Kocham fantasy - to naprawdę coś cudownego, czytać o szybujących w powietrzu smokach i niezwykłych zdolnościach czarodziejów. Ten gatunek od zawsze stanowił dla nas ucieleśnienie wyobraźni, przelanie w kartki tego, co albo nigdy nie istniało, albo nigdy nie było nam dane. Co jednak, jeśli zamiast potężnych, złych smoków i niezwykłych magów dostaniemy marnej postury Japonkę i... gryfa?
Interesuję się nie tylko Wschodnią literaturą, ale również kulturą. Szczególnie bliska jest mi Japonia, którą lubię nie tyle przez niezwykły język, fantastyczna technikę oraz popkulturę (np. anime, manga, moda). Przede wszystkim kocham japońską mitologię. Ich przedstawienie stworzenia świata oraz te wszystkie mityczne stworzenia, którym tłumnie stawiają kapliczki. Może właśnie dlatego zainteresowała mnie okładka książki, która przedstawia główną bohaterkę z niezwykłą arashitorą - hybrydą orła i lwa.
Yukiko to całkiem zwyczajna, zbuntowana dziewczyna, która wie do czego służy broń. Jest wrażliwa, ale również niezwykle spostrzegawcza i inteligentna (uparta jak osioł też). Jej ojciec, Masaru (zwany również Czarnym Lisem) jest łowcą na dworze shoguna. W pewnym momencie dostaje zlecenie złapania Tygrysa Gromu, czyli wspomnianą wcześniej arashitorę (odpowiednik naszego gryfa). Jednak dla wszystkich, zwłaszcza dla łowców, oczywistym jest niepowodzenie tej akcji. Przecież Tygrysy Gromu już dawno wyginęły, podobnie jak wszystkie inne mityczne stworzenia. Mimo to, Masaru nie poddaje się. Nie ma zamiaru pozbawić się honoru.
Wyruszają więc w drogę z przyjaciółmi Masaru - Akihito i Kasumi. Niestety, wielki statek, którym szybują w kierunku gór Ishi, napotyka na swej drodze potężną burzę. W otchłani deszczu, czarnych chmur oraz błyskawic, wreszcie trafiają na cel swojej podróży. Wielka arashitora spada na nich niczym grom. Masaru udaje się go złapać, lecz to na nic. Statek zajmuje się ogniem, a uwięziony Tygrys Gromu nie ma szans, by samodzielnie wydostać się z potężnej klatki. Wtedy na ratunek biegnie mu Yukiko. Nie zważając na swojego ojca, z którym z resztą nie ma zbyt dobrych stosunków, w ostatniej chwili zeskakuje z szalupy ratunkowej i znika w płomieniach.
Przyznam, że nie spodziewałam się po marnym wstępie tak złożonej fabuły. Yukiko nawiązuje z arashitorą niezwykłe stosunki. W krótkim odstępie czasu przywiązują się do siebie i przenikają umysły. Moim zdaniem, nie tylko główni bohaterowie zwracają uwagę na piękno tej lektury. Autor, Jay Kristoff, zbudował niezwykle rozległy świat przedstawiony. Wyspy Shimy chylą się ku społecznej ekologicznej klęsce. Kiedy ludzie wynaleźli lotos, stał się on ich głównym paliwem, a także trucizną. Jest wykorzystywany dosłownie do wszystkiego - jako paliwo do lotostatków i innych maszyn, również do picia i palenia, od którego wszyscy chorują. To silny narkotyk, który wywołuje niezwykle ciężką chorobę, przez którą umiera zbyt wielu ludzi. Niebo, woda, powietrze, jedzenie; niemalże cała powierzchnia Państw Tygrysa, Lisa, Smoka, Feniksa są przez niego zatrute. Czytając tę książkę oczami Yukiko, odbieramy tę całą brzydotę świata zamkniętego w czerwonym, duszącym dymie. Sami zaczynamy czuć niechęć i wyraźnie oddychamy z ulgą, gdy dziewczyna trafia do zarośniętej dziczy, z dala od siedlisk ludzkich.
Druga sprawa to stosunki, jakimi autor połączył wszystkie państwa. Wyspy Shimy są podzielone, lecz każde z nich służy wyłącznie szotgunowi oraz Gildii Lotosu. Niegdyś piękny kraj, stracił na uroku i pogrążył w biedzie. Niby takich powieści jest wiele, lecz wmieszane do tego Gildii Lotosu, która uważa się za najwyższą warstwę - dorównuje jedynie prawdziwej historii.
Ta książka dostaje ode mnie -5/5. Ten minusik za długi, trudny początek. Poza tym, język Kristoff'a jest niezwykle urozmaicony typową japońszczyzną. W książce roi się od typowo japońskich porównań (np. do kwiatów, wiatru, przyrody), a z drugiej strony za tą zwiewną lekkością czają się inteligentne dialogi. Bohaterowie mają poczucie humoru i tajemnice. Potrafią walczyć, a autor potrafi to opisać jak należy, wlepiając tam nutę tkliwości, np. jak w przypadku opisu przepięknej arashitory. Od razu rzuca się w oczy Jego znajomość ze wschodnia kulturą. Choć nazwy są śmiesznie proste i mało oryginale (dla tych, którzy orientują się w japońskim). Mogę jedynie zaznaczyć jeden minus. Dla mnie on raczej nie był uporczywy, ponieważ sama znam Japonię, ale dla każdego kto spotyka się z tą piękną kulturą po raz pierwszy, zrozumienie tej książki będzie niezwykle trudne. Autor nie silił się na owijanie w bawełnę, t.zn. powieść pełna jest orientalnego słownictwa oraz kultury. Wymaga od nas, byśmy znali podstawę mitologii japońskiej i zachowania jakie wypadają (również rodzaje broni). Z tyłu oczywiście znajduje się słowniczek, ale co to za frajda z czytania, kiedy co chwila musimy tam zaglądać?
/Yori
Nazwa oryginału : Stormdancer
Autor : Jay Kristoff
Wydawnictwo : Uroboros
Liczba stron : 444 (łącznie ze słowniczkiem)
Gatunek : fantasy, akcja, sci-fi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz