niedziela, 6 grudnia 2015

Łotr

Cóż mogę powiedzieć o drugiej części "Trylogii Zdrajcy"? Chyba tyle, iż troszeczkę się zawiodłam. Te słowa bardzo mnie smucą, ale inaczej nazwać bym tego nie mogła.


Okładka książki ŁotrJestem świeżo po skończeniu lektury. Chwilę jeszcze patrzyłam w jej okładkę i sama nie wiem, co do końca czułam. Bo z książkami to na ogół bywa tak, że zakończenie potrafi zniszczyć resztę fabuły, alb wręcz przeciwnie - zachęcić do dalszej lektury. Nie mam jednak na myśli zakończenia, które - na szczęście - zalicza się do drugiej opcji.
    Zaczynając od Lorkina, chłopakowi udaje się jakoś zadomowić wśród Zdrajców. Co prawda, cały czas zadziwia go potęga kobiet (cała idea mieszkania w skale silnie kojarzy mi się z "Intruzem" autorstwa Stephanie Meyer), ale nie widzi sensu w walce z nimi o ich własne prawa. Wręcz przeciwnie, chce dowiedzieć się jak najwięcej. A w tym pomoże mu wyłącznie dozgonne posłuszeństwo. Największą ciekawość przykuwają (czytelników pewnie też) magiczne klejnoty hodowane przez Zdrajczynie. Dannyl - co prawda będąc w całkiem innym miejscu i położeniu - również szuka wiedzy o magicznych klejnotach. W tym celu wyrusza w podróż, a towarzystwa oczywiście dotrzyma mu Sachakanin Achati i pewien niespodziewany, choć z lekka irytujący gość. Natomiast Sonea ściga dzikiego maga, zmaga się też z przeszłością. Myślę, że największą nowością w "Łotrze" jest Lillia - trochę lekkomyślna nowicjuszka. Dziewczyna udowodni Gildii, że nie tylko o konflikty z sąsiadami należy się martwić, a największą broń można znaleźć w zasięgu ręki.
    Jak zwykle, pochwalę tutaj świetny styl Trudi Canavan (jako Jej wielka fanka). Powieść była lekka, lecz zajmująca i przy zwrocie akcji nie można się łatwo oderwać od lektury. Z pewnością jest istotnym elementem dla całej trylogii, ale sama w sobie... nie była tak wybitna, jak chociażby jej poprzedniczka. Bardzo mi się ciągnęła, zwłaszcza sam środek książki. Bardziej niż zwykle uciążliwe było manewrowanie między bohaterami. Być może była to zasługa krótkich wątków. Zmieniały się one dosłownie co kilka kartek, i chociaż jest to częste w "Zdrajcy", a nawet w trylogii "Czarnego Maga", do tej pory nie przeszkadzało mi tak bardzo. Wyglądało to tak, jakby autorka nie do końca wiedziała, co chce nam przekazać, albo nie do końca wie jak.
    Fabuła zatem ciągnie się jak kluski z rosołem, z czym do tej pory się nie spotkałam u Canavan. Tym większe było moje rozczarowanie. Przyłapałam się na tym, że zamiast śledzić ją z zapartym tchem, wolę obserwować bohaterów. Od czasów najazdu ashakich bardzo się zmienili, przede wszystkim zestarzeli. W niektórych chwilach było mi również szkoda tych, których już w trylogii "Zdajcy" nie ma. Jest to nieistotny dla mnie minus, jednak jest jedno "ale". Nowi bohaterowie nie zawsze potrafią zastąpić pustkę tych starych. Lilia była dla mnie osobą z lekka irytującą i naiwną. Nie wiem, czy polubiłam kogokolwiek z z tych "nowych". Sam Lorkin nie do końca spełnia moich oczekiwań względem jednej z głównych postaci, lecz podoba mi się w roli fabularnego następcy Sonei, swojej matki.
    Czy mogę coś ciekawego dodać? Z pewnością bez "Łotra" trylogia nie byłaby trylogią i nie miała większego sensu. Jak się bowiem okazało, bohaterowie wprowadzeni już z nami zostaną. Nie wiem czy na szczęście, czy nieszczęście. To się dopiero okaże...
/Yori


Tytuł oryginału : The Rogue
Autorka : Trudi Canavan
Trylogia : Zdrajcy
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Izabella Mazurek
Ilość stron: 576


Trudi Canavan

Trudi Canavan


poniedziałek, 23 listopada 2015

ja, diablica

Piekło w każdej religii (jeśli je posiada) jest karą, miejscem, gdzie będziemy cierpieli za popełnione w życiu grzechy ciężkie. Za morderstwa, kradzieże, bycie złym człowiekiem. Jak się jednak okazuje, w Piekle, a właściwie Niższej Arkadii, może być całkiem przyjemnie. Są tam piaszczyste plaże, najlepsze kluby, przystojne diabły i masa zabawy. A pośród tego wszystkiego Wiktoria - świeżo upieczona diablica.


    Weronika umiera w dość niewyjaśnionych okolicznościach (co potwierdza sama Śmierć). Dziewczyna niewiele pamięta z tamtego wydarzenia, a my poznajemy ją już w piekielnym urzędzie, który do złudzenia przypomina naszą skarbówkę. Brzydki, rogaty demon uzmysławia naszej bohaterce, że nie żyje i od teraz pełnić będzie funkcję diablicy. Na czym to polega? Weronika będzie musiała targować się z aniołami o kolejne dusze zmarłych, zachęcając je oczywiście do pójścia do Piekła. O ile ma utrudnione zadanie (biorąc pod uwagę, że jest to przecież... PIEKŁO), to Niższa Arkadia okazuje się być prawdziwym rajem dla "strapionych" dusz. Dziewczyna ma tam wszystko, czego zapragnie. Plaże, kluby, sklepy, piękne widoki, niezła chata. Nie wspominając o nieprzyzwoicie przystojnym diable, który zrobi dosłownie wszystko, żeby ją uwieźć. Już sama nazwa "Los Diablos", mówi nam, że jest w pewien sposób spokrewniona z Los Angeles. 
    Wszystko byłoby jak marzenie, gdyby nie to, że Weronika umierać wcale nie chciała. Na Ziemi zostawiła starszego brata z instynktem tacierzyńskim, najlepszą przyjaciółkę i oczywiście chłopaka, na punkcie którego oszalała. Jak więc łączy to wszystko ze sobą? W całkiem łatwy sposób, przecież wystarczy zejść na Ziemię dzięki pomocy klucza, który tworzy jej drzwi do każdego zakątka świata (poza Niebem rzecz jasna) i do każdej osoby. Przy okazji nie raz wpakuje się w kłopoty, ciągnąc za sobą przystojnego Beletha o złotych oczach, czy też jego przyjaciela o skłonnościach do zniszczenia ludzkości i przejęcia władzy Szatana, Azazela.
    Co jest najlepsze w tej książce? Zdecydowanie humor. Nie pamiętam, kiedy i czy w ogóle uśmiałam się tak przy jakiejś powieści. Autorka ma lekką rękę. Rzuca się w oczy, iż "ja, diablica" nie jest pisana jako poważne dzieło, gdzie wszystko ma być nienagannie logiczne. Żarty są naturalne, podobnie jak sama sceneria i bohaterowie, czy ich zachowanie. W końcu nie codziennie widzi się Napoleona, który utknął w wazonie, wsadzony tam przez zazdrosnego diabła. Tak, tak - autorka ożywia dobrze znam znanych bohaterów. Na balu u Lucyfera spotkamy postaci historyczne (jak np. Napoleona) lub te, których istnienia nie byliśmy do końca pewni. Wyróżnia się tutaj Kleopatra - druga diablica, przyjaciółka Wiktorii. Kochająca goliznę i złoto królowa jest tak samo zabawna jak Azazel, który zdecydowanie należy do najcharakterystyczniejszych bohaterów w tej fabule.
   Oprócz tego, bardzo urzekła mnie okładka książki, na której widnieje zdjęcie kobiecej twarzy o krzywo ściętej, granatowej grzywce. Choć nie należę do osób oceniających książki po okładce, to właśnie ta powieść zwróciła moją uwagę swoją obudową. 
   Czy książka może się pochwalić czymś jeszcze oprócz humoru i bohaterów? Raczej nie jest ona dziełem wybitnym, a typowo rozrywkowym. Przecież fabuła nie jest nudna, nie wlecze się, ani nie rusza z kopyta. Z pewnością powoduje uśmiech na twarzy, ale czy na długo pozostanie w pamięci? Bardzo spodobał mi się styl Katarzyny Miszczuk (tak jak już wyżej nadmieniłam), ponieważ mam słabość do narracji pamiętnikowej. Mogłabym dodatkowo pochwalić autorkę za świetną wyobraźnię i dobre spisanie tego, co sobie wyobraziła. Zwłaszcza, że jest pisarką młodą, a debiutancką powieść napisała w wieku piętnastu lat. Jednak czasami wydawała mi się być zbyt prosta, nie mająca w sobie niczego głębokiego. Mimo wszystko, książka trafiła do mojej listy "ulubionych" i z niecierpliwością poszukam kolejnej części. Poleciłabym ją szczególnie osobom młodym lub wszystkim, którzy cenią sobie dobre komedie. 
/Yori

Tytuł : ja, diablica
Autorka : Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo : W.A.B.
Ilość stron :  416

poniedziałek, 16 listopada 2015

Księżycowa klatka

Każdy chyba wie, że na Bliskich Wschodzie kobieta o silnym, niezależnym charakterze ma bardzo ciężkie życie. W kulturze muzułmańskiej nie istnieje przecież ona na wysokim statusie społecznym. Dlatego tyle razy słyszymy o ich tragediach oraz długich, trudnych podróżach, gdy uciekały od bestialskich mężów. Jednakże - spośród całej masy podobnych książek, jest jedna, którą mogę szczerze polecić. Nawet tym niezainteresowanym.


Poznajmy zatem Daryę, która opisze nam całe swoje życie. Od razu mówię, iż nie jest to powieść biograficzna. Główna bohaterka urodziła się w Afganistanie, w XIX wieku. Był to więc kraj nieco inny, niż teraz, chociaż prawa kobiet nie zmieniły się jakoś szczególnie. Dziewczynka wychowała się w małej wiosce, słuchając o wielkim świecie. Jej babcia - zanim osiadła w wiosce - zwiedziła już trochę i przekonywała wnuczkę, że nie jest ona taka sama jak jej matka. Faktycznie, Darya nie była posłuszna ojcu, często się buntowała i patrzyła innym w oczy, choć oczywiście nie powinna. Była jak chłopak, nie dziewczynka. Rodzina się jej wstydziła. Dlatego czuła się niezrozumiana przez nikogo poza ukochaną babcią. Gdy jednak stara kobieta umiera, Darya musi dorosnąć. Jej życie staje się pasmem nieszczęść, kiedy to druga żona jej ojca przeklina ją na wieczne nieszczęście. Od teraz miała już znaczyć mniej niż pył pod kopytami wielbłąda.
    Brzmi dość pospolicie, ale to nie prawda. Darya musi nauczyć się żyć z przekleństwem, co jest właściwie niemożliwe. Kiedy już traci nadzieję na szczęśliwe zamążpójście, ojciec wydaje ją za mąż za mężczyznę z plemienia nomadów. Okazuje się być on mężczyzną nieokrzesanych i wiecznie zagniewanym, staje się prawdziwym katem dla młodej jeszcze Afganki, która nie może urodzić mu dzieci. Zdesperowana - ucieka od niego. Byłaby zginęła, gdyby nie pewien przejezdny Anglik.
    Czytałam tę książkę co najmniej trzy razy i za każdym zachwyca mnie tak samo. Nie jest ona sama w sobie skupiona na tragedii nieszczęśliwej afgańskiej dziewczyny. Autorka charakteryzuje ją jako silną kobietę. Raczej nieświadomie, Darya szuka własnego szczęścia, którego nie odnalazła do tej pory w swojej wiosce, gdzie się urodziła, ani nawet w swojej ojczyźnie. Po wyjeździe do Hindustanu (Indii), sama nie wie już gdzie jest jej ojczyzna i czemu tak bardzo zgubiła się sama w sobie. Linda Holeman porusza delikatne, kobiece struny: pragnienia bycia kochaną i akceptowaną. Ukazuje, co naprawdę potrafi zrobić zdesperowana, osamotniona osoba, żeby przeżyć. Szczęśliwie przeżyć. 
    Oprócz głównej bohaterki poznajemy wiele innych charakterów. W większości są one czymś mało istotnym, co wyłącznie kształtuje Daryę. Warto zwrócić uwagę na jej babcię - staruszkę tak podobną z charakteru do wnuczki. Być może to właśnie po niej, odziedziczyła ona charakter taki, jaki ma. Staruszka uczyła ją perskiego, opowiadała o dawnych dziejach i Anglii, z której pochodził jej ukochany. Kolejną osobą będzie ojciec męża - Kaled. Mężczyzna niezwykle poczciwy, ale tez uczciwy. Nigdy nie pozwolił źle pomyśleć o swojej rodzinie. Był jednym z nielicznych, którzy nie pomiatali Daryą. Prócz tej dwójki, najciekawszą postacią był także Anglik, który uratował dziewczynę przed śmiercią z pragnienia i wyczerpania. Oprócz tego, uwolnił ją on od zagrożenia ze strony męża, zapewnił namiastkę szczęśliwej przyszłości. Czemu więc Darya ją mimo wszystko opuściła, odpływając do Anglii z innym mężczyzną?
   Wielkim plusem jest nastrój "Księżycowej klatki". Zmienia się on wraz z dorastającą bohaterką. Darya potrafi dostrzec wokół siebie najpiękniejsze krajobrazy. Opisywany przez nią Afganistan o delikatnych, czerwonych wzniesieniach, następnie egzotyczne Indie, czy chociażby obrzędy muzułmańskie ożywają w naszych oczach. Zadziwia mnie szczegółowość tych opisów, ponieważ autorka pochodzi z Kanady. Najbrzydziej przedstawiła wiktoriańską Anglię. Nie ze względu na własne odczucia, a z oczu przestraszonej Daryi, która brzydziła się swoją nową rolą w życiu. Wyjechanie z ukochanej ojczyzny było dla niej bardzo bolesne. Nic więc dziwnego, iż widziała Londyn jako wybiedzone miasto pod stalowym niebem. To wszystko złożyło się na tę fantastyczną, wciągającą i bardzo egzotyczną książkę. Gdybym miała się czepiać szczegółów, pewnie by się jakieś znalazły. Nie mam jednak zamiaru tego robić. Za każdym razem, gdy wracam do "Księżycowej klatki", przeżywam ją tak samo: gniew, poczucie niesprawiedliwości, wreszcie uśmiech i wzruszenie. Jedyne co najbardziej mnie zabolało i niezwykle zdenerwowało, to brak 100 ostatnich stron. Książka z biblioteki, wypożyczana wiele, wiele razy. Jest w opłakanym stanie, ostatnie kartki już fruwają. Starałam się być dla niej taka delikatna, ale i tak... się rozczarowałam. Choć znam zakończenie, nie przeczytanie go było przykre. 
/Yori

Oryginalny tytuł : The Moonlit Cage
Autorka : Linda Holeman
Wydawnictwo : Świat Książki
Przekład : Bożenna Stokłosa
Ilość stron : 570

wtorek, 10 listopada 2015

Misja Ambasadora

Bardzo często zastanawiam się, co tak bardzo pociąga mnie nie tyle w samym czytaniu książek, ale w gatunkach, w których tak się lubuję. Tego jednego przecież nigdy nie potrafię sobie odmówić, a perspektywa poznania nowego dzieła znanego mi już autora (zwłaszcza ulubionego) sprawia, że nawet nie potrafię pożałować na to pieniędzy.


    Zacznijmy od tego, że nie mam w zwyczaju śledzenia poczynań ulubieńców: czy to pisarzy, czy wokalistów, zespołów. Zawsze zdawałam się na ploteczki od znajomych. Nic więc dziwnego, że bardzo się zdziwiłam, gdy na półce w księgarni odnalazłam kontynuację jednej z ulubionych serii, którą na tym blogu wychwalałam ponad wszystkie inne. Określenie "zdziwiona", to trochę za mało powiedziane. Zdawałam sobie sprawę, iż Trudi Canavan ciągle wydaje powieści, ale nie miałam pojęcia o przygodach syna Sonei - głównej bohaterki "Trylogii Czarnego Maga". Na imię mu Lorkin i podobnie jak ona, ma wyjątkowe szczęście do pakowania się w kłopoty.

(Osoby, które nie miały styczności z poprzednimi książkami, mogą napotkać w tej recenzji kilka spoilerów o wielkim znaczeniu. Bez tego nie będę w stanie sprawnie streścić lektury.)

Okładka książki Misja Ambasadora    Pierwsze co mnie zachwyciło, to powrót do dobrze znanego mi stylu autorki. Narracja jest prosta, aczkolwiek bardzo przyjemna i bogata, co sprawia, że książka nie ciągnie nam się jak ślimak, a sprawnie rusza do przodu. Nie wymuszone popychanie akcji w najmniej oczekiwanych momentach oraz charaktery bohaterów, również działają na wielkiego plusa. To było oczywiste, że Lorkin, jako dziecko dwojga ludzi, którzy zabili ichanich, nie ma szans na powodzenie misji w samej Sachace, gdzie wyszkolone grupy buntowników są podzielone "za" jego śmiercią i "przeciw" niej. Ci pierwsi starają się go zabić na własną rękę, ci drudzy - w tym jego silna sojuszniczka - pragną dowieźć go całego do ich kryjówki. Do tego przecież szuka go Dannyl, znów w roli Ambasadora Gildii Magów. Czy zatem dobrze zrobił, biorąc go za swojego asystenta? Oczywiście, oprócz nich nadal będziemy obserwować losy starych bohaterów, takich jak Sonea - teraz już dorosła, odpowiedzialna i ostrożna; starszy Rothen, dojrzały Regin, czy znany nam dobrze Cery. Złodziej po stracie rodziny szuka zemsty, a polujący na niego Łowca Złodziei, to jego jedyny ślad. 
   Sprawa między bogatymi, a biednymi uległa całkowitej zmianie. Dwadzieścia lat po najeździe ichanich, mur wewnętrzny już nie istnieje. W Gildii uczą się także osoby biedniejsze i z dawnych slumsów, natomiast obowiązkiem Uzdrowiciela jest nieść pomoc każdemu. Złodziejska ścieżka też nie istnieje, miasto zaczęło się równomiernie rozwijać. Co nie znaczy, że kłopoty zniknęły. Wszechobecny narkotyk, czy dziki mag w mieście, to złe nowiny. Zwłaszcza dla Sonei, która tak bardzo chce pomóc staremu przyjacielowi, nie tracąc jednocześnie odzyskanego zaufania Gildii.
   Cóż więc mogę powiedzieć? Chociaż książka tak strasznie mi się spodoba, jak trzy poprzednie, to brakuje mi bohaterów, z którymi musiałam się pożegnać w "Wielkim Mistrzu". Wprawdzie przeszłość Akkarina jest ciągle obecna, poprzez przygody Lorkina, a autorka generalnie często nawiązuje do pierwszej serii, to nadal odczuwam nostalgię. Czy jest to zatem minus, jakiś ujemny punkt? Nie, oczywiście, że nie. Trudi Canavan postarała się o to, żebyśmy nie powracali do jakieś banalnej historii. Do czegoś, co odebralibyśmy jako jej niepogodzenie się ze skończeniem "Czarnego Maga". To kolejna pełnokrwista, zbudowana od początku i oparta na twardym kręgosłupie opowieść. Tyle, że nasi ulubieńcy odczuwają swój wiek, a następne pokolenie prowadzi teraz tę historię. Historię, która wyjaśni wiele z przeszłości. Przynajmniej tak przypuszczam.
   Dla mnie "Misja Ambasadora" to powrót do godzin nieprzerwanego czytania oraz kolejnego wzdychania nad lekturą. Nie ma bata, żebym nie kupiła następnych części i nie mogę sobie wybaczyć, że wcześniej nie zainteresowałam się tym tytułem. Na szczęście, to się już zmieniło. Wierzę, że nie tylko te dwie trylogie staną na mojej półce, ale również inne dzieła autorki. Zbytnio się z nią zżyłam, żeby sobie odpuścić.
Yori

Tytuł oryginału : The Ambassador's Mission
Autorka : Trudi Canavan
Trylogia : Zdrajcy
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Agnieszka Fulińska
Ilość stron : 570

Poprzednie recenzje:

sobota, 3 października 2015

Córka zjadaczki grzechów

    Czytelnicy różnią się od siebie tak samo, jak każdy z nas od innego człowieka. Wśród nas znajdują się wielbiciele romansów, fantastyki, kryminałów i wszystkich innych gatunków. Ale znaczna większość czyta różne powieści - akurat to, na co ma ochotę. Skoro jestem dziewczyną, to wcale nie znaczy, że mają mi się podobać typowo kobiece książki. Zwłaszcza, jeżeli przedstawiają sobą raczej niszowe miłostki.


    Wstęp zabrzmiał, jakbym co najmniej usprawiedliwiała swoją ocenę, o której mam zamiar się rozpisać. Na szczęście, wcale nie miałam, ani nie mam zamiaru tego robić. Jak się bowiem okazało, ta bardzo obiecująca lektura okazała się być bardzo przeciętną lekturą. Mojemu rozczarowaniu nie ma końca. Ale najpierw poznajmy główną bohaterkę Twyllę - dziewczynę, która zabija samym dotykiem. Brzmi nieźle, prawda? I tak jest. Początek książki jest oryginalny i wciągający, z każdym rozdziałem czułam, że "to jest to!". Twylla jest córką zjadaczki grzechów, czyli kobiety, która przy obrzędzie pogrzebowym zjada ludzkie grzechy pod postacią jedzenia. Każda potrawa oznacza inne przewinienie. Jej córka musi się wszystkiego dokładnie nauczyć, aby zająć jej miejsce, gdy ta już umrze. Niestety, królowa prędzej upatrzyła ją sobie na własną tajemną broń i Twylla zostaje Daunen Wcieloną - córką samych bóstw, której nie da się otruć, ale ona sama, za pomocą swojego dotyku, potrafi zabijać. To sprawia, że jest bardzo samotną istotą, której nie można być całkowicie samodzielnej. Jeżeli ktokolwiek ją dotknie, pada w kilka minut otruty na śmierć. Świadoma tego, sama unika innych ludzi. Staje się istną maszyną do zabijania na rzecz niemiłosiernej, samolubnej królowej. Jej przyszłość zależy wyłącznie od niej i w przyszłości poślubi jej syna, czyli księcia. To zdejmie z niej klątwę, aby mogła zostać następną królową.
    Twylla jest przedstawiona jako, na pozór, zwyczajna dziewczyna, która lubi haftować, śpiewać (co z resztą świetnie jej wychodzi) i dumać nad najróżniejszymi rzeczami. Jej życie wydaje się być raczej nudne, a jedynym zmiennym elementem są jej strażnicy. Jeden z nich - Daeg jest kimś w rodzaju jej przyjaciela, jednakże drugi strażnik zmienia się co chwila, gdy nie wytrzymuje całej tej odpowiedzialności za bezpieczeństwo dziewczyny, która przez pomyłkę może go zabić. W ten sposób pojawia się Lief - przystojny młodzieniec zza granicy. Traktuje on Twyllę jak równą sobie i wcale nie boi się jej nadnaturalnych zdolności. Zdobywa jej zaufanie i coś więcej...
    Niestety, tu fabuła się psuje, czyli gdzieś w połowie książki. Przyznaję, iż samo zakończenie wcale nie było złe, a wręcz przeciwnie. Autorka bardzo zgrabnie zakończyła powieść. Zastanowiłabym się raczej nad zachowaniem głównej bohaterki oraz jej ukochanego. Gdy tylko się okazuje, że cały dwór został uwikłany w spiski królowej, a Twylla wraz z nim, czuje się zdradzona i bardzo zagubiona. Nic w tym dziwnego, lecz jej przemiana zdaje się podążać w przeciwnym kierunku. Irytująca, użalająca się nad sobą i raczej... tępa dziewczyna, szuka wyłącznie okazji do zatopienia się w ramionach ukochanego. Aż dziw, że przez tyle czasu nikt ich nie nakrył! Ich miłość zdaje się być powierzchowna, działająca na zasadzie pięknych oczu i zaufania, które i tak jest na pokaz. Niestety, chociaż jest to debiutancka powieść autorki, muszę jej zarzucić, iż sceny miłosne były mało ciekawe, wręcz mdłe (jak cała relacja bohaterów). Na całe szczęście - jak już wcześniej napisałam - koniec jest zaskakująco dobry, jak na tak dziwaczną drugą połowę. 
Okładka książki Córka Zjadaczki Grzechów    Nie jestem zachwycona "Córką zjadaczki grzechów", ale ciężko mi stwierdzić, czy faktycznie żałuję tej lektury. Połowa z niej była naprawdę miłą przygodą, zwłaszcza jak na debiut. Być może mam już wyrobiony smaczek, skoro czytuję bardziej zawiłe fantastyki, albo też minął czas, gdy z miękkim sercem leciałam na taki rodzaj zauroczenia między bohaterami. W wielu komentarzach widziałam zachwycone opinie dziewcząt. Ja sama głęboko bym się zastanowiła, przed poleceniem jej komuś wymagającemu lub mającemu dość mdłych melodramatów.
/Yori

Tytuł oryginału : The Sin Eater's Daughter
Autorka : Melinda Salisbury
Wydawnictwo : Zielona Sowa
Przekład : Michał Kubiak
Ilość stron : 361
(Pierwsza część trylogii)

Malowany człowiek

    Człowiek ma kilka instynktów, które czasami dopuszcza do głosu. Wśród nich znajduje się uczucie, które znamy wszyscy - strach. Jednych zamyka w kleszczach znieruchomienia, innych znowuż zachęca do działania. Tylko co począć, gdy boi się cała ludzkość?


   Noc - w większości - oznacza dla nas odpoczynek i jest nieodłączną formą naszego życia. Mamy przecież elektryczność, więc nic nam nie grozi. Inaczej muszą żyć ludzie, którzy co noc chowają się w swoich domach, za bezpiecznymi kręgami runów, żeby nie zostać pożartym przez Otchłańce. Co noc wyłaniają się z kłębów mgły, aby polować. Kiedyś było inaczej - potrafiliśmy z nimi walczyć, lecz przez własną arogancję straciliśmy pewne zdolności.
Okładka książki Malowany człowiek: Księga I   Arlen to chłopak z pozoru zwyczajny, chętny do pomocy i zabaw. Mieszka wraz z rodzicami w niewielkiej wiosce. Od urodzenia jest nauczony żyć w strachu przed nocnymi demonami, jednak cały jego światopogląd ulega zmianie, gdy w wiosce pojawia się nowy Posłaniec. Ragen to mądry i doświadczony mężczyzna, który przekonuje Arlena, że poza bezpiecznymi runami istnieje jeszcze kawał świata. Potem przydarza się jeszcze jeden wypadek, który przekonuje go, że w dzisiejszych czasach nawet mężczyźni nie są na tyle odważni, by walczyć o bezpieczeństwo własnej rodziny oraz lepsze życie. Postanawia więc sam zostać Posłańcem i krążyć po całym państwie z rozkazu króla, aby rozwozić żywność, listy oraz zabawiać wieśniaków, pomimo niebezpieczeństwa płynącego z obecności demonów. Leesha to dziewczyna bardzo delikatna i wrażliwa, która bierze swoją przyszłość jako wyśniony, idylliczny sen. Mieszkając z toksyczną matką, chce jak najszybciej wydostać się spod jej pazurów. Niestety, los nie jest dla niej łaskawy. Gdy ukochany niszczy jej opinię w wiosce "niewinnym" kłamstwem, postanawia się sprzeciwić losowi i zostaje uczennicą wioskowej czarownicy. Staruszka wprowadza ją w tajniki ziołolecznictwa, ucząc przy okazji życia. To zmienia dziewczynę, która postanawia podjąć naukę w wielkim mieście. Natomiast trzecim bohaterem jest Rojer - najmłodszy z nich. Po tragicznej śmierci rodziców trafia pod wychowanie minstrela słynącego ze swojego wspaniałego głosu. Niestety, mężczyzna z wiekiem popada w nałogi i chłopak musi nielegalnie zarabiać na ich dwoje, jednakże jego wrodzony talent oraz miłość do gry na skrzypcach chroni go przed kłopotami.
    Osobiście bardzo lubię książki, które łączą się co nieco z psychologią, a raczej psychologicznym profilem bohaterów. Przedstawiają one niejako nas samych: co ludzie potrafiliby zrobić podczas zagrożenia na dużą skalę? I jak wtedy się zmieniają? Istnieją najróżniejsze podobne sytuacje, choćby wojny, a nawet nieznaczne rodzinne sytuacje. W tym przypadku mamy do czynienia z czymś znacznie gorszym - prawdziwym wytworem piekieł, istotami z ludzkich koszmarów. Narracja "Malowanego człowieka" nie jest czymś, co mogłoby rzucić na kolana. Nie na pierwszy rzut oka. Jednakże pełne szczegółów opisy Otchłańców przedstawiają nam szereg demonów, które z zapalczywą radością rzucają się na niewinne ofiary, które nie zdążyły ukryć się w bezpiecznych kręgach. Drugą fantastyczną rzeczą są sami bohaterzy oraz ich przemiany. Arlen staje się zaprzeczać wszystkim normom znanych nam w powieści mężczyzn, poza Posłańcami oczywiście, dlatego tak doskonale nadaje się do ich roli. Leesha wykazuje się największą zmianą charakteru: z nieporadnej, grzecznej dziewczynki zmienia się w kobietę, którą musi szanować cała wioska.
    Książka wywarła więc na mnie ogromnie miłe wrażenie i już zaczynam szukać kolejnych części. Powieść ma klimat i potrafi poruszyć wyobraźnią, a to ogromna zaleta. Oprócz tych wszystkich zalet nie doszukiwałam się niestety wad. Zostałam wciągnięta przez fabułę i trochę ze wstydem przyznaję, iż po raz pierwszy od dłuższego czasu nie potrafiłabym opisać jej obiektywnie. Być może naprawdę jest tak dobra, albo zwyczajnie mnie zauroczyła. Kwestia gustu. W każdym razie, "Malowanego człowieka" mogę polecić szczerym sercem i z niezrównanym zapałem. Wiem, że książka ta osiądzie u mnie na wyjątkowej półce. 
/Yori

Tytuł oryginału : The Painted Man
Autor : Peter V. Brett
Wydawnictwo : Fabryka Słów
Przekład : Marcin Mortka
Ilość stron : 500
Cykl : Cykl demoniczny

sobota, 19 września 2015

Zostań, jeśli kochasz

    Przez całe wakacje nie mogłam się zmusić do czytania, ani tym bardziej nie wyobrażałam sobie pisania recenzji. Dziwiłam się i ganiłam zarazem, bo nie miałam ochoty czytać! To było dla mnie nie do pomyślenia, aż tu nagle, po powrocie do szkoły, połykam jedną lekturę po drugiej. To już trzecia recenzja w tym tygodniu i czuję się dumna, mam nadzieję, że wy także. Tym razem jednak, zdecydowałam się na znany bestseller, wydany już w trzydziestu językach (o ile się nie mylę). Skłoniła mnie o tego bardzo pozytywna opinia moich znajomych, licznych z resztą. Chyba wszyscy już poznali tę książkę przede mną. Jako, że nie była specjalnie droga, zdecydowałam się ją kupić. Nie musiałam się też jakoś do niej zmuszać, przekonały mnie zaledwie 230 stron i książka poszła w jeden dzień. Niestety - pisane z prawdziwym żalem - książka wydała mi się całkiem zwyczajna.
    Mia ma siedemnaście lat, ale nie martwcie się bo to nie jest kolejna romantyczna powieść dla nastolatek - chociaż oczywiście elementy romantyczne posiada, nie one są istotą fabuły. Otóż dziewczyna prawie ginie w wypadku. W porównaniu do rodziców, udaje jej się przeżyć i chociaż jest w poważnym stanie, wcale nie umiera. Pozostaje jedyną ocalałą w zderzeniu z ciężarówką. Nie jest to też melodramat. Mia bowiem staje gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią, staje się biernym obserwatorem, którego nie można wyczuć ani dostrzec. Towarzyszy swojemu nieprzytomnemu ciału podczas podróży do specjalistycznej kliniki oraz dalej, gdy leży na OIOMie. W ten czas wspomina swoje życie - pełne muzyki (która udzielała się jej nie tylko poprzez miłość do wiolonczeli, ale także dzięki rodzicom byłym-rockmanom) oraz niezapomnianych chwil spędzonych ze swoim chłopakiem Adamem. Muszę więc przyznać, że idea oryginalna, chociaż sam wypadek taki nie był. Ciepła, klimatyczna, przyjemna. Nie wiem co więcej mogłabym oprócz tego napisać. Moi przyjaciele naprawdę się nią zachwycali i nie twierdzę, że była zła. Wcale nie żałuję, iż ją przeczytałam. Zwyczajnie nie miała w sobie "tego czegoś", co by mnie zauroczyło. Bohaterowie wydawali mi się tacy zwyczajni, żeby nie powiedzieć - płytcy. Czytałam już lepsze pozycje, które potrafiły poruszyć do łez. Ale, rzecz jasna, wcale nie uważam jej za złą. Po prostu... dobrą. Najpewniej sięgnę po drugą część, tak z czystej ciekawości. I nie mam nic więcej do dodania.


Oryginalny tytuł : If I stay
Autorka : Gayle Forman
Wydawnictwo : Nasza Księgarnia
Przekład : Hanna Pasierska
Ilość stron : 244

czwartek, 17 września 2015

Błędne siostry

    Wspominając w ostatnim poście o gustach, napomniałam, że rzecz często tkwi po prostu w naszych gustach. Jako początkujący fantasta, mam pełen wybór powieści o tematyce fantastycznej, która chyba nigdy mi się nie znudzi. Jednakże, idąc już do biblioteki, nie mogłam z niej wyjść bez następnej pozycji. Wydawała mi się trochę błaha, taka trochę zwyczajna. Nie wiedziałam nawet, czy przebrnę bez oporu przez te 750 stron. Na całe szczęście, ostatnio spotykam same dobre powieści, a wstęp zrobił na mnie miłe wrażenie...

Okładka książki Błędne siostry    Jak donoszą dzisiejsze badania, spora część populacji ma problem z nerwami. Ich zmęczenie objawia się w różnoraki sposób. Zazwyczaj się nie oszczędzamy. Mamy pracę, dom, rodzinę i musimy jakoś opłacić rachunki. Innym razem, nasza praca wymaga od nas aktywności niemal dwadzieścia cztery na dobę, przez co nie możemy sobie pozwolić na odpoczynek. Z bohaterką "Błędnych sióstr" było nie inaczej, choć ona była raczej przykładem zamkniętej w sobie, zapracowanej kobiety, która już dawno wyemigrowała ze swojej ojczyzny. Z Polski do Stanów wygnały ją złe wspomnienia o tragedii, w której nieszczęśliwie straciła rodzinę: jej chory ojciec tragicznie zmarł, a siostra z ciotką się od niej odwróciły. Nie zaznawszy tutaj szczęścia, w nowych warunkach narzuca sobie ostrą pracę i obiecuje nigdy nie wracać do przeszłości. Nie czekając na szczęście, wcale też się taka nie czuje. Odbija się to w jej zdrowiu - morderczymi, wyniszczającymi migrenami. W takim razie... udaje się na urlop. Nie byle jaki, bo półroczny i dzięki swojej znajomej, dociera do uroczego domku w samych Karkonoszach, gdzie wreszcie może odetchnąć z ulgą.
    Czytając opinie innych czytelników oraz porównując je do swoich odczuć, wszyscy jednogłośnie się zgadzamy, iż powieść ta jest przede wszystkim klimatyczna. Sprawia to bardzo sympatyczna, przyjazna dla oka narracja w pierwszej osobie. Pozwala nam to zarazem utożsamić się z Karolą - główną bohaterką, bo chociaż zdarza jej się być irytującą przez swoje wieczne niezdecydowanie, to jednak jej rozterki emocjonalne oraz stawiane sobie pytania retoryczne dotyczą chyba każdego z nas. A raczej, każdej z nas, gdyż książka pisana jest prawdziwie kobiecą ręką. Bowiem, nasza Karola w tym osamotnionym, solidnym domu, wcale nie jest sama. Nie od razu jest tego oczywiście świadoma, ale pewnego migrenowego wieczoru pojawia się rosły mężczyzna, który oznajmia: "ja tu byłem pierwszy" i cóż poradzić? Armin jest przede wszystkim tajemniczy. Nie wiem, co więcej można powiedzieć o jego starcie w powieści, ponieważ przez większą część fabuły jego pochodzenie i wszelkie dane prywatne stoją zwyczajne pod znakiem zapytania. To dodaje całości smaczku pikanterii, z jaką bohaterowie zaczynają się poznawać, a żeby nie było nudno, pani Renata Górska przypisała im wybuchowe, sprzeczne temperamenty. 
    Oprócz tego, na wielką pochwałę zasługują opisy. Nie tylko gór, chociaż te są naprawdę pięknie odwzorowane. Dom stoi na środku polany chętnie odwiedzanej przez sarny oraz inne zwierzątka, otoczony przez góry i lasy, czy skałki wokół których krążą ciekawe legendy. Spędzenie zimy w tym miejscu musi być naprawdę odważnym, ale też przyjemnym doznaniem. Sama wioska, położona trochę niżej polany, pełni rolę ciepłej ostoi i połączenia ze światem zewnętrznym. Karola odnajduje tam nowych przyjaciół, z którymi naprawdę się zżywa. Niestety, jej problemy same do niej wracają, przez co zaczyna żałować swoich niektórych decyzji. Próbując zapomnieć o przeszłości, nie chce wcale się z nią konfrontować, w czym przeszkadza jej siostra-skandalistka. Wtedy też wybucha afera za aferą, przed naszymi oczami znów rozegrają się dramaty z życia Karoli. Niekoniecznie tak, jak ona by tego chciała. Nie można więc powiedzieć, że pomimo tak rozległej fabuły, można się nad nią nudzić. Przyznaję jednak, że czasami potrafiła się dłużyć. Odniosłam wrażenie, jakby autorka momentami sama zastanawiała się nad fabułą i dziury te zatykała melancholijnymi przemyśleniami bohaterki. Na całe szczęście końcówka nie jest mdła, ani melodramatyczna. Karola godzi się z tym, z czym powinna w typowy dla siebie sposób. Nie odczuwamy więc przez to jakiegoś zawodu, bo chyba lepiej to się skończyć nie mogło.
    Pozostaje jeszcze jedna kwestia, o której niemal zapomniałam - ale streścić taką powieść wcale nie jest łatwo. Jednak jest to dość ważne, bo oprócz pewnych wątków romantycznych, spotkamy się też z czymś fantastycznym. Dom, którego progi przekroczyła Karola, ma jej do zaoferowania swoją własną obecność i tajemnice, które mogła wyjaśnić wyłącznie ona. Wizje, przeczucia obecności, czy chociażby dziwne zachowania saren nie rażą w oczy, odwracając naszą uwagę od ważniejszych zagadnień. Raczej delikatnie splatają się z fabułą, dodając jej walorów. Jakby ją dotykały i popychały dalej.
    Tak więc, lektura była dla mnie bardzo przyjemna, zwłaszcza przy kubku gorącej herbaty. Chyba przygotowała mnie na nadchodzącą zimę. Pozostaje mi polecać ją innym, może też sięgnę po inne dzieła pani Górskiej. Jeżeli poprowadziła je w podobny sposób, to z pewnością stanę się jej fanką. Teraz pozostało mi wyłącznie żałować, że nie mam własnego kominka, który ogrzałby domową atmosferę podczas zimowych, długich wieczorów. 


Autorka : Renata L. Górska
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Ilość stron : 750

poniedziałek, 14 września 2015

Oryginalność - zaleta, czy przeżytek?

    Każdy artysta ma swoją "kreskę", a więc styl rysowania, malowania, ogólnie - tworzenia. Jedni wolą kredki, inni pastele, a jeszcze inni grafikę komputerową. Kolejnym przykładem może być mnogość rozgałęzień jednego zawodu, na przykład architektura: wnętrz, krajobrazu, itd. Co łączy te obie rzeczy z książkami? Każdy człowiek czuje się w czymś innym lepszy. Jeśli lubimy projektować, nie zawsze musi to oznaczać tworzenie budynków, ale również terenów zieleni wokół nich. Porównując to do tego, mam na myśli również nasze upodobanie do poszczególnych gatunków literackich. Dość dziwaczne, sama przyznaję, ale prawdziwe. Ktoś lubi czytać, lecz nie oznacza to, że musi kartkować akuratnie grube tomiszcza historyczne.
    Przy wyborze książki najczęściej kierujemy się opisem na tylnej okładce oraz własnymi upodobaniami, okazyjnie rekomendacjami (czy to z ust koleżanek, czy w recenzji szanowanego krytyka). Fantasta z miłą chęcią sięgnie po dzieła Tolkiena lub Rowlling, podczas gdy jego kolega woli historie wojenne. Całkiem naturalne. Podobne gusta tworzą miliony okazji do najciekawszych konwersacji na temat swoich ulubionych pozycji w świecie danego gatunku. Jednakże, wielu z nas przy wyborze następnej lektury kieruje się także swoimi własnymi doświadczeniami. Ma wyuczone pewne reguły, dzięki którym odnajduje powieści sprzyjające swoim gustom. Ja do nich nie należę. Otrzymałam ten fantastyczny dar jasnowidzenia i wierzcie mi lub nie, ale po przeczytaniu pierwszej strony wiem, czy mi się spodoba, czy nie. Mam tylko jedno zastrzeżenie - szukam oryginalności. Niby całkiem zwyczajna zachcianka, ale jakże trudna do spełnienia, o czym przekonuje się wielu z czytelników. Bo nie chodzi mi o wyuczony schemat większości małostkowych powieści, które zalewają półki pokroju "młodzieżowe" pozorując poważną literaturę. Dobrze jest mieć wprowadzenie, dobitne poznanie bohaterów (nie ważne jak melodramatyczni do bólu się zdają), rozwinięcie, przyspieszenie i zakończenie akcji. Ja zwyczajnie chcę odnaleźć coś oryginalnego po samej fabule! Ile można czytać o wampirach? Istoty te, podobnie jak wilkołaki, czy anioły, ewoluowały i ewoluują przez lata. Najpierw przybierały piękne postaci, żywiły się wyłącznie zwierzętami, kochali ludzi, żeby znów wrócić w swoje demoniczne instynkty. Nie mówię tu wyłącznie o Edwardzie Cullenie, czy "Pamiętanikach Wampirów" (gdzie serial okazał się lepszy od samej powieści). Z czystej ciekawości stanęłam ostatnio nad ową półeczką poświęconą literaturze młodzieżowej - czasami i tam człowiek znajdzie coś ciekawego. Nie znalazłam wtedy niczego, co wskazywałoby na rozwinięcie się tego gatunku. Zupełnie jakby autorzy specjalnie obracali się w tych samych kręgach, czekając na łatwe uznanie ze strony młodych ludzi, często czytających książki sporadycznie, okazjonalnie. Prawdziwie interesujące książki o podobnych zagadnieniach, jakie mogłabym z czystym sercem polecić, to "Wampiry z Morganville" (przynajmniej początkowe części, bo nagle zrobiło się ich od grona i wszystkie są praktycznie o tym samym) i "Grim" (gargulce nie zalewają jeszcze półek całymi potokami, a fabuła też niczego sobie).
    Co innego, gdy autorami są ludzie dorośli, poważni, którzy swoim piórem ukazują ludzką psychikę w chwilach zagrożenia. Niestety, nie jestem na czasie z dzisiejszymi bestsellerami widniejącymi na plakatach filmowych. Świetne pozycje, o których nie potrafię zapomnieć to oczywiście popularne "Gone" oraz "Jutro". Ta pierwsza to prawdziwa anarchia, a druga to współczesna wojna, której bohaterami są młodzi ludzie. Nie ma tam zaawansowanej technologii, czytania w myślach, nadludzkich możliwości. To sprawia, iż lektury te są pociągające, gdyż przedstawiają nam pewien obraz nas samych. Zarazem boleśnie uświadamia mi, że dzisiaj podobnych perełek nie jest zbyt wiele. Czy książki o Dalekim Wschodzie muszą krążyć wokół samurajów i gejszy, bądź cesarzy? Czy te o Bliskim Wschodzie zazwyczaj nie opowiadają o poszkodowanych kobietach sprzeciwiających się woli swoich mężczyzn? I czy romans musi być o spełnionej miłości, której nikt się nie spodziewa? Książki fantasy o magii lub smokach?
    Nie. Okazuje się przecież, że literatura cały czas nas zaskakuje. Wystarczy autor obdarzony niezwykle lekką, ujmującą ręką. Może nawet powtarzać schematy, lecz robi to w taki sposób, że odbiera nam resztki niechęci. Od czasu do czasu, na rynek wysypują się książki godne prawdziwego podziwu i uznania, wciągające nas w swoje fenomenalne fabuły, ciekawych bohaterów, wartkiej akcji (jedno z trzech, albo i wszystkie). Za to kocham książki. Pomimo rozczarowania, jak się dobrze poszuka - zawsze się znajdzie. O dziwo, często te niepozorne okazują się mieć w sobie najwięcej.

Yori

niedziela, 6 września 2015

Głosy Panamo

    Z czym kojarzy nam się wojna? Z historią, ludzką tragedią, zagrożeniem. Ale wojny nie ma, większość z nas uważa również, że nam ona w ogóle nie zagraża. Oczywiście - wojna się skończyła, dokładnie w roku 1945, jednak to nie był koniec. Ludzie przez długie lata po jej zakończeniu walczyli o własne szczęście oraz lepsze życie. Pragnęli innego rządu, lecz nie mogli odezwać się głośno w obawie o zdrowie. Jest mnóstwo lektur, które opowiadają o podobnych czasach (jak również wojennych) i każdy, kto je czyta, zdaje sobie z tego sprawę. Ja osobiście również bardzo je lubię, ale nie do końca zdawałam sobie sprawę, że "Głosy Panamo" są opisem Hiszpanii ogarniętej dyktaturą, gdzie rząd był prawdziwym wrogiem obywatela.
    Po wielkim sukcesie "Wyznaję", pojawiła się kolejna powieść jednego z najlepszych katalońskich pisarzy. Choć przyznaję, że z Jaume Cabre spotykam się po raz pierwszy, książka, którą mam zaszczyt przedstawić, zauroczyła mnie prawie natychmiast. Między innymi, przysłużyła się do tego fantastyczna narracja - niby trzecioosobowa, ale miejscami przemienia się w pierwszoosobową, kiedy indziej jest wzruszającym listem pełnym przeszłości. "Do córeczki, której imienia nie znam". Styl pisarza jest realistyczny i barwny, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Sama fabuła jest niezwykle rozległa, więc streszczenie jej zabrałoby mi mnóstwo czasu oraz miejsca. Dlatego streszczę się (ze smutkiem) do tych najważniejszych zagadnień.
    Pewna nauczycielka wyrusza do małej wioski w poszukiwaniu śladów przeszłości i odnajduje za tablicą pudełko po cygarach z zeszytami zapisanymi równym, drobnym pismem. Zaciekawiona, zabiera je ze sobą i poznaje świat spisany ręką znienawidzonego przez miejscowych nauczyciela. Mężczyzna pisze list do swojej córeczki, której nawet nigdy nie poznał. Kobieta, a dokładnie na imię ma Tina, staje się łącznikiem między przeszłością i jej brudami, a teraźniejszością. Wyławia wiele wojennych oraz powojennych konfliktów, których najlepiej było nie ruszać. To właśnie ten opis fabuły tak rozochocił mnie do przeczytania tej powieści. Spodziewałam się czegoś oryginalnego i wciągającego. Wcale się nie zawiodłam. Książka podzielona jest na kilku bohaterów, bo oprócz Tiny oraz jej odkryć, poznajemy samego - z pozoru - oddanemu dyktatorskiemu rządowi nauczyciela Oriola Fontellesa; głowę jednego z najbogatszych rodów w Hiszpanii Elisendy Vilabru oraz jej syna Marcela i kilku innych bohaterów, w tym burmistrza należącego do falangistów i służbę pani Elisendy. To pozwala nam oglądać dany wątek z kilku stron, szlifować go z różnych poglądów bohaterów.
    Sama Tina Bros jest bardzo fascynującą postacią. Ma problemy ze zdrowiem, synem i mężczyzną, z którym żyje już dwadzieścia lat - swoim mężem. Jest osobą upartą, stanowczą. Tylko dzięki temu znajduje ludzi, którzy jeszcze pamiętali tamte czasy i uda jej się ich przekonać, żeby z nią współpracowali. Nie odpuszcza do samego końca. Co nią kieruje? Pamięć. Stara się wyjść wszystkim tym przeciwnościom na przeciw. Spodobała mi się jako jedna z głównych, kluczowych bohaterek. Podobnie jest z Oriolem. Z początku tchórz, pozwalający na zamordowanie jednego ze swoich uczniów, wraz z rozwojem fabuły staje się kimś całkiem innym. Obserwujemy jego przemianę i chociaż nadal pozostaje tchórzem, to tchórzem odważnym. A może wcale nim nie pozostaje? Bycie gotowym na śmierć, postawienie się rządowi, nie spanie od dwóch miesięcy po nocach... czy można faktycznie nazwać to tchórzostwem? Kto w latach czterdziestych nie bał się ciągle o siebie lub swoją rodzinę, karierę? Zwłaszcza będąc rebeliantem.
   Ta książka uświadomiła mi, że wcale nie chciałabym żyć podczas wojny, ani te kilkanaście lat po niej. Moja mama i babcia opowiadały mi o czasach PRLu, próbowały mi uzmysłowić, jak strasznie niepokojące czasy to były. Pewnie co starsi to pamiętają. A ja im wierzyłam i teraz wierzę jeszcze bardziej. Wystarczył jeden donos, zwłaszcza sąsiada, że coś jest nie w porządku i... mogłeś się przeżegnać czekając na służby. Oni wpadali do domu, wyprowadzali cię, aby reszta rodziny nie zobaczyła cię już nigdy więcej. Wystarczyło mieć odpowiednie wtyki. Wystarczyło mieć pieniądze, a byłeś panem. Lub panią, jeśli miałaś piękne ciało. Elisenda miała to wszystko, łącznie z nosem do interesów i wiedziała jak to wykorzystać. Jest jedną z tych postaci, które albo polubisz, albo znienawidzisz. To na niej skupia się całe centrum. To ona porusza fabułę swoim żelaznym, toksycznym charakterem. Nic dziwnego, że była w stanie rozkochać w sobie każdego mężczyznę. Podobnie jak książka na czytelniku, potrafiła zrobić na samcu wrażenie, pociągnąć odpowiednimi sznurkami, aby dobyć swojego. W lekturze znajdziemy wątki poważne, pełne niesprawiedliwości losu i smutku. Znajdzie się zemsta, złość, wręcz wściekłość. Jedni wierzą w Boga, zwracają się do niego z nadzieją w oczach. Drudzy nienawidzą, nie gadają z takimi jak on. "Głosy Panamo" pozostawiają na języku gorzki posmak. Sama nie potrafię stwierdzić czego - żalu za tymi wszystkimi, którzy walczyli za demokrację, czy zwyczajny niedosyt. Być może tego i tego. Ja mogę tę powieść polecić każdemu, bo chociaż ma te 600 stron, to nie nudzi w żadnym momencie. Książka cię "połknie", ale nie ty ją. Fabuła powoli, choć dobitnie, odkrywa przed nami swe tajemnice. Dawno już nie czytałam czegoś równie poruszającego.
Yori.

Oryginalny tytuł: Les veus del Panamo
Autor: Jaume Cabré
Wydawnictwo: Marginesy
Przekład na j. polski: Anna Sawicka
Ilość stron: 651

wtorek, 1 września 2015

   Nie mam zamiaru marudzić - nadszedł wrzesień, każdy o tym wie i każdy powinien się z tym pogodzić. Dla jednych jest do powrót do szkoły, dla drugich ostatni miesiąc wolnego, a dla trzecich miesiąc bliżej jesieni. Chociaż ja zaliczam się do tych pierwszych, zdążyłam się nacieszyć wolnym czasem i próbuję sobie zaplanować jakoś czas. Dzisiaj jednak chciałabym napisać o zmianach - niewielkich - jakie zajdą na blogu. First - muszę spiąć się do systematyczności (nie wiem tylko, czy mi na to starczy czasu) i przynajmniej raz w miesiącu napisać jakąś recenzję. Tym razem, oprócz książek pojawią się rekomendowane przeze mnie artykuły oraz tematy z nimi połączone. Dlaczego? Ponieważ nie zawsze mam czas, albo ochotę recenzować daną książkę. Owszem, nie jest to mój obowiązek, ani żaden przymus. Robię to, bo lubię. W tym rzecz - nie chcę pisać na siłę. Niektóre powieści są trudne lub dłuugo się je czyta, to całkiem naturalne. A ja sama nie czytam wyłącznie książek. Literatura wiąże się przecież z gazetami, komiksami, itd.
    Po drugie, nie chcę wyłącznie recenzować. Od czasu na czasu może uda mi się napisać coś innego, w rodzaju ostatniego urodzinowego specjału: moje ulubione powieści, co mi się nie podoba, jakieś spostrzeżenia, itp. Nie będę jednak odbiegać od przewodniego tematu bloga, a więc literatury. Jeżeli kogoś to nie zainteresuje, to nie musi się martwić - nadal będę pisała recenzje i to wcale nie mniej, niż wcześniej. Zwyczajnie zwiększę swoją aktywność na blogu. Dlatego serdecznie zapraszam do obserwowania, komentowania lub zwyczajnie przeczytania od czasu do czasu moich bazgrołów. 

Yori.

wtorek, 30 czerwca 2015

Tygrysie Wzgórza

Okładka książki Tygrysie Wzgórza     Istnieje takie chińskie powiedzenie, że jeśli czytamy książkę po raz pierwszy, to tak jakbyśmy poznawali nowego przyjaciela. Natomiast, gdy czytamy powieść po raz drugi - spotykamy starego. Przez długi czas przekonywałam się do tego przysłowia, choć nigdy nie wątpiłam w jego słuszność. Jestem zwolenniczką poznawania coraz nowszych bohaterów, przygód i myśli, marzeń, które zawiera każda książka; tym wszystkim, co chce nam przekazać autor. Jednak wakacje zawsze są dla mnie czasem na powrót do najlepiej wspominanych tytułów. Odświeżam sobie pamięć o starych przyjaciołach, przewracając półki i szukając zapomnianych perełek. Jedną z nią zdecydowanie są właśnie "Tygrysie Wzgórza", których - o dziwo - wcale nie wspominałam z uśmiechem na twarzy. Była to jedna z niewielu powieści, która wzbudziła we mnie wiele sprzecznych emocji, gdzie ulubieni bohaterowie ginęli lub nigdy nie zaznali prawdziwego szczęścia. Wtedy sobie pomyślałam: "co to za książka, która zaczyna się w tak piękny sposób, żeby później zniszczyć całą fabułę?". Teraz jednak czytałam ją z zapartym tchem i dopiero zrozumiałam, co to znaczy "stary przyjaciel".
    Jak mogłabym opisać jednym słowem całą książkę? Kolorowa. To pierwsze co przychodzi mi na myśl i spróbuję wytłumaczyć to jak najlepiej. Przede wszystkim są bogate opisy. Jeżeli skupimy się wystarczająco na długich monologach w narracji, sami poczujemy magię Indii, gdzie rozgrywa się cała akcja: zapach orientalnych przypraw, tysiąca kwiatów i wilgotnej zieleni, najróżniejszych przypraw, jaśminu oraz żyznej gleby. Zżyjemy się z delikatnymi wzgórzami Kodagu. Czy do tej pory spotkałam się z równie bogatym światem przedstawionym? Niezwykle rzadko, a jeśli już, były one idealnym wytworem wyobraźni, jak choćby kraina stworzona przez Christopher'a Paolini dla "Eragona", czy wszystkim nam znane książki Tolkien'a.
     Trudno jest mi określić, kto dokładnie jest głównym bohaterem "Tygrysich Wzgórz". Powiedziałabym, że największą rolę odgrywa dwójka przyjaciół, których nieszczęśliwie złączył los: przepiękna, buntownicza Dewamma nazywana przez wszystkich Dewi i nieśmiały, ale niezwykle inteligentny Dewanna. Wychowali się razem, gdy jego matka popełniła samobójstwo, a rodzina ojca nie naciskała na jego powrót do domu. Dzieciństwo spędzili w rodzinnej wiosce, pochłonięci zabawą. To były ich najszczęśliwsze lata życia. Gdy chłopak zdecydował się na naukę w szkole misyjnej, Dewi również tam poszła. Szybko się okazało, iż Dewanna jest pojętnym uczniem, który uczy się niezwykle chętnie. To zwróciło uwagę księdza i wziął go pod swoje skrzydła, traktując jak syna, a wręcz kogoś więcej... Pomógł mu również dostać się do collegu medycznego. Tym czasem piękna Dewi poznaje Maću - pogromcę tygrysa. Zakochują się w sobie bez pamięci, choć sławnego myśliwego łączy pewna przysięga. 
Streściłam zaledwie pierwszą część książki! Rozległość fabuły jest zadziwiająca i wcale nie nudzi czytelnika. Chcąc poprzeć swój "kolorowy" argument, mogę dodać, że emocje bohaterów i dziwaczna, a jednak bolesna prostota ich życia przybliża nas do nich. Czułam się wręcz zirytowana. Czemu los chciał akurat tak, nie inaczej? Cała gama odczuć: przy książce można się uśmiechać, płakać, złościć. Dewanna uświadomiony o swojej głębokiej miłości do Dewi, potwornie skatowany w collegu, ulega ludzkim odruchom i rozpaczy napadając na dziewczynę. Jej babcia próbuje ratować honor rodziny i wydaje ją za mąż. Szybko też się okazuje, że Dewi zaciążyła. Jest na skraju załamania, gdy musi mieszkać z Maću pod jednym dachem, nie mogąc wytłumaczyć czemu wyszła za mąż, nie czekając aż ten skończy pokutować po zabiciu tygrysa.
      Nie są oni jednak w centrum uwagi. W zależności od czasu fabuły, poznajemy coraz nowsze postaci. Sam Maću będzie odgrywał duża rolę, wprowadzając czytelników w fakty czysto historyczne, jak wojna na południu. Jego życie również okazało się być ciągiem nieporozumień, nie licząc oczywiście zaszczytu zabicia tygrysa przy pomocy wyłącznie noża. To złapie co wrażliwszych za serca, mnie też chwyciło. Przecież on nigdy nie zapomniał o swojej Dewi, która powiedziała do niego "jesteś mój na zawsze". Potem pojawi się następne pokolenie: syn Dewanny, nazywany przez Dewi jej przekleństwem oraz syn Maću zrodzony z innej kobiety - Appu. Pojawienie się tego drugiego pod domem Dewi zaowocuje w kolejne zwroty akcji i ludzkie tragedie. 
     Książka nie jest romansem w czystym tego słowa znaczeniu. Miesza w sobie dramatyzm, historię oraz wiele czułym odczuć. Czytałam już wiele książek o tematyce Bliskiego Wschodu, jak również o Indiach, ale "Tygrysie Wzgórza" pozostaną dla mnie czymś wyjątkowym, o czym będę wspominała często i chętnie. Oprócz tego co napisałam wcześniej, nie potrafię w żaden sensowny sposób odpowiedzieć, czemu akurat tak mi się spodobała? Może ta hipnotyzująca fabuła, niezwykle ponętni bohaterowie, ich losy, czy też pewien rodzaj leniwej dynamiki w powieści. Może to ten klimat, pękate, pachnące opisy, czy też obietnica autorki o lepszym jutrze dla Dewi? Chociaż nie była moją ulubioną bohaterką, zżyłam się z nią najbardziej i ucieszyłam z zakończenia, które powinno wreszcie rozświetlić jej deszczowe dni. To powieść o przeznaczeniu, znienawidzonej miłości i tej, której nigdy nie posmakujemy, o marzeniach i ciężkiej pracy. Co więcej nam trzeba?
/Yori

