Na pewno jest wiele osób, które zastanawiają się, jak by wyglądał świat, gdybyśmy mogli podróżować w czasie. Moim zdaniem nieciekawie. Wszyscy robili by co chcieli... zwłaszcza, jeśli taką szansę dostałby... załóżmy jakiś szaleniec. Nieźle by namieszał. Właśnie dlatego podróżowanie w czasie powinno mieć jasne zasady i określone prawa. No cóż, w przypadku szesnastoletniej Gwendolyn nie jest to takie proste. Okazuje się bowiem, że nie ma wcale na to wpływu. Po swojej skomplikowanej linii rodzinnej odziedzicza gen podróży w czasie. Co dziwniejsze cała rodzina uważa, iż gen ten miał przypaść jej zarozumiałej kuzynce Charlottcie. W wyniku tego błędu (zatajonej daty urodzin głównej bohaterki), Gwen nie tylko nie wie jak się zachować w sytuacji, kiedy ląduje na ulicy w zupełnie innych czasach, ale też nie do końca zdaje sobie sprawę CO SIĘ STAŁO. Chociaż tego się domyśla...
Czerwień rubinu, to na prawdę nic nowego. Dostajemy tutaj młodą parkę, jakiś romans i tragiczną ucieczkę jej poprzedniczki Lucy z chłopakiem oraz dziwaczną rodzinę, która to wszystko owiewa tajemnicą. Nawet zwariowana koleżanka z klasy nie jest czymś oryginalnym. Nie. Tutaj raczej chodzi o ten gen. Kerstin Gier - autorka książki, wykazała się niesamowitą dokładnością w opisywaniu przeszłego czasu oraz bardzo napiętej, a jednocześnie dobrej atmosfery, jaka zapanowała w rodzinie Gwen. Ta dziewczyna w porównaniu do gapowatej Belli ze Zmierzchu, czy niesamowitej piękności, Eleny z Pamiętników wampirów, albo innych ładnych dziewcząt z Upadłych/Szeptem, jest zupełnie zwyczajna, co czyni ją nieco bardziej podobną do nas. Jest to zwykła uczennica w ubrudzonym mundurku (komu chociaż raz nie kapnęło jedzenie na ubranie?), w potarganych włosach i co ważniejsze, mózgu "wypranym" przez filmy i gwiazdy filmowe?
Z drugiej strony, tak dla kontrastu dodajemy Gideona de Villes, chłopaka z porządnej, bogatej, a co za tym idzie - aroganckiej rodziny. Nie znoszą się, a jednak coś ich ku sobie ciągnie. Nie muszę chyba opisywać, że na końcu będą razem, bo to oczywiste. On sam jest przystojny, dobrze wychowany (w porównaniu do bohaterki, wiedział o swoim genie, był do tego uczony pod odpowiednim kątem - fechtunek, języki, gra na instrumentach, historia), przez co uważa ją za mało inteligentną nowicjuszkę. Zazwyczaj w powieściach młodzieżowych, chłopak wydaje się być lepszy od dziewczyny, prawda?
Jeśli miałabym to streścić, to jasno. Rozmawiałam na ten temat z koleżanką i obydwie doszłyśmy do wniosku, że powieść nas rozczarowała. Zabrałam się do niej z chęcią, nadzieją. Pierwsze rozdziały rzeczywiście zapowiadały się fajnie. W połowie akcja jakoś się pogmatwała. Wszyscy próbują wytłumaczyć Gwen o co chodzi, przy czym wszystko jej się miesza. Z resztą, nie tylko jej. Jako czytelnik miałam takie samo odczucie, zrozumiałam z tego jeszcze mniej, niż ona sama. Na szczęście z pomocą przychodzi nam tutaj jej szkolna przyjaciółka, która okazuje się być prawdziwym nastoletnim detektywem.
Tak więc, przeczytać nie zaszkodzi. Książkę czyta się szybko, jest całkiem miła dla oka. Mogą nas zainteresować sprawy dotyczące czasu, Strażników (i ich zasad), lecz co ważniejsze książka jest napakowana tajemnicami, których rozwiązania z pewnością nie dostajemy w pierwszej części. Postacie może nie są jakieś wyszukane, jednak idealne do tego rodzaju historii. Dobre połączenie. Fabuła mogłaby rozwijać się szybciej, ale mogło by to jeszcze bardziej namieszać. Dlatego uważam, że książka jest dobra, lecz... bez przesady. Może to być zasługa innych opowieści, których się już naczytałam i po prostu wszystkie zmywają mi się w jedno. Także, jeśli masz ochotę, to śmiało. Jeśli nie, chyba nie będziesz miał tego na sumieniu do końca swoich dni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz