wtorek, 20 grudnia 2016

Druga szansa

Budzicie się w miejscu, którego nie poznajecie. Nie wiecie nawet, kim jesteście. Cała wasza pamięć gdzieś wyparowała. Jedyną pomocą jest podejrzana kobieta. Opowiada wam o waszej przeszłości, ale skąd możecie wiecie, czy jej zaufać? Jak uciec z miejsca, z którego ucieczki właściwie nie ma?


   Julka staje przed takim zadaniem. Budzi się w ośrodki o wdzięcznej nazwie "Druga Szansa", gdzie trafiają ludzie z zanikami pamięci, nie mający żadnej rodziny, ani nikogo, kto by się nimi zaopiekował. Ośrodek ten oferuje im pomoc za nic w zamian. Czy to nie brzmi dość podejrzanie? Jednakże Julka niczego nie pamięta i jedyna deska ratunku spoczywa w rękach kobiety, której nie ufa od samego początku. Jak można się niby odnaleźć w takiej sytuacji?
   Poznałam Katarzynę Miszczuk dzięki "ja, diablica", gdzie zauroczyła mnie swoim humorem. Tutaj do czynienia nie mamy z komedią. Pierwsze, na co zwróciłam szczególną uwagę to klimat tej powieści. Tajemniczy i ciężki, jak przystało na dobry horror. Niestety, nie mogę powiedzieć, by bohaterowie jakoś szczególnie się wyróżniali. Julka jest zdezorientowana, co jest oczywiste. Szuka wyjaśnienia (nie od razu), buntując się przed posłusznym braniem leków i słuchaniem dorosłych. Rozumie, że coś jest nie tak, chociaż brakuje jej umysłu detektywa. Odnoszę wrażenie, iż autorka wręcz za bardzo ją tego pozbawiła, bowiem do niektórych faktów czytelnik dochodzi przed główną bohaterką. Jeśli chodzi o płeć męską, to dostajemy niezłego przystojniaczka, Adama. Chłopak generalnie jest buntownikiem. Tym bardziej dziwi, że przebywając już rok w Drugiej Szansie, niczego podejrzanego nie zauważył, a nawet jeśli - nie starał się tego poruszyć. Oczywiście, mogło to być związane z tajemniczymi postaciami, które nawiedzają bohaterów. Dla Julki jest to nie lada koszmar, gdy w zamkniętym pokoju dostrzega kobietę z włosami zasłaniającymi twarz, błagającą ją, by otworzyła oczy. Bohaterowie drugiego planu tworzą nieco ciekawsze towarzystwo. Niekoniecznie znajomi z ośrodka, ale szalona Magdalena i dziewczynka z autyzmem, Edytka. Obie zdają się znać prawdę, ale skąd? 
   Pomimo tego, iż książka wydała mi się zbyt prosta jak na historię z wątkami horroru, to podobała mi się - temu nie zaprzeczę. Przyczynił się do tego nie tylko klimat, ale również sama fabuła, bo była na swój sposób oryginalna. Ośrodek w środku lasu, gdzie otumaniają cię lekami, gdzie uczestniczysz w sesjach, które zamiast pomagać - bardziej przerażają. Prowadzą donikąd. Te upiory i koszmary oraz przeczucie o otaczającym cię kłamstwie. Świat przedstawiony jest świetnie opisany. Ponad to podobały mi się opisy co straszniejszych scen. Nie były wybitne, jednakże pobudzały wyobraźnię! Książka zawiera też świetne ilustracje.
  Kolejnym ogromnym plusem jest zakończenie tej powieści. Kiedy wydaje się, że Julka z Adamem nie mają już żadnych szans, autorka decyduje się na kompletny zwrot akcji. Surrealistyczny świat nabiera sensu. Po drugiej stronie czekają istoty, które bardzo lubiły nawiedzać Julkę w jej koszmarach...
   Bardzo lubię twórczość Miszczuk, choć nie przeczytałam jeszcze jej debiutanckiej powieści (mam jednak nadzieję, że się za to zabiorę). Kolejna książka z spod jej dłoni była dla mnie smaczkiem. Może zabrakło mi tego i owego, ale nadal pozostaję zadowolona. Pewnie za jakiś czas jeszcze wrócę do "Drugiej szansy". Kto wie, czy nie odkryję jej na nowo?


Autorka : Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo : Uroboros
Ilość stron : 330

niedziela, 4 grudnia 2016

Życie Pi

Samotność przeraża wielu z nas. Ta druga połowa uważa ją za spełnienie marzeń. Wątpię jednak, by chcieli się znaleźć zupełnie sami gdzieś pośrodku Pacyfiku. Chociaż, ten bohater wcale nie był sam. W szalupie pośrodku oceanu towarzyszył mu przecież... tygrys bengalski.


Ktoś nie słyszał o filmie Życie Pi? Był całkiem popularny kilka lat temu, głównie dzięki pięknym efektom specjalnym. Oglądałam to dzieło. Tak bardzo mi się spodobało, że tytuł na długo pozostał mi w głowie - bo, jak widać, do teraz. Nie wiem, czy wiedziałam i zapomniałam, czy nie zdawałam sobie sprawy, że jest to film na podstawie powieści. W każdym razie, zobaczenie okładki z Pi i Richardem Parkerem było dla mnie miłym zaskoczeniem. Jestem zdania, iż książki są zawsze lepsze od filmów, więc musiałam ją przeczytać.
   Przybliżając nieco fabułę osobom, które jednak spotykają się z Pi po raz pierwszy - tytułowy bohater jest Hindusem, mieszkającym sobie spokojnie w Indiach, w kraju, który kocha. Wychowuje się w szczęśliwej rodzinie z matką, ojcem oraz starszym bratem i w otoczeniu najróżniejszych zwierząt. Jak najbardziej - zwierząt. Słoni, żyraf, nosorożców, orangutanów i innych cudów natury, bowiem jego ojciec prowadzi zoo. Nie tylko to zaskakuje. Pi jest nadzwyczaj spostrzegawczym, mądrym chłopcem. Poza tym, niezwykle wierzącym, a najlepszym tego przykładem jest jego zaangażowanie aż w trzy religie. Rzecz jasna, nikt oprócz niego tego nie toleruje. Co niby łączy hinduizm, chrześcijaństwo i islam? 
   Pewnego razu ojciec rodziny stwierdza, że jednak lepiej będzie im się żyło w Kanadzie. Wyobraźcie sobie zaskoczenie chłopców. Przecież to jest tak daleko od Indii, przecież tam jest całkiem inne życie, kultura, język... Nie ma zmiłuj. Decyzja podjęta, wkrótce też zaakceptowana przez rodzinę na dobre. Zaczyna się podróż. Formalności dotyczące zwierząt załatwione, część zapakowana wraz z nimi na japoński potężny frachtowiec. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewna awaria, która w istocie doprowadza do zatonięcia statku. Właśnie w ten sposób Pi zostaje całkiem sam na Oceanie Spokojnym, za jedyne towarzystwo mając zebrę, hienę centkowaną, orangutanicę, szczura i tygrysa bengalskiego.
  Nie chcąc zdradzać reszty fabuły powiem tak: książka jest niezwykła. Niekoniecznie ze względu na szczegółowe opisy i samą postać Pi Patela. Rzekomo opowieść, którą postanowił spisać autor jest prawdziwa, a pan Patel naprawdę istnieje. Żyje sobie w Kanadzie, z żoną i dziećmi, nadal wyznając trzy religie i wspominając tygrysa, który przeżył z nim dwieście siedemdziesiąt dni na Pacyfiku. Trudno w to uwierzyć, prawda? Jego przetrwanie zależało wyłącznie od niego. Ta wola walki była tak niezwykła, podobnie jak tresura tygrysa bengalskiego - młodego samca potężnego kota, jednego z najlepszych drapieżników na ziemi. Wiele rozwiązań jakimi posługiwał się bohater była zaskakująca. Zastanawiam się, czy sama bym na to wpadła? Czy poddałabym się od razu po tym, jak zrozumiałabym, że zostałam całkiem sama...?
  Książka daje do myślenia. W pewnym stopniu też przeraża. Pokazuje jak nieprzyjazna jest natura względem człowieka, gdy ten stanie się całkiem bezbronny. Nie tylko w postaci rozszalałego oceanu, ale również zwierząt, choćby rekinów, czy wygłodniałych hien. Skrajne warunki zaprzeczają rozsądkowi, bo chcesz się ratować za wszelką cenę. Nie ważne, że jesteś małpą. Staniesz w swojej obronie i zbijesz hienę po głowie, bo zbytnio rzuca się po szalupie. Nie ważne, że jesteś surykatką. Możesz spać na drzewie, żeby w nocy nie stała ci się żadna krzywda.
  Bardzo miło wspominam tę lekturę, przede wszystkim dzięki Pi Patelowi i Richardowi Parkerowi. Byli razem niesamowici, pewnie dlatego koniec tak mnie zabolał. Trafiłam na ładniutką okładkę w pomarańczowej barwie, najwyraźniej już po produkcji filmowej. Twarda oprawa, spora czcionka. Szybko się czyta. Szybko i przyjemnie. Dlatego polecam tę książkę każdemu. Co tu dużo mówić? Na mnie zrobiła wrażenie. Na was też może zrobić, jeśli dacie jej szansę.


Tytuł oryginału : Life of Pi
Autor :Yann Martel
Wydawnictwo : Albatros
Przekład : Magdalena Słysz
Ilość stron : 400

sobota, 26 listopada 2016

Brudne ulice nieba

Przywykliśmy do wyidealizowanego wizerunku Nieba. Nie tylko Boga, ale również aniołów, Jego posłanników. Przecież reprezentują sobą samo dobro, prawda? Jasne, jest to całkiem logiczne, skoro żyją sobie w raju, gdzie nie dotyczą ich brudne, ziemskie sprawki. Ale co się dzieje z tymi, którzy żyją wśród nas, wśród tego całego brudu i sądzą nasze dusze?


   Bardzo lubię tematy związane z wszelką religijnością, chociaż należę do osób ufających raczej logice, niż wierze. Być może to wina mojego zainteresowania mitologią, mistycznością i legendami? Nic więc dziwnego, że sięgnęłam po tę właśnie, a nie inną książkę. Wybór miałam co prawda niewielki, ale czułam "to będzie dobre!". Jakoś szczególnie się nie pomyliłam, bowiem Brudne ulice nieba otwiera przed nami świat nie różniący się od naszego. Z jedną różnicą - główny bohater jest aniołem-adwokatem. Po śmierci człowieka, toczy sąd z diabłem o duszę, która ma powędrować albo do Nieba, albo do Piekła. Opisuje nam wszystko to, co aniołki i diabełki chcą chować za kurtyną.
   Problem niestety jest taki, że Bobby Dollar sam do końca nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Ma zbyt wiele pytań i żadnej odpowiedzi. Boga przecież nie widział, a całe to działanie Niebiańskiego Raju jest mocno naciągane - nawet dla głównego bohatera. Autor postarał się o pozytywny styl narracji pierwszoosobowej. Bobby jest prostym facetem o realistyczny, nieco sarkastycznym podejściu do życia. Żyje sobie na Ziemi, pośród innych adwokatów i nieświadomych niczego śmiertelników. Do czasu, aż jedna z dusz, nad którymi ma przebiec sąd, zwyczajnie znika. Chyba nie muszę mówić, że dla obu stron - Nieba i Piekła - jest to zupełnie nie do pomyślenia? Przecież wszystko musi chodzić jak w zegarku! W poczuciu zagrożenia, nawiązują bardzo kruchy rozejm. Jak to jednak bywa, nie wszyscy się do niego stosują. Nasz bohater szybko wpada w ciąg nieprzyjemnych zdarzeń, z którymi niebo nieszczególnie chce mu pomóc. Pojawiają się sami księcia piekieł, przepiękne diablice i zbyt potężne, gorejące potwory, (o zgrozo) odporne nawet na srebro. 
  Fabuła jest porządna i rozległa. Przez to momentami bywa męcząca, albo wręcz nudna. Całe szczęście, wyłącznie tymi momentami. Akcja jest, dynamika również. nie obejdzie się bez pościgów (samochodami i nie tylko), broni i strzelanek. Jeśli mam być szczera, to książka jest dość męska. Miesza się także z gatunkiem kryminału, który jest mi zupełnie obcy i niekoniecznie przeze mnie lubiany. Mimo wszystko, bardzo mile spędziłam czas przy tej książce!
  Przede wszystkim humor - bezbłędny. Bobby Dollar okazał się świetnym narratorem. Tyle ile wie, stara się nam wytłumaczyć. Wszystko inne ginie w natłoku pytań, które po kolei rozwijają się w odpowiedzi. Odniosłam jednak wrażenie, że wiele z nich zostało wyłożone nam pod nos w jak najprostszej formie i zabrakło mi elementu, w którym sama mogłabym pogłówkować czemu jest tak, nie inaczej. Również wszelkie moje przypuszczenia okazały się trafne, przez co fabuła nie okazała się jakaś niezwykle ekscytująca. Co nie znaczy, że zakończenie było słabe. Wręcz przeciwnie. Autor trzyma nas w niepewności do samego końca, dzięki czemu książkę zwyczajnie chce się skończyć. Mile zaskoczyła mnie jednak bohaterka o polskich korzeniach.
  Brudne ulice nieba jest idealną pozycją dla spragnionych akcji, bądź zwyczajnie brakuje komuś charyzmatycznego bohatera. Niestety, mi ta pozycja (pomimo zachwytu) szła opornie i zastanowię się, czy do niej powrócę. Chętnie przeczytam następną część, ale obawiam się, że szybko o tej powieści zapomnę. 


Tytuł oryginału : The Dirty Streets of Heaven
Autor : Tad Williams
Wydawnictwo : Rebis
Przekład : Janusz Szczepański
Ilość stron : 488

piątek, 23 września 2016

Elita

Czy któraś z nas nie chciała chociaż raz w życiu zostać księżniczką? Nawet jako mała dziewczynka? Wtedy pewnie nie myślałyśmy, iż za bogatym życiem, pięknymi sukienkami i wyśmienitymi ciastami kryją się sprawy państwa oraz wszelkie niebezpieczeństwa. W takim razie, pozycja ta traci już nieco na swojej atrakcyjności... Zwłaszcza, jeśli to my musimy zabiegać o łaski księcia, a nie odwrotnie.


  Jakiś czas temu, już dość długi (bo nie mogłam znaleźć następnych części w księgarni) rozpisywałam się na temat Rywalek autorstwa Kiery Cass. Powiedzmy sobie szczerze - byłam oczarowaną tą książką, ponieważ mile mnie zaskoczyła. Spodziewałam się mdłej fabuły, tak stereotypowej dla powieści młodzieżowej. Zastałam natomiast historię dziewczyny, która została przyjęta do Eliminacji dzięki którym książę wybierze sobie żonę. Z początku faktycznie nieco niepozorna i prosta, przerodziła się w interesującą wojnę uczuć, emocji i akceptacji Americi będącej "marną" artystką wśród wyżej postawionych dziewcząt. Tym, którzy nie przeczytali pierwszej części i obawiają się spoilerów - nie polecam czytać recenzji. Bez nich się nie obejdzie.
   Skoro pierwsza część zrobiła na mnie takie wrażenie, tym dotkliwsze było moje rozczarowanie. W dodatku na całej linii. Nie dość, że spodziewałam się akcji na pozór Rywalek, to długo szukałam tej Elity. Wreszcie się do niej dosiałam i... zastałam wyłącznie jeden wielki monolog Americi o jej zagubionych emocjach (w przenośni). Nawet nie bardzo wiem, jak opisać fabułę. Właściwie, to cała książka traktuje wyłącznie o tym, jak dziewczyna zbliża się to do księcia Maxona, to oddala, bądź ucieka w ramiona byłego chłopaka, który ją z resztą wcześniej porzucił. To była pierwsza zgroza. Zwłaszcza dla mnie - osoby, która wprost nienawidzi podobnych melodramatów. Całość wygląda po prostu tak, jakby autorka nie mogła się zdecydować, co chce począć z naszą biedną główną bohaterką. Owszem, zdarzyły się lepsze sceny, jak chociażby bal halloweenowy, czy całe to zaangażowanie Ami w przyjazd gości z Włoch, a nawet pewna kara, która została wymierzona jednej z dziewcząt uczestniczących w Eliminacjach. Nieco ożywiły książkę, ale nie do końca... Wszystko to popsuła niezwykła w moim odczuciu pobłażliwość oraz dziwaczne rozgoryczenie Americi. Czasami już nie wiedziałam, o co jej chodzi i czemu ciągle się waha. W dodatku bohaterzy zostali przedstawieni z całkiem innej perspektywy niż w poprzedniej, pierwszej części. To pewnie jakiś plus, bo każdy ma strony mocne i słabe. Jest dobry i zły na swój sposób. Mimo wszystko, można to było przedstawić w sposób różny, nie tylko biało-czarny. A jeśli chodzi o wspomnianą pobłażliwość to pani Cass nieco przesadziła z wyrozumiałością dla swoich bohaterów, ponieważ Ami potrafiła wybaczyć wszystko i wszystkim. Po jakimś czasie zaczęło mnie to jednak nudzić...
   Recenzja nie wygląda zbytnio pozytywnie, jednak powieść ma dobre strony. Nadal plusem zostaje America (poza tą pobłażliwością oraz rozterkami to silna i odważna z niej dziewczyna, potrafi się nawet postawić ogólnie panującym zasadom), wszelkie opisy bajecznych sukni, czy przedstawienie atmosfery panującej w zamku. W Elicie więcej również mamy historii, która zgrabnie przedstawiona jest znakomitym tłem dla rozgrywającej się akcji i dodaje pewnej tajemniczości. Nie można zatem uznać książki za totalnego gniota, bo istotnie nim nie jest. Szybko się czyta, okładka pobiła tę z pierwszej części i ślicznie wygląda na półce. Można zatem powiedzieć, że z przeczytania jej jestem zadowolona, aczkolwiek troszkę żałuję aż tylu wydanych pieniędzy (choć seria ta nie należy do szczególnie drogich). Zanim kupię ostatnią część, jeszcze się zastanowię. Oczywiście mile będzie poznać zakończenie trylogii (nie orientuję się, czy następne części również należą do Rywalek). Zanim się za to zabiorę, trochę odsapnę. Póki co, moja lista pełna jest lektur szkolnych, ku mojej... oczywistej zgrozie.


Tytuł oryginału : The Elite
Cykl : Selekcja
Autorka : Kiera Cass
Wydawnictwo : Jaguar
Przekład : Małgorzata Kaczarowska
Ilość stron : 328

piątek, 22 lipca 2016

Grim - Płomień nocy

To już moja trzecia przygoda z Grimem.  Po drugiej części, która wydawała mi się znacznie lepsza od pierwszej, żywiłam ogromne nadzieje z "Płomieniem nocy", jako by seria o Gargulcu była z tych, które im dłużej trwają, tym bardziej się rozkręcając. Niestety, Gesa Schwartz wyłącznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że co za dużo - to nie zdrowo.


Nawet za bardzo nie wiem od czego zacząć, więc zrobię to w najprostszy sposób: od fabuły. Podobnie jak w dwóch poprzednich częściach, akcja zaczyna się natychmiast po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Spotykamy tych samych bohaterów, chociaż w świeżych opisach. Tym razem, głównym wątkiem jest tajemnicza mgła, która panoszy się po Paryżu i usypia ludzi, którzy następnie znikają. Potem wątek ciągnie się, dopóki dopóty nasi bohaterowie nie pokonają głównego złego, który za tym stoi. Oczywiście książkę poznajemy z dwóch stron. Jedną jest Grim, pesymistyczny, choć potężny gargulec, który nosi w sobie Płomień i fascynuje się Ciemnością. Druga natomiast, to młodziutka Mia, jego miłość. Osobiście bardziej spodobały mi się wątki poświęcone utalentowanej dziewczynie, być może to przez moje zafascynowanie wampirami (które wcale nie zrodziło się ze "Zmierzchu"). Oboje będą poddawani wielu próbom (chyba... zbyt wielu) i będą pokonywali najróżniejsze przeszkody (jednej dobrze nie skończą, pojawi się następna), po to, aby uratować świat przed szalejącymi demonami.
   Ten wstęp mógłby wszystko wyjaśnić, całe moje podejście do książki. Mimo to, wcale nie jestem tak bardzo zniechęcona tą serią, jak mogłoby się wydawać. Lubię fantasy w czystej postaci i tylko dlatego ta powieść mi się podoba. Nawet bardzo. Przede wszystkim podoba mi się sposób, w jaki autorka wprowadza nas do wykreowanego przez siebie świata. Pierwsza część skupiła się na Gargulcach. Wiadomo, skoro główny bohater nim jest, to przedstawmy porządnie jego gatunek. Druga skupia się na wróżkach i jednym nauczycielu Mii - Theryonie, druga zaś na drugim - Lyskianie, Księciu Wampirów - ale także opowiada o demonach i ich łowcach. Czyli każda z tych książek odsłania nam jakąś część świata, którego zwykli śmiertelnicy nie dostrzegają przez rzucony na nich czar zapomnienia. Ogromnym plusem (generalnie rzadko zdarza mi się trafić na powieść, gdzie ich nie ma) są fantastyczni bohaterowie. Jest ich tak wielu i mają różne charaktery, że każdy znalazłby swojego ulubieńca, bo nie mówimy tu wyłącznie o wampirach, wilkołakach, wróżkach. Świat pani Schwartz jest znacznie bardziej rozbudowany, właściwie odnajdziemy w "Grimie" niemal wszystkie mitologiczne, baśniowe stworzenia.
   Zdecydowanie lubię opisy w tej książce. Są szczegółowe, zawsze przedstawiają istotę rzeczy. Są również realistyczne, nie kryją brzydoty, maskując ją na siłę wyciąganiem zalet. Z drugiej jednak strony, czasami jest ich zbyt wiele i autorka zawala nas nimi, wręcz zanudzając. Wypisuje po kilka stron o odczuciach Grima, chociaż dwa rozdział temu dopiero to było. Bohater utknął między ciemnością, jaką w sobie nosi i chęcią pozbyciem się jej. To zrozumiałe, że nie jest mu łatwo. Zważywszy, że jest Hybrydem, Gargulcem z ludzkim sercem. Ale ile można o tym wspominać? Czytelnik doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Chociaż największym minusem jest właściwie rozległość tego opasłego tomiska. Żeby nie zrozumieć mnie źle - nie mam nic przeciwko czytaniu rzeczy długich, wręcz przeciwnie. Lubię jak książka ma początek i koniec, zatem ilość stron się nie liczy (zaleta jest wyłącznie taka, iż krótsze książki wygodniej się trzyma). Mimo wszystko, fabuła toczy się ciągle w kółko. To, co Gesa Schwartz rozpisała na 700 stron, można by śmiało zmieścić w 500. Z początku jest to całkiem fajne, gdy bohaterowie mają wiele do roboty i ciągle się coś dzieje. Jednakże, z czasem zaczyna to wręcz męczyć. Autorka nie dała nam, ani bohaterom choć cienia szans na odpoczynek. Jedno zagrożenie zażegnane? Super, wcisnę następne! To ukazuje, jak pomysłowa, oryginalna oraz pełna entuzjazmu jest pani Schwartz. Niestety, to tyle, ile ma do ukazania. Pod koniec książki cieszyłam się, że wreszcie mam ją za sobą. Chyba powinno być inaczej...


Tytuł oryginału : Grim - Die Flame der Nacht
Autorka : Gesa Schwartz
Wydawnictwo : Jaguar
Przekład : Ryszard Turczyn
Ilość stron : 717

Recenzje poprzednich tomów również znajdziesz na moim blogu:

środa, 13 lipca 2016

The Witch Hunter; Łowczyni

Kolejna idealna okazja do nabycia książki? Duże przeceny w księgarniach. Dla tak zaczytanego człowieka jak ja, to wielka pociecha (+ ulga dla portfela). Pognałam do Empiku, spragniona nowości. Oczywiście, te poczytne, rozchwytywane książki nie są przecenione, albo zaledwie kilka procent. Zatem w gąszczu pięknych, lśniących okładek znalazłam jedną powieść, jedną jedyną o połowę tańszą. Nie myliłam się. Te pięćdziesiąt procent mniej wcale nie zaważyło na jakości książki.


"The Witch Hunter" zapowiadało się całkiem ciekawie... długo ciekawie. Z początku mocno zniechęciła mnie wolno tocząca się akcja. Ponad to można wyczuć, że jest to debiutancka powieść Virginii Boecker. Styl jest nieskomplikowany, szybko się czyta (zasługą pewnie jest również duża czcionka). Nie powala na pierwszy rzut oka. Zwłaszcza główna bohaterka, która wielokrotnie mnie irytowała. Na ogół nie ufam książkom pisanym w pierwszej osobie przez kobiety. Nie opieram się tutaj na żadnych stereotypach, lecz doświadczeniu. Podobne powieści wydają mi się strasznie melodramatyczne lub przesadzone w uczucia. Pewnie dlatego, zanim zaczęłam czytać, wzięłam głęboki wdech i przygotowałam się na najgorsze. Jednakże Boecker bardzo mile mnie zaskoczyła! Otóż Elizabeth, poza tym, że jest roztrzepana i totalnie wpatrzona w przyjaciela o chorych ambicjach (nie oszukujmy się - w urodzie też), to jest silna i pomysłowa. Ma siłę w rękach, nie boi się jej używać do ochrony własnego życia. Chwała jej za to, że nie jest taką słodką owieczką jak wiele młodzieżowych bohaterek. Ale przecież musi być silna! Jest Łowczynią, poluje na czarownice, czarodziejów, jasnowidzów, nekromantów, demonologów oraz innych ludzi/podejrzanych istot, które pałają się zakazaną w królestwie magią. 
  Wychowana przez żelazne treningi strasznego Blackwell'a, całkowicie oddana królowi, zostaje przyłapana na posiadaniu zakazanych, trujących ziół. Całkiem przez przypadek. Trafia do więzienia, uznana za zdrajczynię, gdzie o mało nie umiera przez gorączkę, czekając na przyjaciela. Zamiast niego, z odsieczą rusza jej najbardziej poszukiwany czarowniej w państwie - Nicholas Perevil. Jakie to musi być uczucie dla dziewczyny, która szukała go przez ostatnie lata wyłącznie po to, by postawić go na płonącym stosie? Z początku przestraszona, zdezorientowana Elizabeth szybko jednak przekonuje się do przyjaciół jak i samego czarodzieja. Wraz z nią poznajemy pyskatą, wredną Fifer, wiecznie uśmiechniętego George'a oraz uzdrowiciela o niesfornej fryzurze - John'a. Przyznam, że ich nie da się nie lubić.
  Po tym, jak już akcja wreszcie się rozkręci, książka wciąga. Dzięki dużej czcionce, szybko przechodzimy ze strony na stronę, pokonujemy następne rozdziały i nagle już kończymy. Bowiem fabuła się rozszerza. Zaczyna się coś dziać, w dodatku całkiem sporo. Autorka stworzyła magiczny świat przedstawiony (co wyszło jej znakomicie), a następnie zgłębia nas w jego tajemnice. Nimfy, zjawy, kolorowy jarmark, legendy. To wszystko jest świetną ucztą dla każdego fantastyka. Dla mnie też była, dlatego tak mile wspominam "Łowczynię". Myślę także, że każdy kto lubi Jaguara, znajdzie tutaj swoje klimaty (znani są choćby ze "Zwiadowców", chociaż równie przyjemny jest "Grim").
   Kolejnym plusem jest nie najlepsze, ale jednak dobre zakończenie. Gdy tylko autorka odkrywa przed nami sedno sprawy, okazuje się to zbiorem kilku rozwiniętych wątków prowadzącym ku jednemu, logicznemu rozwiązaniowi. Nie wszystkie były tak przewidywalne, a to miła odmiana. Z drugiej strony, Boecker trochę pomieszała. W pewnym momencie nie wiedziałam już, czy to iluzja, czy faktycznie to wszystko dzieje się naprawdę... Niektóre sceny można by troszkę lepiej rozpisać. Te drobne minusy trochę zaważyły na moich odczuciach, ale można to wybaczyć i uznać ten debiut za całkiem mocny. Gdyby miała powstać następna część, o ile rzeczywiście autorka ma taki zamiar (bo nie wiem), całkiem możliwe, że skusiłabym się na jej kupno. Ale wydaje mi się, że pozostawienie tego w taki sposób nie jest lepszy. Nie moja powieść, ale Elizabeth swoje przeszła.
   Czy poleciałabym tę książkę? Owszem. Każdemu? Raczej tak. Jest ciekawa, wciąga, mile przy niej spędziłam czas i zapamiętałam. Niby ksiżżka jakich wiele, lecz poświęciłam na jej skończenie calutki ranek, potem popołudnie na plaży. Obym częściej trafiała na tak magiczne lektury.


Tytuł oryginału : The Witch Hunter
Autorka : Virginia Boecker
Wydawnictwo : Jaguar
Przekład : Grzegrz Komerski
Ilość stron : 396

Między książkami

Jedną z najlepszych okazji do zakupu nowych książek zdecydowanie są supermarkety. Od czasu do czasu, chyba w większości z nich pojawiają się książki (często w pomniejszonych formatach), które można kupić dosłownie za kilka złotych. Osobiście uwielbiam takie okazje i zawsze staram się z nich korzystać. Jednym z moich najnowszych nabytków jest "Między książkami".


Przyznam szczerze, że z początku po prostu spodobała mi się okładka, a ponieważ nigdy nie oceniam książki po okładce, postanowiłam dodatkowo przeczytać opis i pierwszą stronę (dla mnie to standardowa procedura). Spodobała mi się, więc wzięłam. Ponieważ jest niedługa i niezbyt duża, postanowiłam ją wziąć następnego dnia do szkoły, jeszcze pod sam koniec roku szkolnego, kiedy niewiele się już dzieje. Tak szczerze, to tak mnie wciągnęła, że czytałam nieprzerwanie przez resztę dnia - nie ważne, czy była to lekcja, czy przerwa. "Między książkami" pochłonęła mnie bez reszty, poruszając swoją prostotą, w której znalazło się jednak wiele uczuć.
   Książka opowiada o pewnym szczególnym człowieku. Można wręcz rzec, że dziwnym. Osobniku o imieniu Ajay. Prowadzi on księgarnię w malutkim miasteczku na wyspie, do której ciężko się dostać. Jest ponurym, ironicznym człowiekiem, który całkowicie oddał się literaturze po śmierci żony. Żyje sobie z dnia na dzień, często nie wylewając za kołnierz i żywiąc się wyłącznie gotowanymi daniami z mikrofalówki. Jednak jego życie wywraca się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy do księgarni ktoś podrzuca mu małą dziewczynkę, dwuletnią Maję. W dodatku, w życiu księgarza pojawia się wesoła kobieta, która zdaje się całkiem nie pasować do nowoczesnych czasów. Całą trójkę połączy zamiłowanie do książek, zwłaszcza zbiorów opowiadań i nie tylko.
   Jestem tą książkę szczerze oczarowana. Jedyną wada, jaką mogłam wynaleźć to jej pospieszny ton (choć możliwym jest, że wina leży w tym, w jakim tempie pożarłam tę lekturę) i szybki koniec. Natomiast co mi się w niej spodobało? Przede wszystkim klimat. Atmosfera. Pełna ciepła, miłości oraz zamiłowania, także smutku, żalu. Powieść Gabrielle Zevin ukazuje przyjaźń jaka zacieśnia się między ludźmi, którzy z początku mają niewiele ze sobą wspólnego. Opisuje również miłość, jej poszukiwania oraz uczucia, jakimi rodzice darzą dziecko (choćby nie było biologicznym dziedzicem). Oprócz tego, w książce znalazła się mała tajemnica... Ale czy to wszystko faktycznie kończy się happy end'em?
Wszystko to w otoczeniu przytulnej księgarni i zakurzonych tomiszczy. Autorka dzieli się opowiadaniami, które warto poznać, sprytnie wplatając je pod rękę głównego bohatera. To po prostu wyśmienita gratka dla oddanych czytelników o nieskomplikowanym guście. "Między książkami" mogę polecić każdemu. Dosłownie. Uważam, że warto ją przeczytać chociażby ze względu na poznanie Ajay'a. Jego życie pokazuje, iż każde z nas nosi na barkach pewne przyzwyczajenia oraz przeszłość. Mimo to, każdy może być szczęśliwy, jeśli tego zapragnie i odważy się poznać to uczucie. Choć odrobinę. Będziecie zaskoczeni ile emocji może się zmieścić w tak cieniutkiej książce.


Tytuł oryginału : The Storied Life of A.J.Fikry
Autorka : Gabrielle Zevin
Wydawnictwo : W.A.B.
Przekład : Łukasz Witczak
Ilość stron : 268

wtorek, 14 czerwca 2016

Malowany człowiek (księga II)

Uwielbiam książki i czytam całkiem sporo. Nie jestem jednak typem osoby, która mogłaby spędzić cały dzień przy jednej książce. Brakuje mi do tego trochę cierpliwości, bo zawsze znajdzie się coś ciekawego do roboty. Wiem, tym większe jest moje zaskoczenie, gdy zerkając na godzinę, widzę, że nie minęła jedna... a trzy.



"Malowany człowiek" należy właśnie do książek, przy których czas pędzi jak szalony, a ty pokonujesz stronę jedną za drugą w oka mgnieniu. Przywykłam już do tego, że Fabryka Słów wydaje sporo rzeczy w moim guście (np. Achaję!), ale przygody Arlena to prawdziwe cudeńko. Pierwszą księgę pochłonęłam już jakiś czas temu i nigdy nie złożyło się, abym miała kasę na kolejne części, więc poszło trochę w niepamięć. Teraz cieszę się, że wreszcie do tego wróciłam i mogłam czytać o jego przemianie w tytułowego Malowanego Człowieka. W Naznaczonego.
   Arlen bowiem zostaje oszukany przez mężczyznę, którego uznawał za dobrego znajomego. Za każdym razem, gdy odwiedzał Krasję, mógł liczyć na jego poczęstunek oraz rozmowę. Gdy jednak tamten się od niego odwraca, na rzecz własnej chwały, Arlen przechodzi prawdziwą metamorfozę. Zdany wyłącznie na siebie, na wpół żywy, decyduje się wytatuować swoje ciało runami. Uważa, że broń mu nie wystarczy. Nie waha się ani chwili, a następnie rzuca do walki z otchłańcami. Nic dziwnego, że pośród miast i wiosek, szybko zaczynają rozchodzić się tajemnicze opowieści o Naznaczonym, które dochodzą do Rojera. Młody Minstel, po utracie najbliższych, pozostaje zdany wyłącznie na siebie. Po tym, jak ledwie przeżył rabunek, trafia także na Leeshę - teraz już doświadczoną Zielarkę. We dwoje próbują dostać się do Zakątka Drwali, gdzie szaleje choroba. Niestety, oprócz piekielnych stworzeń, na szlakach czekają także rabusie. Oboje padają ich ofiarą i pozostają bez niczego. Gdyby nie Naznaczony, skończyliby pożarci, jak wiele bohaterów w tej książce.
   Żałuję, że ta część jest tak krótka! Nie mogąc się od niej oderwać, zabrałam ją nawet do szkoły i dosłownie przed chwilą skończyłam czytać. Zakochałam się w głównym wątki i wyobraźni autora. To, jak obchodzi się z ludzką psychiką, zwłaszcza podczas walki o przetrwanie, to jak ukazuje nasze najciemniejsze oblicza... jest niezwykle zajmujące. Podczas, gdy jedni chowają się po kątach, nie wystawiając nosa poza bezpieczne runy, inni - jak Arlen - rzucają się w środek walki. To właśnie tacy bohaterowie zyskują nasz szacunek. Trzymamy za nich kciuki, mając nadzieję, że dożyje rana. Leesha nie jest gorsza. To silna kobieta, gotowa pełnić rolę zielarki, otaczając wieśniaków matczyną wręcz czułością. Rojer nie poddał się, kiedy ginęli następni jego przyjaciele, ludzie najbliżsi jego sercu. Chociaż z początku czuł się słaby, postanowił coś z tym zrobić. Postanowił walczyć.
   W książce jest utęskniona przeze mnie dynamika, której brakowało mi w innych powieściach czytanych w ostatnim czasie (zwłaszcza lekturach szkolnych). Są zwroty akcji, dobre, szczegółowe opisy (nie na tyle, by nas znudzić). Autor nie przebiera w słowach na opisanie rozpaczy, czy gniewu, ale także nie owija w bawełnę. Ludzie giną. Leje się krew. W tej części, na szczęście miesza się ona z czarną posoką otchłańców. Szczególne są także naturalistyczne szkice jako ilustracje w książce. 
   Nic dodać, nic ująć. Po pierwszej części, nikt nie powinien się rozczarować. Aż mnie rączki świerzbią do następnej , ale znowu pojawia się ten sam problem - skąd wytrzasnę następne cztery dyszki?