Autorka : Sarita Mandanna
Wydawnictwo : otwarte
Ilość stron : 456
Gatunek : romans, dramat

piątek, 19 czerwca 2015

Żegnaj kochanku

    Nie mogąc wyjść z dołka egzystencjalnego, zabrałam się za zalegające na półkach książki. Przeczytałam te stare, odłożyłam nowe i... zajęłam się tymi z biblioteki, jeszcze nią pachnącymi. W sumie, to sięgnęłam po pierwszą lepszą. Po - jak sama ujęła autorka - sentymentalnym tytule "Żegnaj kochanku" spodziewała się dobrego, lekkiego romansu. Niestety, wyszłam z motyką na słońce. Trudno jest mi opisywać książkę, która mi się nie spodobała. Zamiast gorących tematów miłosnych, dostałam kobietę ze złamanym przez nieszczęśliwą miłość sercem - Matyldę oraz wątek pewnej grubszej afery wokół znanej gwiazdy, Lilany W. i jej córki. Sama fabuła jest według mnie ciekawa, lecz sposób w jakim przedstawiła ją autorka, skutecznie mnie odtrącił. Mimo to jest kilka cennych zalet, które również chciałabym przedstawić.
    Sama bohaterka jest dość irytującą postacią, która sama nie wie, czy kocha owego tytułowego kochanka, czy też nie. W dodatku jest zazdrosna o byłego narzeczonego. Wraz z nim oraz Bianką (córką Liliany), Kamilem i czwórką Niemców udaje się w podróż do... Wietnamu. I tutaj powód, dla którego w ogóle kończyłam tę powieść - Zofia Mossakowska idealnie oddała tamtejszy klimat. Ba! To za mało powiedziane. Pełne opisy, czy też znajomość tamtejszych krajobrazów, ludzi, pracy, kultury... znajdziecie tam wszystko. Nie tylko rzeczy piękne. Ku moim oczekiwaniom, podróż ta nie była dla bohaterów żadnych rajem. Każde z nich otrzymało tę wycieczkę od anonimowego darczyńcy. Przekonani, że nie jest to kawał ani ukryta kamera, zwiedzają biedny, brudny i upalny kraj. Podąża za nimi widmo głodu, biedoty, socjalizmu. A jednocześnie odnajdują w tych niskich Wietnamczykach szczęśliwych ludzi pełnych życia i chęci.
     Nie licząc głównej bohaterki, cała reszta naprawdę przypadła mi do gustu, zwłaszcza niska, podobna do Azjatki Bianka, która ma za sobą nieudaną próbę samobójczą. Nie dogaduje się z matką tak, jakby obie tego chciały. Ciągle obserwowane przez media, mają tego serdecznie dość. Zwłaszcza córki Liliany. Ich "samobójstwo" miało być sprzeciwieniem się nazywania ich matki dziwką. Teraz dziewczyna cierpi. Pozostaje milczącą Polką trzymającą się na uboczu, dopóki nie zagaduje ją denerwujący Matyldę Kamil. Natomiast jej były narzeczony (Matyldy) - Madej - jest spokojnym, opiekuńczym facetem, którego zdradziła z jego przyjacielem. Kobieta zdaje sobie sprawę z popełnionych błędów i chwała jej za to. Książka opisuje jej wewnętrzną walkę z tęsknotą do ukochanego Miszy, a pokonaniem tej "słabości". To też ważny, całkiem wciągający element. Co więc tak bardzo zgrzytało mi między zębami, że śmiem nazywać to dzieło zwyczajnie... nudnym?
    Książka nie potrafiła mnie wciągnąć. Odniosłam wrażenie, iż jest jedynie monologiem autorki. Wolała bardziej opisywać, niż rozpisywać. Streściła nam historię każdego bohatera, koncentrując się właśnie na Matyldzie i Biance. Samo zakończenie było dla mnie dziwaczne, niewiele wyjaśniło, bądź też czegoś nie zrozumiałam. To przez skakanie: raz będziemy pisać o tym, później o tym. Nie raz musiałam się skoncentrować na tym co czytam, chociaż nie miałam na to ochoty. Między kartkami dostrzegłam też trochę filozofowania. Być może, jest w tym również moja wina, gdyż nastawiłam się na coś innego. Zwłaszcza po przeczytaniu streszczenia na odwrocie. Tam jest to tak ładnie streszczone. Szkoda tylko, że już się zniechęciłam po pierwszych stronach... Z drugiej strony, taki też może być styl tej autorki, z którą spotykam się po raz pierwszy. Zanim jednak poznam Ją bliżej, chyba zastanowię się dwa razy.
Yori

Tytuł : Żegnaj Kochanku
Autorka : Zofia Mossakowska 
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Ilość stron : 424

piątek, 5 czerwca 2015

Gladiatorka

    Trudno jest nam dzisiaj wyobrazić sobie życie bez telewizora - przynajmniej większości z nas. Więc co takiego robiono, gdy jej nie było? Gdy nie mogliśmy oglądać ulubionych programów, oglądać teledysków i przypatrywać się kolejnej konfrontacji między politykami? Jakby nie patrzeć, nie są to czasy szczególnie dawne. Wtedy była prasa. A co robili ludzie, gdy nie mieli ani telewizji, ani prasy? Chodzili na szczególne występy na arenie. Nie dla sztuki, lecz dla krwawej jatki, która rozgrywała się na brudnym piachu. Dla nich było to śmieszne, ale dla ludzi, którzy zapewniali im tę rozrywkę - już nie. Mówię oczywiście o gladiatorach, niewolnikach lub jeńcach zmuszanych do walk o życie.
Okładka książki Gladiatorka     Jest wiele dzieł, które przybliżają nam ten niezwykle rozległy temat. Chyba jednym z najsłynniejszych jest film "Gladiator". Jednak dla tych, którzy wolą coś przeczytać, mogę zaproponować żeński odpowiednik - "Gladiatorkę". Już po samym tytule można odgadnąć o czym dokładnie się rozpisuje autor: o okrutnym świecie kobiet, które wpierw są poniżane i ćwiczone na maszynę do zabijania, aby następnie stanąć oko w oko z przeciwniczką. Wtedy walczą. Jeśli zachwycą publiczność, ktoś może je oszczędzić od śmierci, ale jeśli zobaczą kciuk w dół, to znaczy... pożegnanie się z życiem.
    Książkę tę znalazłam w centrum taniej książki, gdzie zajrzałam po raz pierwszy. Okazja była niezwykła, ale nie znalazłam też czegoś ciekawszego. Powieść długo leżała na półce, zanim sobie w ogóle o niej przypomniałam i jest o tyle specyficzna, że jeśli usiądziesz - to nie będzie mógł się oderwać dopóki akcja trochę nie zwolni. Po raz pierwszy spotkałam się też z tak obiektywnym opisem głównego bohatera (w tym przypadku bohaterki), którą jest młodziutka Spartanka Lysanda. Była dumną kapłanką Ateny i - jak każdy Sprtanin - została wytrenowana na idealną wojowniczkę. Pomimo wielu zalet, ukazane zostały również jej wady. Zwłaszcza arogancja, która potrafiła doprowadzić człowieka do białej furii. Dziewczyna trafia w ręce Lucjusza Balbusa - mężczyzny, który rządzi jedną z najlepszych szkół gladiatorek w Rzymie. Tam szybko zostaje zmuszona do treningów, gdyż zapowiada się jako jedna z jego najlepszych zdobyczy. Jej wytrwałość oraz zdolności zostają zauważone przez trenerów i inne koleżanki. Wśród nich pojawiają się też tacy, którzy szczerze jej nienawidzą i tacy, którzy nie mogą się jej oprzeć. Natomiast sama Lysandra pokazuje niezłomnego ducha oraz wielką determinację, gdy wreszcie odnajduje sens w walkach ku chwale swojej bogini Anety.
    Świat przedstawiony jest stworzony jako idealne tło dla rozgrywającej się w książce akcji. Zafascynowanie autora udziela się również nam i zupełnie nie interesuje go, że ktoś może nie lubić Dawnym Rzymem i Grecją, a ja jestem tego najlepszym przykładem. Chociaż jestem zwolenniczką mitologii wschodnioazjatyckiej, nie mogłam oderwać wzroku od kartek. Najbardziej zachwyciły mnie chyba same walki. Dobrze i cierpliwie rozpisane (w dodatku liczne). W takich momentach czułam się, jakbym ja również siedziała wśród wyjącej publiczności - ponieważ napięta atmosfera i wybuchające konflikty między Spartanką, a jej znienawidzoną przeciwniczką Soriną, są największą przynętą. Sami bohaterowie też zachwycają. Są przedstawieni żywo, choć jednocześnie dość krucho. Autor stawia nas przed okrutnym faktem śmierci, każde nam się pogodzić ze stratą wielu wspaniałych bohaterów. Bo arena nie była dla mięczaków, nieraz po prostu wygrało szczęście. Tamten świat jest niesprawiedliwy, wręcz okrutny. Niestety, Lysandrze przyjdzie się zmierzyć nie z wrogami nie tylko na zakrwawionym piachu, z mieczami w dłoniach. Dostrzeże wreszcie głębię własnych uczuć, gdy wyzna miłość swej kochance i zrozumie, że nigdy już nie będzie tą samą osobą co niegdyś, ponieważ pewien trener zemści się na niej w najgorszy dla kobiety sposób.
    Całą książkę oceniałabym naprawdę wysoko, gdyby koniec tak bardzo mnie nie zawiódł. Spodziewałam się prawdziwej walki, wreszcie nasza bohaterka miała szansę do "wspaniałej" zemsty. Kiedy jest już tego bardzo bliska, wszystko kończy się w naprawdę dziwaczny sposób, chociaż nie nazwałabym go złym. Poczułam się po prostu zaskoczona. Oprócz tego, książka pozostawiła jakiś gorzki posmak na języku. Może to niedosyt? Sama nie wiem. Jednak oceniam ją bardzo pozytywnie i żałuję, że nie ma kolejnej części. Z pewnością pieniądze na nią wydane nie poszły w błoto.
/Yori

Oryginalny tytuł : Gladiatrix
Autor : Russell Whitfield
Wydawnictwo : Bullet Books
Ilość stron : 530 (z przypiskiem autora)
Gatunek : dramat, przygodowe
(powieść miesza w sobie wątki historyczne z fantastycznymi)

poniedziałek, 4 maja 2015

trylogia "Czarnego maga"

Ta książka jest fantastyczna. To powinno już mówić samo za siebie - skoro zawsze się czegoś czepiam, a teraz wręcz brakuje mi słów. Jednak nie mogę zostawić recenzji przy jednym słowie, chociaż jest ono jak najbardziej trafne. W takim razie, postanowię zachęcić innych do lektury.


Na moim blogu ukazała się recenzja pierwszej części - "Gildii magów". Chciałam również opisać drugą, aczkolwiek tak szybko ją przeczytałam i niecierpliwie przeszłam do trzeciej, że nie zdążyłam. Postanowiłam więc streścić calutką trylogię od początku.
     W miarę rozwijającej się fabuły, poznajemy wielu bohaterów, lecz narracja prowadzona jest z pięciu perspektyw (Sonei, jej przyjaciela Złodzieja, jej mentora, Administratora oraz Ambasadora Gildii). Niejako główną bohaterką nadal pozostaje nastoletnia Sonea, która odkrywa w sobie talent magiczny. Wszystko niby byłoby w porządku, gdyby nie była zwykłą dziewczyną ze slumsów, których Gildia nie bierze przecież pod uwagę. Dziewczyna jednak ma tak dużą moc, która ciągle rośnie, że nie można jej ignorować. Dlatego - po długiej i nieudanej ucieczce przed magami - trafia pod opiekę Mistrza Rothena, który pomógł jej przekonać się do podjęcia nauki na Uniwersytecie prowadzonym przez magów. Pierwsza część buduje więc świat przedstawiony i zapoznaje nas z najciekawszymi bohaterami, którzy zaczynają stawać na jej drodze.
    Po raz pierwszy spotkałam się z tak prostą, a zarazem piękną książką. Chociaż jest to fantasy pełną gębą, powieść powinna zachwycić również czytelników, którzy nie bardzo związują swoje gusta z tym gatunkiem. Akcja trzyma w napięciu - ogromny plus, podobnie jak wspomniani wcześniej bohaterowie. Potwornie się z nimi zżyłam i wybrałam sobie trzech, których los szczególnie obserwowałam. Właśnie druga część skupiła się bardziej na ich relacjach. Coraz głębiej zwiedzamy Gildię, jej problemy, ograniczenia oraz zasady. Co ciekawe, pojawiają się również wątki romantyczne (niektóre naprawdę zadziwiające). Na szczęście, nie okazały się być piaskiem w oku, czyli zniknęły wtedy kiedy powinny, a jednocześnie rozwiązały kilka niejasności co do osoby Mistrza Dannyla chociażby. 
    "Nowicjuszka" kontynuuje oczywiście losy Sonei. Dziewczyna spotka się z wrogością ze strony wysoko urodzonych dzieci, które również uczęszczają na Uniwersytet. Jest przecież pierwszą biedotą, która dostała się do tak prestiżowej szkoły. Co za tym idzie - poznajemy nowych bohaterów lub wracamy do tych przedstawionych w poprzedniej części. Przyznam szczerze, że postać Wielkiego Mistrza jest doprawdy fascynująca. Z początku opisany jako zdemoralizowany mag uprawiający czarną magię, staje się nagle wybawicielem miasta (na przełomie 2-3 części). Również Sonea odegra w tym swoją rolę. Przechodząc więc już do "Wielkiego Mistrza" niewiele mam do zarzucenia, oprócz zakończenia. Te jest naprawdę tragiczne, chociaż zazwyczaj dobre książki kończą się w najmniej oczekiwany sposób. Albo też oczekiwany, lecz kiedy człowiek do tego dochodzi - po prostu niedowierza.
     Cóż więc mogę więcej dodaj? Naprawdę trudno stworzyć recenzję dla powieści, którą tak bardzo się polubiło. Ja przeczytałam tę trylogię z wypiekami na twarzy i pewnie wrócę do niej jeszcze nie raz. W książce cenię sobie przede wszystkim bohaterów, dynamikę oraz narrację. Te powieści zaliczają każde z nich na piąteczkę z plusem. Zwłaszcza narracja, gdyż ma w sobie ten niewymuszony, przyjemny dla oka humorek, a jednocześnie trochę dramatu. Co prawda, pod koniec książki z trzech ulubieńców, pozostaje tylko jeden i mogłabym za to odebrać trochę punktów (pomimo tego, iż niewiele książek zmusza mnie do łez). Staram się oceniać książkę obiektywnie - chociaż dalej nie widzę wad kujących w oczy - i szarpnę się na ocenę 9+/10. Gdyby nie epilog trzeciej części, byłoby pełne dziesięć. Mnie osobiście zawiódł, trochę zmieszał... Pewnie następnym razem chętniej skupię się na dwóch poprzednich tomach, przez które tak bardzo pokochałam tę książkę.
Yori

