Cóż mogę powiedzieć o drugiej części "Trylogii Zdrajcy"? Chyba tyle, iż troszeczkę się zawiodłam. Te słowa bardzo mnie smucą, ale inaczej nazwać bym tego nie mogła.
Jestem świeżo po skończeniu lektury. Chwilę jeszcze patrzyłam w jej okładkę i sama nie wiem, co do końca czułam. Bo z książkami to na ogół bywa tak, że zakończenie potrafi zniszczyć resztę fabuły, alb wręcz przeciwnie - zachęcić do dalszej lektury. Nie mam jednak na myśli zakończenia, które - na szczęście - zalicza się do drugiej opcji.
Zaczynając od Lorkina, chłopakowi udaje się jakoś zadomowić wśród Zdrajców. Co prawda, cały czas zadziwia go potęga kobiet (cała idea mieszkania w skale silnie kojarzy mi się z "Intruzem" autorstwa Stephanie Meyer), ale nie widzi sensu w walce z nimi o ich własne prawa. Wręcz przeciwnie, chce dowiedzieć się jak najwięcej. A w tym pomoże mu wyłącznie dozgonne posłuszeństwo. Największą ciekawość przykuwają (czytelników pewnie też) magiczne klejnoty hodowane przez Zdrajczynie. Dannyl - co prawda będąc w całkiem innym miejscu i położeniu - również szuka wiedzy o magicznych klejnotach. W tym celu wyrusza w podróż, a towarzystwa oczywiście dotrzyma mu Sachakanin Achati i pewien niespodziewany, choć z lekka irytujący gość. Natomiast Sonea ściga dzikiego maga, zmaga się też z przeszłością. Myślę, że największą nowością w "Łotrze" jest Lillia - trochę lekkomyślna nowicjuszka. Dziewczyna udowodni Gildii, że nie tylko o konflikty z sąsiadami należy się martwić, a największą broń można znaleźć w zasięgu ręki.
Jak zwykle, pochwalę tutaj świetny styl Trudi Canavan (jako Jej wielka fanka). Powieść była lekka, lecz zajmująca i przy zwrocie akcji nie można się łatwo oderwać od lektury. Z pewnością jest istotnym elementem dla całej trylogii, ale sama w sobie... nie była tak wybitna, jak chociażby jej poprzedniczka. Bardzo mi się ciągnęła, zwłaszcza sam środek książki. Bardziej niż zwykle uciążliwe było manewrowanie między bohaterami. Być może była to zasługa krótkich wątków. Zmieniały się one dosłownie co kilka kartek, i chociaż jest to częste w "Zdrajcy", a nawet w trylogii "Czarnego Maga", do tej pory nie przeszkadzało mi tak bardzo. Wyglądało to tak, jakby autorka nie do końca wiedziała, co chce nam przekazać, albo nie do końca wie jak.
Fabuła zatem ciągnie się jak kluski z rosołem, z czym do tej pory się nie spotkałam u Canavan. Tym większe było moje rozczarowanie. Przyłapałam się na tym, że zamiast śledzić ją z zapartym tchem, wolę obserwować bohaterów. Od czasów najazdu ashakich bardzo się zmienili, przede wszystkim zestarzeli. W niektórych chwilach było mi również szkoda tych, których już w trylogii "Zdajcy" nie ma. Jest to nieistotny dla mnie minus, jednak jest jedno "ale". Nowi bohaterowie nie zawsze potrafią zastąpić pustkę tych starych. Lilia była dla mnie osobą z lekka irytującą i naiwną. Nie wiem, czy polubiłam kogokolwiek z z tych "nowych". Sam Lorkin nie do końca spełnia moich oczekiwań względem jednej z głównych postaci, lecz podoba mi się w roli fabularnego następcy Sonei, swojej matki.
Czy mogę coś ciekawego dodać? Z pewnością bez "Łotra" trylogia nie byłaby trylogią i nie miała większego sensu. Jak się bowiem okazało, bohaterowie wprowadzeni już z nami zostaną. Nie wiem czy na szczęście, czy nieszczęście. To się dopiero okaże...
/YoriTytuł oryginału : The Rogue
Autorka : Trudi Canavan
Trylogia : Zdrajcy
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Izabella Mazurek
Ilość stron: 576
Trudi Canavan
Trudi Canavan
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz