając na ludziach, poprzez smoki i elfy, a kończąc na krasnoludach. Jeźdźcy to ludzie, którzy przywiązani są do smoków w sposób umysłowy. Eragon jest jednym z pierwszych po nieokrzesanej próbie zabicia wszystkich innych, przez złego króla Galbatorixa. Dlaczego to zrobił? O królu wiemy niewiele, ale na pewno to, że chce stać się najpotężniejsza istotą w państwie.
Postacie drugoplanowe są przyjazne, wśród nich z pewnością można odnaleźć swojego ulubieńca. Osobiście najbardziej polubiłam smoka Eragona - Saphire. Jest inteligenta, choć nie brakuje jej czułości, którą często okazuje swojemu nieodpowiedzialnemu Jeźdźcowi.

Oceniając tę książkę, chętnie pomogę sobie skalą. Z głośnymi oklaskami stawiam 9/10. Do pełnej dziesiątki zabrakło mi bardziej luźnego tonu narratora. Biorąc pod uwagę, że tą grubą książkę napisał 15-latek, jestem pod wrażeniem. Sama lubię pisać opowieści, jednak nie sądzę, aby było mnie stać na rozbudowanie tak fantastycznego świata przedstawionego...

wtorek, 8 kwietnia 2014

W Japonii, czyli domu.

Jeśli ktoś czyta moje wpisy od dłuższego czasu, bądź natknął się na mnie po raz któryś, chyba wie o mojej fascynacji Japonią. Moja tak zwana "mania", która ostatnio przeszła w stan czystej ciekawości kulturą i historią, domaga się więc kolejnej dawki informacji o Kraju Kwitnącej Wiśni. Doskonałą ku temu okazją były moje urodziny i od dobrej koleżanki dostałam właśnie książkę o takiej tematyce.

W Japonii, czyli domu to książka biograficzna (nie posiada fabuły) napisana przez Rebeccę Otowa - Amerykankę, która przeprowadziła się do Japonii.
Książka pomimo zaledwie 180 stron, przedstawia Japonię, a zwłaszcza społeczeństwo japońskie, z całkiem innej perspektywy niż większość otaku uważa. To spojrzenie oczami gajina na świat do którego wepchnął się na własne żądanie i do którego tak trudno jest się dopasować. Czytając tę książkę poczułam się jakby ktoś oblał mnie kubłem zimnej wody, ale co dziwne, wcale mnie to nie zniechęciło to tworzenia dalszych planów w przyszłość, związanych ze studiami filologii japońskiej.
Rebecca przybyła do Japonii jako studentka w 1976 roku. Japonia wyglądała znacznie inaczej niż teraz, była przede wszystkim jeszcze krajem niechętnie idącym za zmianami, wolała dalej opierać się na tradycji, która dzisiaj powoli zanika. Młodzież nie farbowała jeszcze włosów, przez co jak każdy "obcy" Rebecca wyróżniała się wzrostem oraz kolorem włosów. Opisuje jak bardzo było jej ciężko przezwyciężyć samotność, która nie chciała na długo jej opuścić, bo nawet po wyjściu za mąż miała z nią problem. Ale to nie wszystko, ponieważ młodziutka studentka poznała swojego przyszłego męża - o ironio - który pochodzi z liczącej sobie wieki rodziny Otowa. Domek do którego się przeprowadzają jest miejscem o który dbało kilkanaście pokoleń w tył, co z resztą wyraźnie widać.
Musimy sobie zatem wyobrazić ten pełen bólu czas, kiedy ta dziewczyna musiała podporządkować się teściowej, kiedy musiała nauczyć się niezrozumiałej tradycji i zawsze się uśmiechać, czy być potulną jak baranek. Opisując ten czas wprowadza nas w tajniki japońskiej kultury, opisując wszystko po kolei i - bardzo dokładnie. Dzięki temu mamy szansę wyobrazić sobie ile trudu musiała władować w maniery, kuchnię, problemy z dialektem, którego nie zrozumiała i wieloma innymi sprawami, często śmiesznymi, bądź bardzo delikatnymi (jak dogadanie się z sąsiadami, bądź nauka przygotowywania potraw na pogrzeb); co więcej, przy opisywaniu piękna nie brakło również jej trzeźwej krytyki. Nie bała się pisać o zagubionym, zamkniętym społeczeństwie Japończyków, albo domu pełnym przeciągów i smutnych obowiązków (na przykład wymianą tradycyjnych, zasuwanych drzwi shoji, które trzeba umieć wyczyścić po zimie spędzonej w składziku). To czyta rzeczywistość, nie podrasowana historia na rzecz czytelników.
Spodobał mi się w miarę przejrzysty język pani Rebecci. Widać, że trzydziestolecie spędzone w Japonii odcisnęło na niej swoje piętno. Zauważa rzeczy, które ciężko jest dostrzec ludziom z Zachodu, ale nadal zostaje bardzo otwartą osobą, co jest niezrozumiałe dla Japończyków. To trudne być pomiędzy, z resztą również to odczytujemy z książki. Wiemy na prawno, że lubiła pisać tą książkę - raz wydaje się być nastój bardzo melancholijny, a później czytamy pełne buntu kłótnie z teściową. Nie mówię, że to źle! Po prostu ten charakter nadaje książce pewną zaletę. Nie wiemy w końcu czy Japonia jest krajem "złym", czy "dobrym". Jestem przekonana, że sama się o tym kiedyś dowiem, ponieważ zależy mi na zwiedzeniu tego kraju... Co do wszystkim innych czytelników, jestem pewna jednego. Istotnie jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników tego dziwnego odległego kraju. Jeśli jednak nie interesuje Cię taka tematyka, to spokojnie możesz sobie odpuścić, chociaż... Jest to temat sprzeczny. Powiem tak: książka zawiera dużo ciekawostek i jest doprawdy ciekawa. Zachęcam ją do kupienia, aczkolwiek ciągły monolog o codzienności może znudzić poszukiwaczy mocnych wrażeń w literaturze.

niedziela, 30 marca 2014

Grim

Pomyślimy: były wampiry, były wróżki, były anioły... można tak wymieniać całkiem długo i daleko, prawda? Nic więc dziwnego, że stojąc przed półką z książkami szukałam czegoś całkiem innego, nowego. Czegoś co nie odurzyłoby mnie kolejnym natłokiem pięknych, młodych mężczyzn i mdlejących na ich widok głównych bohaterek. Znalazłam, ale zastanawiam się, czy było warto wydać 50 zł.


Powieść "Grim" jest o Gargulcu, który właśnie się tak nazywa. Jest potężny, pamięta dawne czasy, kiedy Gargulce nie były tylko dla ozdoby rządu Ghrogonii - podziemnego miasta, gdzie żyją stworzenia, których ludzie widzieć nie powinni. Nasz bohater jest więc Gargulcem pogrążonym w zamyśleniu oraz niechęci do całego świata. Kiedy opisuje jak bardzo zmienił się jego świat, sami nabieramy pewnego respektu do Gima, który przeżył niejedno. Podoba mi się, że Gargulce są Gargulcami. Z wampirów wielu pisarzy zrobiło piękne istoty, owszem - może to być całkiem ciekawy punkt zwrotny, jednak na dłuższą metę zaczyna nudzić. Grim jest duży, ma kamienną skórę i wielkie skrzydła, a ręce zakończone szponami. W dodatku posiada donośny i dudniący głos. To daje nam postać fantastyczną, ale zarazem nie odstającą od realiów wyglądu. Oprócz tytułowego bohatera, mamy Mie, nastoletnią dziewczynę, która ciągle się buntuje. Razem zaczynają tworzyć całkiem zgrany, nieraz śmieszny duet. Zapomniałam jeszcze o jednej ważnej postaci: kobalcie Remim. To zabawny, miniaturowy człowieczek, który świeci na zielono i wszędzie lata za Grimem. Więc jeżeli chodzi o nabór bohaterów, jest całkiem spory. Mamy do wyboru także wróżki, wampiry, gnomy, duchy i wiele innych. Choćby wilkołaki. Te stworzenia pozostały w swojej naturze, autorka - Gesa Schwartz - nie zmuszała ich do zmiany charakterów. Wampir jest stary i pije krew, wilkołaki są dzikie i tak dalej.
Jeśli chodzi o fabułę, to ciężko się na początku połapać. Książka sama w sobie liczy około 600 stron. Nie rozumiem więc, czemu jest tak spięta... Niby wprowadzający początek jest czymś nudnym, lepiej rzucać od razu na głęboką wodę - z takim zdaniem już się spotkałam. Przy niektórych książkach, to całkiem spoko rada, ale nie przy Grimie. Odniosłam wrażenie, iż dla autorki te kilkaset stron to i tak za mało. Z jednej strony nie bardzo się dziwię. Wytłumaczenie działania całego świata, który przedstawia pani Gesa, mogło być trudnym zadaniem. Świat przedstawiony bowiem jest bardzo obszerny, bo jest to fantasy w czystej formie, a w dodatku autorka nie ma wielu lat doświadczenia, jak szanowany Tolkien. Z drugiej jednak strony można była to chociaż minimalnie uprościć. Czary, który rzucają bohaterowie są łatwe do zrozumienia, co nie znaczy, że wiemy skąd się one wzięły. Zostajemy rzuceni na pole walki między Grimem a demonem całkiem zieloni. Na całe szczęście na pomoc przychodzi nam niedoświadczona Mia, której także trzeba wszystko tłumaczyć. Także, jak przejdziemy przez początek to dojdziemy do słodkiego środka, gdzie akcja powoli się rozkręca. Moja rada jest jedna: jeżeli lubicie czytać kilka książek na raz, Grima przeczytajcie samego. Fabuła lubi mieszać, lubi zwroty. Ponieważ obecnie czytam trzy na raz, ciężko mi było ją przełknąć. Dopiero jak odłożyłam dwie pozostałe, poszło gładko.
Ogólny styl powieści jest przejrzysty. Książkę tłumaczyło dwóch tłumaczy: Ryszard Turczyn oraz Krzysztof Żak. Nie jestem pewna, czy to wina tłumacza (chociaż wątpię), ale w pierwszej części książki jest wiele powtarzających się wyrazów, zwłaszcza "prychnął/prychnęła". Więc prawdopodobnie autorka bardzo upodobała sobie to słowo. Poza tym, małym irytującym aspektem, wszystko było super.
Ogólne podsumowanie? Sądzę, że 8/10. Rzadko zdarza się tak czyste fantasy, tak fajni bohaterowie i tak fajny język. W pewnej części powieść staje się ciut za filozoficzna... Właśnie. Jak dla mnie, po prostu zabrakło "tego czegoś", co nadało by książce porywającego płomyczka. Cóż, może następne części będą lepsze? Jeżeli także będą kosztowały 50 zł (a zapewne tak), to nie wiem czy się zdecyduję. Poszukam w bibliotekach.
Jeśli jesteście wielkimi fanami fantasy, to z czystym sercem polecam. Innym jednak radzę się zastanowić :3

piątek, 21 marca 2014

Szeptem



Muszę przyznać, że w miejscowym Empiku (mieszkam raczej w malej miejscowości), można znaleźć najwięcej książek z działu "romanse", "biografie", "podróże" oraz "literatura młodzieżowa". To ostatnie ustawione jest na dużej półce zawalonej tytułami, którymi interesują się dziewczęta w wieku dorastania oraz mniejszością ciekawszych, wielotomowych fantasy. Jestem osobą, której powoli brzydną te wszystkie romanse, powolutku przerzucam się na fantasy oraz sci-fi, jednak nie znaczy to, że nie romansów nadal nie mam słabości. Owszem, zaczęło się od "Zmierzchu", ale nie szłam tropem wampirów, tylko Upadłych Aniołów. Wśród swojego zbioru (niemałego) mam szczególnie dwie perełki, jedną z nich chciałabym opisać.

"Szeptem" to powieść, jak można się po wstępie domyślić, jest o aniołach, autorką jest Becca Fitzpatrick. Główną bohaterka jest nastoletnia Nora. Dziewczyna bardzo poukładana, nie lubiąca wszystkiego, nad czym nie ma kontroli. Jest ładna - ma ciemne włosy i długaśne nogi, za którymi wszyscy przepadają. Za najlepszą przyjaciółkę ma Vee - totalne przeciwieństwo. Vee jest zawsze w dobrym humorze, a większość jej myśli zajmują faceci o czym nie zapomina ciągle nam przypominać zboczonymi, czy też powalająco śmiesznymi uwagami. Obie są niczym siostry, więc równie dobrze lubią gadać w kawiarniach i na lekcji, co irytuje trenera, który... postanawia przesadzić uczniów do innych ławek. Tym sposobem Nora poznaje tajemniczego, ale dziwnego Patcha. Dla tych, który nie wiedzą, Patch to... dosłownie łata, z angielskiego.
W jej życiu zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy.
Chłopak ubiera się na czarno, ma czarne włosy, czarne oczy i jest potwornie przystojny. Co więcej, doskonale zna Norę, wszystkie jej upodobania, wie jak zareaguje w danej sytuacji. Strasznie ją to irytuje, próbuje się przed nim bronić, co niekoniecznie jej wychodzi, ponieważ jego tajemniczość bardzo ją pociąga. Można by pomyśleć: kolejna mdława opowiastka. Halo, halo, nie skończyłam! Fabuła nie kończy się na Patchu, pcha się dalej. Nora wkrótce poznaje dwóch następnych kolegów, Elliota i Jules'a. W dodatku jej starego psychologa zastępuje nowy - pani Greene, która każe jej się trzymać z dala od Patcha.
Pokrótce streściłam już fabułę, teraz obsmaruję samych bohaterów. Najlepsze w tej książce jest to, że Patch nie odpycha Nory, bo "ja jestem zły", wręcz przeciwnie. Cały czas daje jej do wiadomości, iż bardzo ona się mu podoba i sugeruje, ba! wie, że działa to też odwrotnie. Nikt nie mydli nam oczy głupimi uczuciami. Inni bohaterzy owiani są przyjemną, tajemniczą mgłą, która powoli, coraz bardziej wciągając, rozwiewa się pod koniec. Książkę czyta się szybko, co daje przyjemne odczucie, że nie stoimy w miejscu.
Sama fabuła jest przejrzysta, a narracja w pierwszej osobie, jest przyjemna i zrozumiała. Wtapiamy się w Norę, przeżywając niektóre sytuacje w sposób podobny jak ona sama.
Książka jest romantyczna, śmieszna i przyjemna, chętnie przeczytałam całą sagę.
Jeśli miałabym opisać wady, to nie ma ich tutaj zbyt wiele, moim zdaniem. Miejscami Nora może wydać się ciut irytująca, bądź za bardzo uparta - jak większość bohaterek młodzieżówki. Powieść nie kończy się w połowie akcji, ale delikatnie odbija happy end'em. W sumie moje wymagania co do książek mogą (ale nie muszą!) okazać się niskie, lecz tą książkę chcę polecić każdej dziewczynie. Jest lekka, więc idealna na wieczory przy herbacie :-)

środa, 12 marca 2014

Trylogia Czasu

Pisałam już na temat Czerwieni Rubinu, iż książka jest dobra, ale bez przesady. Może zbytnio się pospieszyłam? Nie, to nie to. Drodzy Państwo, chodzi raczej o poziom Błękitu Szafiru oraz Zieleni Szmaragdu. Dowiedziałam się również, że na podstawie tej serii powstał film. Teraz pozwolę sobie na typowy "edit".
Przede wszystkim powtórzmy sobie fabułę: siedemnastoletnia Gwendolyn posiada gen, dzięki któremu może przenosić się w czasie. Towarzyszy jej przy tym Gideon de Villiers, między bohaterami coś iskrzy. Poza tym mamy fabułę zbudowaną na tajemnicach i sprawach, których często nie rozumie choćby sama bohaterka. Bohaterzy są całkiem fajni, autorka - Kerstin Gier - ładnie opisuje wieki poprzednie. Mamy nawet nutkę grozy przy Hrabim de Saint Germain. Książka całkiem zwyczajna, a jednak...
Po przeczytaniu kolejnej części (Błękitu Szafiru), muszę zmienić zdanie. Osobiście uważam to za bardzo rzadki przejaw, kiedy pierwsza książka jest po prostu do przetrwania, a druga wprowadza nas w piękną, delikatną, a jednocześnie wciągającą opowieść. Otóż dopiero tutaj rozkręca się akcja. Nasza młoda Gwen nie tylko poznaje Lucy i Paula, którzy przed jej narodzeniem uciekli z chronografem (przedmiotem, dzięki któremu można przenosić się w czasie na własne życzenie) ale także pozostałych przodków, za przykład weźmy lady Tilney. Staje przed kilkoma całkiem nowymi tajemnicami, a jednak kilka poprzednich wreszcie się wyjaśnia.
Muszę przyznać, iż byłam mile zaskoczona tą zmianą. Gwendolyn wreszcie przestaje być irytującą, nic nie wiedzącą dziewczyną, a bohaterką z pierwszego zdarzenia, która bierze sprawy w swoje ręce. Bohaterzy, których uważała za przyjaciół, okazują się być zagadkowo złośliwi i na odwrót. Zaczyna bardzo powoli rozumować niektóre rzeczy, co więcej, zaczyna spotkać się ze swoim dziadkiem. Okaże się on być prawdziwym kluczem do tej książki. Jest zupełnie jak Yoda, z Gwiezdnych Wojen. Będzie dla wnuczki człowiekiem, który zawsze jej wysłucha (a będzie miał czego, po kolejnych problemach miłosnych), człowiekiem, którego nie zdążyła dobrze poznać. To będą mile spędzone chwile, może się nawet łezka w oku pokręci. Na deser zostaje jeszcze Lucy wraz z Paulem, z którymi udaje się nawiązać kontakt. Zwłaszcza pod koniec drugiej części  - Gideon spotyka Paula, dowiaduje się, że coś złego grozi Gwendolyn. Niestety problemy związane z ich "przyjaźnią" nie pozwolą mu tymczasowo na poważną rozmowę.
A co tak naprawdę jej grozi? Jaki ma to związek z Hrabią de Saint Germain i tajemnicą strzeżoną przez wszystkich Strażników?
Nie odpowiem na te pytania, ponieważ jestem dopiero w połowie ostatniej części. Mogę jedynie gwarantować masę dobrych zagadek oraz humoru, któremu Gwen nie brakuje. Książka jest napisana ze smacznymi żartami, siedząc na szkolnym korytarzu musiałam ukrywać śmiech w dłoni. Oprócz Charlotty, każdy bohater, tak jak wcześniej napisałam, jest godny uwagi. Ponad to zdarzają się nieoczekiwane zwroty, w większości prowadzące do środka fabuły, z którego (przynajmniej mi) jest bardzo ciężko się odciągnąć.

sobota, 15 lutego 2014

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz.

Większość z nas wie, że w wielu krajach życie kobiety nie było dobrym rozwiązaniem. Kobiety były wydawane za mąż przez rodziców, bądź po prostu sprzedawane mężczyznom. Musiały im usługiwać, czuć się gorsze, były tylko po, aby rodzić synów i uczyć córki jak się zachować. Jednym z takich krajów były Chiny. Urodzenie się kobietą było gorsze, niż bycie psem. Jeżeli w rodzinie urodził się syn, było to wielkie szczęście, jeśli dziewczyna - ogólne niezadowolenie, ponieważ doszła kolejna gęba do karmienia.
Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz, to opowieści autorstwa Lisy See. Książka jest przedstawiona z perspektywy opowieści starej kobiety, Chinki, która spisała całe swoje życie. Począwszy od małej dziewczynki, poprzez przygotowania do małżeństwa, samo małżeństwo i oczywiście starsze lata. Opowieść została więc podzielona na kilka części, jak się domyślam zgodnie z tradycją: Dni Córki, Dni Upinania Włosów oraz Dni Ryżu i Soli. Każda z części opowiada o poszczególnych etapach życia nie tylko głównej bohaterki, lecz większości Chinek.
Lilia jest z roku Konia, podobnie jak Kwiat Śniegu. Nawet urodziły się tego samego dnia. Dlatego stara swatka Wang, postanawia zawiązać nimi związek laotong, coś o wiele silniejszego od małżeństwa, co zawierają ze sobą tylko dziewczęta. Wprawdzie główną bohaterką jest Lilia, lecz Kwiat Śniegu jest nieodłączną postacią, którą pozostawienie w cieniu Lilii było by niesmacznym błędem. Między dziewczynkami tworzy prawdziwa, pełna miłości więź. Chociaż Lilia jest dziewczynką, później też kobietą posłuszną oraz trzeźwo myślącą, tak Kwiat Śniegu przypomina raczej uwięzionego ptaka. Chodzi często zamyślona, a jej poezja jest delikatna i odbiegająca od rzeczywistości.
W Dniach Córek zostaje opisany dom rodzinny Lilii, w którym jako druga córka, ma niską pozycję. Jej matka jej nie kocha, o co Lilia zawsze czuła żal. Była jednak posłuszna, nawet podczas krępowania stóp. W Chinach uważano ten czyn za bardzo ważny. Stopy miały być czymś podniecającym i intymnym, a im były mniejsze i delikatniejsze, tym kobieta piękniejsza. Nasza bohaterka pod tym względem była bardzo wyjątkowa, ponieważ jej stópki były idealne, po prostu dużo na tym zyskała. Kwiat Śniegu często ją odwiedzała, były nierozłączne. Podobnie było w Dniach Upinania Włosów, które spędziły na haftowaniu i szyciu ubrań dla siebie, teściów i mężów. Leżały nocami przy sobie i szeptały tajemnice, Kwiat Śniegu uczyła Lilię nu shu, poezji, wierszy dla kobiet jak i mężczyzn. Pokazała jej na czym polega kobieta delikatność. Lilia natomiast uczyła swoją laotong sprzątania i innych domowych czynności, bez których kobieta była bezużyteczna. Kwiat Śniegu w porównaniu do niej, wywodziła się z bogatej rodziny, więc nie znała się dobrze na wielu podstawowych umiejętnościach gospodarczych.
Nasze bohaterki wyszły za mąż. Lilia dostała wymarzony dla każdej Chinki związek. Jej mąż okazał się być dość uczuciowy jak na mężczyznę. Nie bił jej, a nawet szanował. Teściowa, chociaż sroga, szybko ją zaakceptowała i nie gardziła jak innymi synowymi. Oczywistym jest, iż to zasługa trzech synów, których urodziła Lilia. W dodatku rodzina ta była postawiona wysoko, nie cierpiała z głodu. Kwiat Śniegu wprawdzie nie miała tyle szczęścia... Szybko się okazuje, jak zwinnie okłamywała swoją laotong. Co doprowadzi do wielu innych nieporozumień.
Nie chcę zdradzać całej fabuły, ponieważ jest ona o wiele bardziej rozbudowana, niż mogłabym to opisać (jak jest z większością książek...). Na samym wstępie chcę ją polecić każdej kobiecie zainteresowanej takimi tytułami. Książka jest na wiele sposobów niesamowita. Kultura oraz tradycja po prostu wylewają się z tej książki garściami. Powieść jest napisana przejrzyście i realistycznie, chociaż nie mamy tutaj do czynienia z długimi dialogami. Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz tak jak wcześniej napisałam, jest opowieścią starej, doświadczonej oraz mądrej kobiety. Patrzy ona na swoje życie całkiem inaczej, niż wcześniej. Nie jest ona ideałem. Jest po prostu człowiekiem, który także popełnia błędy.
Lisa See bije całkiem do czegoś innego, niż mogło by się na początku wydawać. Opisuje nie tylko rzeczywisty obraz chińskiej kobiety, która tak wiele przeszła nawet w młodych latach. Przyjaźń, jaka zakwitła między Lilią i Kwiatem Śniegu, pomimo wielu lat nie była tak na prawdę do zniszczenia. Przechodząc poważny kryzys wysysała uśmiech na twarzy i jednej, i drugiej. Poza tym, autorka chce nam ukazać nu shu, czyli kobiece pismo. To były delikatne znaki, przeznaczone tylko dla płci pięknej. Posługiwały się tymi znakami w listach, haftowały je na bucikach, nawet śpiewały przy pomocy nu shu.

To całkiem inna kultura, która w dużym stopniu różni się od naszej. Zrozumienie jej nie będzie do końca łatwe. Pomimo to polecam z całego serca. Rzadko trafiam na książkę, którą czytam po nocach i myślę o niej bezsennie przewracając się z boku na bok. Na prawdę rzadko.

czwartek, 30 stycznia 2014

Czerwień rubinu

Na pewno jest wiele osób, które zastanawiają się, jak by wyglądał świat, gdybyśmy mogli podróżować w czasie. Moim zdaniem nieciekawie. Wszyscy robili by co chcieli... zwłaszcza, jeśli taką szansę dostałby... załóżmy jakiś szaleniec. Nieźle by namieszał. Właśnie dlatego podróżowanie w czasie powinno mieć jasne zasady i określone prawa. No cóż, w przypadku szesnastoletniej Gwendolyn nie jest to takie proste. Okazuje się bowiem, że nie ma wcale na to wpływu. Po swojej skomplikowanej linii rodzinnej odziedzicza gen podróży w czasie. Co dziwniejsze cała rodzina uważa, iż gen ten miał przypaść jej zarozumiałej kuzynce Charlottcie. W wyniku tego błędu (zatajonej daty urodzin głównej bohaterki), Gwen nie tylko nie wie jak się zachować w sytuacji, kiedy ląduje na ulicy w zupełnie innych czasach, ale też nie do końca zdaje sobie sprawę CO SIĘ STAŁO. Chociaż tego się domyśla...
Czerwień rubinu, to na prawdę nic nowego. Dostajemy tutaj młodą parkę, jakiś romans i tragiczną ucieczkę jej poprzedniczki Lucy z chłopakiem oraz dziwaczną rodzinę, która to wszystko owiewa tajemnicą. Nawet zwariowana koleżanka z klasy nie jest czymś oryginalnym. Nie. Tutaj raczej chodzi o ten gen. Kerstin Gier - autorka książki, wykazała się niesamowitą dokładnością w opisywaniu przeszłego czasu oraz bardzo napiętej, a jednocześnie dobrej atmosfery, jaka zapanowała w rodzinie Gwen. Ta dziewczyna w porównaniu do gapowatej Belli ze Zmierzchu, czy niesamowitej piękności, Eleny z Pamiętników wampirów, albo innych ładnych dziewcząt z Upadłych/Szeptem, jest zupełnie zwyczajna, co czyni ją nieco bardziej podobną do nas. Jest to zwykła uczennica w ubrudzonym mundurku (komu chociaż raz nie kapnęło jedzenie na ubranie?), w potarganych włosach i co ważniejsze, mózgu "wypranym" przez filmy i gwiazdy filmowe?
Z drugiej strony, tak dla kontrastu dodajemy Gideona de Villes, chłopaka z porządnej, bogatej, a co za tym idzie - aroganckiej rodziny. Nie znoszą się, a jednak coś ich ku sobie ciągnie. Nie muszę chyba opisywać, że na końcu będą razem, bo to oczywiste. On sam jest przystojny, dobrze wychowany (w porównaniu do bohaterki, wiedział o swoim genie, był do tego uczony pod odpowiednim kątem - fechtunek, języki, gra na instrumentach, historia), przez co uważa ją za mało inteligentną nowicjuszkę. Zazwyczaj w powieściach młodzieżowych, chłopak wydaje się być lepszy od dziewczyny, prawda?
Jeśli miałabym to streścić, to jasno. Rozmawiałam na ten temat z koleżanką i obydwie doszłyśmy do wniosku, że powieść nas rozczarowała. Zabrałam się do niej z chęcią, nadzieją. Pierwsze rozdziały rzeczywiście zapowiadały się fajnie. W połowie akcja jakoś się pogmatwała. Wszyscy próbują wytłumaczyć Gwen o co chodzi, przy czym wszystko jej się miesza. Z resztą, nie tylko jej. Jako czytelnik miałam takie samo odczucie, zrozumiałam z tego jeszcze mniej, niż ona sama. Na szczęście z pomocą przychodzi nam tutaj jej szkolna przyjaciółka, która okazuje się być prawdziwym nastoletnim detektywem.
Tak więc, przeczytać nie zaszkodzi. Książkę czyta się szybko, jest całkiem miła dla oka. Mogą nas zainteresować sprawy dotyczące czasu, Strażników (i ich zasad), lecz co ważniejsze książka jest napakowana tajemnicami, których rozwiązania z pewnością nie dostajemy w pierwszej części. Postacie może nie są jakieś wyszukane, jednak idealne do tego rodzaju historii. Dobre połączenie. Fabuła mogłaby rozwijać się szybciej, ale mogło by to jeszcze bardziej namieszać. Dlatego uważam, że książka jest dobra, lecz... bez przesady. Może to być zasługa innych opowieści, których się już naczytałam i po prostu wszystkie zmywają mi się w jedno. Także, jeśli masz ochotę, to śmiało. Jeśli nie, chyba nie będziesz miał tego na sumieniu do końca swoich dni.