Oryginalny tytuł : The Black Magician Trilogy.
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Ilość stron : zależnie od tomu; 600-700
Gatunek : fantasy

wtorek, 21 kwietnia 2015

Grim. Dziedzictwo światła

Wampiry w większości kojarzą się nam z krwią, śmiercią, horrorem. Ostatnio również głównie z literaturą młodzieżową, która swego czasu bardzo się na nich wzbogaciła. Wilkołaki to samo - futro, szpony, wilk i wycie do księżyca. Również motyw wykorzystany. Anioły, demony i wróżki, a nawet moje nieszczęśnie ukochane smoki. Wszystko było i przeminęło. Czy bezpowrotnie? Tego nie wiem. Wolałabym jednak, żeby powrotem zalśniły, ale nie tak jak Edward Cullen.
   Fantasy oraz sci-fi to gatunki, które są trudne do napisania. Do tego trzeba mieć wyobraźnię i smykałkę. Nie każdy też się na tym zna, nie każdy lubi (są gusty i guściki, o których się nie dyskutuje). Jednakże wiele książek zwyczajnie mi się przejadło, ponieważ są do siebie podobne. Dlatego zaczęłam szukać czegoś ciekawego, co wreszcie by mnie zainteresowało. Znalazłam - i to nie wśród wampirów - a gargulców. Co to w ogóle jest? Taka figurka na dachach starych budynków (najczęściej tych średniowiecznych), zwyczajny plujek, który wedle wierzeń ma strzec danej katedry. Jednakże w książce Gesy Schwartz Gargulce nocą ożywają. Te kamienne postaci stoją na granicy między Innoświatem a naszym marnym wyobrażeniem rzeczywistości. Jednakże streszczenie pierwszej części znajdziecie tutaj. Ja przejdę dalej, aby zachwycać się ogromem fantazji autorki przelanej w te niecałe 700 stron.
   Tytułowy bohater ma za sobą pokonanie głównego złego z pierwszej części i wraz z Mią tworzą dziwaczną, aczkolwiek wedle mnie uroczą parę. Jakby nie patrzeć (spoiler!) jest w połowie człowiekiem. Wahaniom co do tego nie będzie szybkiego końca, bo którą naturę wybrać, skoro przez stulecia uważało się za Gargulca, nie człowieka? Mia natomiast chce obudzić w niewidomych ludziach poczucie, że magia naprawdę istnieje i wystarczy ją tylko dojrzeć. Przeszkadza jej w tym grupa pradawnych istot zwanych Alfami. Przybywają z otchłani, po czym wskrzeszają Wróżki. Brzmi ciekawie? Wcale tak nie jest, ponieważ chcą one zniszczyć ludzkość. Dlaczego? Bo zatruwamy ich magię.
   Wątek fabularny jest znacznie ciekawszy niż w "Pieczęci ognia", szybciej też wciąga. Chociaż bohaterowie pozostają ci sami, wiele z nich poznajemy bliżej (jak choćby Ostatniego Wojownika Wróżek, który wyparł się swojej rasy, aby pomóc ludziom). Jednocześnie autorka zachowuje typowy dla siebie lekko żartobliwy ton narracji i pełne przygód opisy. Podoba mi się jej skupienie na mitologii innej niż w pierwszej części, w tym przypadku irlandzkiej, którą nieodłącznie powiązuje z dumnymi krasnoludami. Jedyne, co naprawdę wyprowadziło mnie z równowagi, nie należy do wad Gesy Schwartz, a do naszego polskiego wydania. Jakże się zdziwiłam, iż za "Grima" odpowiada Jaguar - jedno z najlepszych polskich wydawnictw młodzieżowych (to oni m.in. wydali "Zwiadowców"). Być może tłumacze spisali się na medal, ale korekta jest tragiczna. Kropki oraz przecinki walają się po książce zupełnie bez sensu, również w środku zdania. Zdarzają się typowe błędy pomylenia literek w wyrazach (zdarzyło się nawet "Grum" - kilka minut zajęło mi odgadnięcie, iż jest to tak naprawdę "Grim"), a tłumaczenie między dwoma panami jest boleśnie wyraźne (w drugiej połowie książki "Alfy" zmieniają się na chwilę w  "Mary"). To bardzo kuje w oczy i zdecydowanie obniża satysfakcję z zakupionej książki, zwłaszcza, że powieść kosztuje nie bagatela 50 zł.
    Mimo tego, do książeczki nie można się przyczepić w żaden sposób. Jeżeli ktoś przeczytał pierwszą część, nie powinno go zdziwić tępo autorki: w krótkim czasie dzieje się naprawdę wiele i czasami można się zaplątać. Wcześniej bardzo mi to przeszkadzało, ale teraz odczuwam wyłącznie podziw za napisanie tak świetnej książki z tak rozległą fabułą na 690 stron. Piękny wyczyn jak na tak młodą osobę. Trzymam kciuki i czekam na kolejną część. Nie ma mowy, żebym ją przegapiła. Dlatego moja ocena to stanowcze 9/10 (minus jeden za polskie wydanie oraz niektóre niedopowiedzenia oczywiste dla podobnych książek).
Yori.

Tytuł oryginału : Grim - Das Erbe des Lichts
Autorka : Gesa Schwartz
Polskie wydanie : Jaguar
Ilość stron : 692

czwartek, 9 kwietnia 2015

Gildia magów

   Jeżeli miałabym przedstawić najdziwniejsze stereotypy panujące pośród czytelników, z którymi na szczęście zetknęłam się wyłącznie w Internecie, z pewnością byłoby to m.in. przekonanie o męskiej wyższości. "Oczywiście", wielu najlepszych pisarzy jest mężczyznami. Natomiast prawda jest taka, iż zawód pisarza przez wiele wieków mogli wyłącznie wykonywać mężczyźni (o ile było to uznawane za zawód). Jak wiadomo, kobiety miały całkiem inne prawa, a ich miejsce było w kuchni przy dzieciach. Stąd pisarzy w naszej historii jest stosunkowo więcej niż pisarek.
    W dzisiejszych czasach, żeby zostać naprawdę dobry, trzeba się wyróżniać - aby nie utonąć wśród innych. Kobiety zdobywały takie swoje szanse, aczkolwiek od sukcesu Stephanie Meyer są kojarzone przede wszystkim z wypisywaniem babskich powieści młodzieżowych. To dość krzywdzące, również dla samej autorki "Zmierzchu" (uwierzcie mi - filmy wszystko zepsuły). Jakby nie patrzeć, mężczyźni piszą dobre romanse (spójrzmy chociaż na Nicholas'a Sparks'a), to czemu kobiety nie mogą pisać genialnych książek fantasy? Generalnie, rzadko kiedy zwracam uwagę na autora, kiedy sięgam po nowe książki. Idąc więc za swoim instynktem, wybrałam powieść, która wydawała mi się walić fantasy na kilometry. I miałam rację. "Gildia magów" okazała się być niezwykła, nie tylko ze względu na upodobany sobie przeze mnie gatunek. 
Fantasy mają to do siebie, że zanim akcja się rozwinie, trzeba przeczytać wstęp. Wbić się w powieść. Tutaj nie było inaczej, chociaż zostało to opisane w fascynujący sposób, na dwa sposoby. Po pierwsze, obserwujemy główną bohaterkę - Soneę, dziewczynę która odnalazła w sobie moc i zaskoczyła wszystkich. Po drugie, mag który pierwszy dostrzega u niej magiczne zdolności oraz jego przyjaciele mieszkający w Gildii. A mimo to, nic nam się nie miesza - ponieważ książka potrafi naprawdę zainteresować. 
     Sonea wychowała się w slumsach, jej matka zmarła, ojciec odszedł. Wychowuje ją wujostwo. Kiedy jednak udaje im się wrócić za mury miasta, po jakimś czasie zostają wyrzuceni z powrotem w śmierdzące uliczki rządzone przez Złodziei. Dzieje się tak przez Czystki - zabiegi wykonywane przez magów na życzenie króla, żeby wyzbyć się wszystkich żebraków z miasta. Brzmi okrutnie i tak też jest. Nic więc dziwnego, że ludzie nienawidzą magów i arystokracji, która wchodzi w ich skład główny. Kiedy więc nasza bohaterka dowiaduje się kim jest, po czym ściąga na siebie uwagę Gildii, zaczyna się  przed nimi kryć, a następnie - w ogóle im nie ufa. To buduje nam opis niezależnej, ale przede wszystkim twardej dziewczyny o zdeterminowanym wyrazie twarzy. 
    Ulice są pełne nieciekawych ludzi, a podziemia Złodziei. Mimo to, Sonei przez pewien czas udaje się uciekać przed magami, którzy zmuszeni są krążyć po znienawidzonych slumsach. Mile się to czytało przede wszystkim dzięki ciekawym opisom, jak wspomniałam powyżej. Drugim powodem są też bohaterowie, a trzecim pomysłowość i fantazja autorki. Chociaż temat magii nie jest wcale taki oryginalny i nikomu nie nieznany, to jednak w każdej powieści istnieje całkiem jej inne wyobrażenie. Tutaj napotykamy wszystko w dość uproszczonej scenerii, jaką sami sobie przypominamy z dziecięcych książek - siła wewnątrz nas i pomyślenie co chcemy z nią zrobić. W sumie to chyba najmilej mnie zaskoczyło. Z czegoś tak nieskomplikowanego stworzyć miłą charakteryzację mocy magicznych, która nie jest tak trudna jak choćby rachunkowość. Być może jedną wadą w tej prostocie był dziwaczny pośpiech, albo też opacznie to zrozumiałam. Rzuca się to w oczy zwłaszcza podczas rozmów bohaterów i ich odwiedzin. Najpierw wchodzą i zamiast chwilę pogościć, zamienią kilka słów, aby następnie wyjść/zniknąć. Nieraz brakowało mi takich dłuższych dialogów. Jest to jednak książka gdzie więcej się dzieje, a nie gada. Wprawdzie w pierwszym tomie nie znalazłam walk na śmierć i życie, aczkolwiek znajdą się zawiłe zagadki, osobliwe żarciki, czy chwile zapierające dech w piersiach, kiedy budynki wybuchają, a magowie depczą ci po piętach. Myślę, że właśnie za to napięcie oraz nieustającą akcję tak polubiłam tę książkę. Nie wiem, czy mogłabym postawić coś innego niż  5/5. Byli bohaterzy, których szczerze pokochałam, byli też tacy znienawidzeni. Bardzo się więc zżyłam z ich losami i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po kolejną część. Więc - jeżeli lubisz fantasy, bądź zaczynasz z nimi przygodę, czy też masz po prostu ochotę - to gorąco polecam, bo warto. Sądzę, że nie szybko o niej zapomnimy. Łamie to też stereotyp o pisarzach lepszych od pisarek, zwłaszcza w dziedzinie fatasy.
Yori

Oryginalny tytuł : The Magicians' Guild
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Ilość stron : 510
Gatunek : fantasy

czwartek, 2 kwietnia 2015

Zwiadowcy. Płonący Most (księga 2)

Po dłuższej przerwie oraz chwili zaniedbania bloga, zdecydowałam się tutaj zajrzeć i wreszcie coś napisać. Przerwa nie była bynajmniej spowodowana moim lenistwem, a trudnościami z przebrnięciem "Władcy Pierścieni". W takim razie postanowiłam zabrać się za coś lekkiego, zarazem bardzo przyjemnego i coś, co niestety długo już leżało na mojej półce.


Przede wszystkim zapraszam do przeczytania recenzji pierwszej części, ponieważ m.in. będę się o nią opierała, jak również nie streszczę fabuły od samego początku. Wiemy już, iż głównym bohaterem jest Will - niewysoki chłopak, wedle Zwiadowcy Halta idealnie nadawał się na ucznia. Po pierwszych stronach książki, nie trudno zgadnąć, że mężczyzna bardzo polubił chłopca. Jednak na drodze naszego bohatera staje ważne zadanie, gdyż musi on wyjechać wraz z Gilanem (poprzednim uczniem Halta) do Celtii, aby dowiedzieć się o stanie wojsk tamtejszego króla. Całe królestwo wie, że wojna jest tuż o krok i król stara się znaleźć pomoc zewsząd.
    Tak jak opisywałam w pierwszej części, książka zawiera ciekawe i pełne opisy miejsc, akcji oraz bohaterów, które bardzo ułatwiają lekturę. Z drugiej strony czułam się trochę dziecinnie, gdy autor próbował wytłumaczyć jedną sprawę przez cały rozdział. Jednocześnie obserwujemy ogromne zmiany, które zachodzą, bądź już zaszły w zachowaniu Willa i Horace'a. Oboje są uczniami już jakiś czas, a co za tym idzie - są coraz lepsi w swoich profesjach. W dodatku wyprawa z Gilnanem zapewnia im całkiem inną, ale oczywiście przyjemną formę treningów (dzięki nimi Horace dopnie czegoś naprawdę wielkiego). Mogę więc z czystym sercem powiedzieć, że druga część jest znacznie lepsza od pierwszej, tak jak istotnie podejrzewałam. Ostatnią setkę stron pochłonęłam na raz, odmawiając sobie Internetu. Zakończenie trochę zbiło mnie z tropu, a nawet zirytowało. Osobiście uważam, że stworzenie grubszej książki z dwóch tak niewielkich byłoby lepszym pomysłem. Teraz będę zmuszona kupić następną część (oczywisty chwyt).
    Fabuła jest znacznie lepiej rozwinięta niż w pierwszej części, między innymi poprzez podróż bohaterów, ale sądzę, że po prostu więcej się dzieje (mimo mniejszej objętości). Szybko się bowiem okazuje, że Celtian wcale nie ma, że wycofali się na południe i król Duncan jest zdany wyłącznie na własne wojska. W takim razie Gilan wyprzedził pozostałych, chcąc dać szybką odpowiedź. Chłopcy natomiast napotykają armie wargalów - ohydnych stworzeń przypominających niedźwiedzie zmieszane z dzikami, którzy przy pomocy celtyckich górników budują gigantyczny most. To dzięki niemu złowrogie armie dotrą wgłąb kraju... Ale czy Willowi naprawdę uda się spalić most, to główne pytanie, na które nie odpowiem.

    Tak więc wad jest naprawdę niewiele, albo są nieistotne. Dla mnie - osoby, która przeczytała już nie jedno fantasy, chociaż nie jest też szczególnie wybredna, to lektura idealna, chociaż lubię książki, w których trzeba nieco ruszyć mózgownicą. Mogę śmiało postawić 4/5 i pędzić po następną część, ponieważ "Płonący most" kończy się w pewien sposób smutno - trzeba po prostu czytać dalej.
Yori

Nazwa oryginału : Rangers Apprentice. The Burning Bridge.
Autor : John Flanagan
Wydawnictwo : Jaguar
Ilość stron : ok. 301
Gatunek : fantasy, przygodowe

środa, 4 lutego 2015

Człowiek, który czytał umarłych

Chiny - co nam się z nimi kojarzy? Przeludnienie, zanieczyszczone powietrze, czy też tanie podróbki? Tym, lepiej zorientowanym, przyjdą na myśl być może fajerwerki, ryż lub inne wynalazki ze wschodu. Chiny są znane również z Konfucjuszem oraz jego zasadami, którymi się kierują. Niewielu jednak wie, iż to właśnie na tych zasadach opiera się dzisiejsza medycyna sądowa, którą niejako stworzył przecież... Chińczyk.

 

Song Ci nie należał do życiowych szczęściarzy. Aby znaleźć sobie pozycję na cesarskim dworze, musiał spędzić wiele czasu nie tyle na nauce, co uniknięciu kolejnego nieszczęścia. Książka zaczyna się od morderstwa ojca jego narzeczonej, w czasie, gdy do miasta powrócił jego dawny nauczyciel - sędzia Feng. Wcześniej chłopak uczył się w stolicy, jednak do powrotu zmusiła go żałoba dziadka. Niestety, jego ojciec uparł się, że do Lin'anu nie wrócą. Nie zdradził mu przyczyn, które sam Ci będzie musiał odkryć dopiero przy samym końcu powieści. Książka jest naprawdę obszerna i fabuła rozchodzi się wątkami niczym stare, rozgałęzione drzewo. Śmierć rodziców, hańba przez brata-mordercę oraz długi zmuszają bohatera do ucieczki z rodzinnej wsi i powrotu do stolicy, gdzie miał nadzieję zacząć nowe życie. Wraz z młodszą siostrą trafiają na barkę, a nią - ku celowi swojej podróży. Jednakże problemy nie znikają, lecz namnażają się. Żyją w skrajnym ubóstwie i praktycznie bez dachu nad głową. Dlatego Ci decyduje się zawrzeć układ z chytrym grabarzem Xu. Trzeba przecież wspomnieć, że chłopak ma niezwykły talent. Od zawsze lubił się uczyć i podziwiał Fenga, obserwując go przy pracy. Miał marzenia, aby zdać egzaminy na sędziego... posiadał więc niemałą wiedzę na temat medycyny sądowej. Potrafił oglądać zwłoki oraz stwierdzić, co było prawdopodobną przyczyną śmierci. Nic mu nie umknęło. Stąd też jego pseudonim, dzięki któremu szybko stał sławny.
    Lubię tematykę Chin, a na książkę tę trafiłam całkiem przypadkiem. Chyba przeglądałam powieści Anchee Min dostępnych w Empiku. Chociaż nie przepadam za kryminałami, postanowiłam nabyć książkę i sobie przeczytać na ferie. Początek okazał się być naprawdę interesujący, ale to co powyżej napisałam, to zaledwie połowa 550-stronowej książki. Naszemu bohaterowi w końcu udaje się dostać do uczelni, chociaż nie zdradzę w jaki sposób. Tym bardziej, że później trafia już tylko na cesarski dwór, przerażony serią brutalnych morderstw... I jakby na tym ciekawość książki się kończy. Knucia, niedopowiedzenia, niezwykły przepych. Nic nowego, czego bym jeszcze nie wiedziała. Nie należę do wybrednych, bo bardzo lubię czytać (czytam właściwie wszystko). Jednakże mając w rękach powieść o Chinach - kulturze, która tak bardzo mnie interesuje, to troszeczkę się zawiodłam. Fabuła była naprawdę ładnie sklecona, lecz niemożliwie się ciągnęła. Owszem, wszystko złożyło się na niezwykły efekt końcowy (może nawet ciut przesadzony), ale zanim do wszystko zaczęło się składać w całość, można było się już zniecierpliwić.
   Nie mogę jednak powiedzieć, że książka mi się nie podobała. Była na swój sposób niezwykle pociągająca. Zawiera wszystkie emocje i przyjemny obiektywizm, który potrafił ożywić naszego głównego bohatera oraz ludzi, z którymi się bliżej poznał. Druga sprawa to niezwykła dokładność autora. Antonio Garrido nie cofnął się przed szczegółowymi opisami rozkładających się zwłok, czy też skomplikowanemu rozumowaniu bohatera - Song Ci naprawdę istniał i to on stworzył podstawy tego, co dzisiaj nazywamy właśnie medycyną sądową. Pisarz przedstawił go w równie ujmujący, żywy sposób, jak Anchee Min Cesarzową Orchideę. Wykazał się doskonałą wiedzą o XIII-sto wiecznych Chinach, co wcale nie było łatwe, jak sam napisał w dziale "Od autora". Znalezienie szczegółowych informacji na temat Ci graniczyło z cudem. Opisuje również, jak widzi różnicę między gatunkami powieści i sprawnie tłumaczy znaczenie powieści historycznej, które szczerze mi się spodobało.

Cóż, jest mi trudno wystawić jakąkolwiek ocenę. Czytałam lepsze książki, ale ta powieść jest naprawdę fascynująca i napisana sprawnym, ciekawym językiem. Dlatego, chociaż raz zachowam się subiektywnie, zwalając winę na problematykę książki i postawię 7/10. Książka powinna trafić w gusta ludzi, którzy niezbyt szybko się zniechęcają i lubią kryminały, czy też interesują ich podobne zawody. Oni z pewnością będą się czuli jak ryba w wodzie. Jednak dla mnie powieść była nieco nudnawa i nie mam zamiaru tego ukrywać, chociaż sądzę, że niezbyt szybko ją zapomnę.
/Yori

Oryginalny tytuł : El Lector De Cadaveres
Autor : Antonio Garrido
Wydawnictwo : Albatros
Ilość stron : 535 (sama powieść, bez dopisków autora)
Gatunek : historyczne, kryminał, thriller

niedziela, 25 stycznia 2015

Sputnik Sweatheart

Znalezione obrazy dla zapytania sputnik sweetheartJak tylko dowiedziałam się kim jest Murakami, koniecznie chciałam dostać jego książkę. Najlepiej "Kronikę ptaka nakręcacza", ale - jako, że znalazłam w markecie przeceny książkowe, postanowiłam zaopatrzyć się w taką książeczkę "do kieszonki". Właście wtedy znalazłam jedną z książek Murakamiego. Nie wahałam się ani chwili.


Nie czytałam po raz pierwszy książki, gdzie akcja rozgrywa się w Japonii. Była to jednak pierwsza książka napisana przez Japończyka, jaką czytałam, a więc autor nie zwracał wielkiej uwagi na orientalne otoczenie, ponieważ dla niego nie jest to nic nowego. To pozwoliło mi skupić się bardziej na fabule oraz bohaterach, a ponieważ pierwszy raz spotykam się z tym pisarzem, powoli smakowałam jego język. Podeszłam do tego z ciekawością i dystansem, aby w razie czego się nie rozczarować. Na szczęście, a było to do przewidzenia, wcale się nie rozczarowałam. Książka szybko mnie zaciekawiła.
     Niejako, główną bohaterką jest Sumire, ale książkę opisuje jej przyjaciel - nauczyciel w szkole podstawowej. Znają się od jakiegoś czasu i są bardzo ze sobą związani. Pierwsze co rzuca się w oczy, to całkiem zwyczajny tok pisania Murakamiego, o którym czytałam już w "Rekinie w parku Yoyogi" autorstwa Joanny Bator. Chociaż język japońskiego pisarza jest prosty i raczej zrozumiały, o tyle pisze ciekawie i wcale nie sprawia wrażenia nudnego. Sumire ma dwadzieścia lat, jest całkiem przeciętną Japonką z dziwacznym poczuciem stylu (a raczej jego braku) oraz wielkich marzeniach o pisarstwie, na którym przez cały czas próbuje się skupić. Ta właśnie dziewczyna, obserwowana przez opisującego ją nauczyciela, zakochuje się w kobiecie poznanej na ślubie kuzynki - starszej od siebie o siedemnaście lat Miu, swojej późniejszej szefowej. Mężczyzna obserwuje ich burzliwe relacje, aż w pewnym momencie dostaje telefon od Miu z Grecji, gdzie wyjechała wraz ze swoją sekretarką. Sumire zniknęła. Rozpłynęła się jak dym.
    Nie było niczego wielkiego, co urzekłoby mnie w tej książce. Po prostu mi się spodobała i tyle. Jest taka, jak napisał ją autor : niby całkiem zwyczajna, lecz interesująca. Chociaż jestem zwolenniczką wartkiej akcji oraz mitologicznych istot w gatunku fantasy, ta książka mnie nie znudziła, chętnie ją czytałam. Wcześniej przeczytałam jedno z dzieł Coelho i odniosłam wrażenie, iż ci pisarze lubią oddziaływać na swoich bohaterów, by ci myśleli o tym co było, jest, będzie. Podążając za tropem nauczyciela, śledząc poczynania Sumire, czy też jej tok myślenia, można czasami zastanowić nad tym, jacy my sami jesteśmy. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie, chociaż mógł to być mój instynkt do wyczytania drugiego dna we wszystkim i wszystkich. W każdym razie, chciałabym książce postawić ocenę 5/5. Nie sądzę, bym miała o niej szybko zapomnieć. Wręcz przeciwnie. Gorąco zachęciła mnie do sięgnięcia po kolejne dzieła Murakamiego, których bardzo chętnie będę oczekiwać na półkach z kolejnymi przecenami. Chyba, że będę miała wolnego grosza - to od razu popędzę do Empiku lub innej księgarni. Wszystkim innym mogę ją polecić z miłą chęcią, bo jest co czytać. Znajdzie się coś z filozofii i znajdzie się jakaś akcja.
/Yori

Oryginalny tytuł : スプートニクの恋人 (Supūtoniku no koibito)
Autor : Haruki Murakami
Wydawnictwo : MUZA
Ilość stron : 263
Gatunek : literatura piękna, obyczajowe