Tytuł oryginału : The Painted Man
Autor : Peter V. Brett
Tłumaczenie : Marcin Mortka
Wydawnictwo : Fabryka Słów
Ilość stron : 313


INNE
 

Zwiadowcy. Bitwa o Skandię (księga 4)

"Zwiadowcy" nie należą do listy moich ulubionych lektur, albo książek, które szczególnie powaliły mnie na łopatki. Mimo wszystko, dobrze wspominam czas im poświęcony i chętnie kupuję następne części (jeśli już zaczynam jakąś serię, która mi się spodoba, zawsze chcę mieć ją na półce). Zalet jest kilka, wad niewiele. Gdybym jednak miała jasno odpowiedzieć, za co najbardziej ją lubię... byłoby mi trochę ciężko. Już od pierwszej księgi, nadałam tej serii metkę "przyjemna i nieskomplikowana" i niezmiennie taka pozostała.


Nie pamiętam już, czemu nie opisałam na blogu części trzeciej. Niestety, przez moje roztrzepanie lub - co gorsza - lenistwo, nie przeczytacie tu recenzji "Krainy skutej lodem". Najprawdopodobniej jednak nie różniła się stylem i moimi odczuciami od poprzednich części. Bez sensu byłoby opisywanie ich obu, zatem skupię się wyłącznie na "Bitwie o Skandię". Jeżeli nie znane są Ci losy z poprzednich części, zapewne znajdziesz tu spoilery. 

   To, że młody Zwiadowca Will ponownie spotka się z Haltem oraz Horace'm było do przewidzenia. Oczywiście stało się to w wielkim stylu, ponieważ ta dwójka uratowała życie Will'owi oraz Evanlyn. Jednakże pojawienie się w okolicy Temudżeińskich wojownik zwiastuje najgorsze - otóż wschodni wojownicy wzięli sobie za cel napaść na Araluen, ojczyznę naszych bohaterów. Do tego potrzebują statków, aby przemierzyć morze. A kto ma statki? Skandianie. Rozumowanie Temudżeinów jest proste. Najpierw podbiją tę krainę, gdzie mężczyźni wolą walkę wprost, zamiast podchodów. Rzecz jasna, z góry przyszykowali się na wygraną. Jak oni - zgrabni jeźdźcy i niezawodni strzelnicy - mieliby nie wygrać z wielgachnymi przygłupami? Otóż nieco się zdziwią, ponieważ na czas niebezpieczeństwa Erak decyduje się przekonać oberjarla Ragnaka, do współpracy z doświadczonym Haltem. Zaowocuje to zabawnymi sytuacjami, niezwykłą przyjaźnią i dobrą fabułą.
   Jeśli mam być szczera - a zawsze jestem - "Bitwa o Skandię" to chyba najlepsza (poza pierwszą) księga Zwiadowców, jaką do tej pory przeczytałam. Cóż, więcej przede mną, niż za mną, więc mam nadzieję trafić na więcej. Książka zawiera w sobie sporo punktów, które lubię, zwłaszcza te podstawowe, bez których książki nijak nie polubię. Ma ciekawą fabułę. Zaczyna się skromnie i rozpędza w nagłym tempie, mieszając nas w wir przygotowań do bitwy. Ona sama została opisana całkiem ciekawie, w sposób taktyczny i przemyślany. Wielkie brawa dla autora! Domyślam się, iż napisanie podobnych scen wcale nie jest łatwe.
   Bohaterowie pozostali sympatyczni i nawet (nieraz) ciężko myślących Skandian można polubić. Halt pozostał inteligentny i charyzmatyczny, Will pełen zapału do nauki, przy czym nadal podziwiamy umiejętności Zwiadowców. Spotkanie tych dwoje na początku lektury było miłym przeżyciem, niejako wzruszającym. Dzięki temu wreszcie mogłam dostrzec, jak wiele młody czeladnik znaczy dla nauczyciela. Horace to prosty rycerz, ale jego szczerość zyskuje serca. Natomiast Erak nieco wyróżnia się swoim poczuciem humoru i chęcią współpracy z Aralueńczykami, dzięki czemu... a z resztą. Co będę zdradzać najlepszą końcówkę?
   W każdym razie, książka bardzo mi się spodobała. Ale czy mogłabym coś do tego dodać? Tak jak wcześniej wspomniałam, nie wyróżnia się jakoś ponad inne książki fantasy. Jest przyjemna, szybko się czyta. W sam raz na wieczór przy herbacie lub podczas jazdy tramwajem, gdy chcemy się oderwać od zgiełku miasta, a przenieść do pięknej krainy.


Tytuł oryginału : Ranger's Apprentice. Oakleaf Bearers
Autor : John Flanagan
Tłumaczenie : Stanisław Kroszczyński
Wydawnictwo : Jaguar
Liczba stron : 389

środa, 18 maja 2016

Co to znaczy fantasy?

Co właściwie rozumiemy poprzez pojęcie "fantasy" jako gatunek literacki lub filmowy? Mi kojarzy się on ze smokami, elfami oraz niecodziennymi światami wykreowanymi przez autorów. Pewnie większość z nas pomyślała o tym samym. Oczywiście, "fantasy" ma wiele znaczeń i nie polega wyłącznie na opisywaniu czarów. "Harry Potter" i "Władca Pierścieni" mogą pozostać najbardziej rozpoznawalnymi dziełami gatunku, ale to nie znaczy, że jest także stereotypem, wedle którego pisze się fantastykę. W tej chwili właśnie to zajmuje moje myśli i zaczynam się zastanawiać nad magią tych smoków i elfów. Chociaż uważam się za prawdziwą miłośniczkę tegoż gatunku, wcale nie przeczytałam tak wielu książek, bym mogła się nazwać znawczynią. W sumie, to wielki plus, bo wiele mnie jeszcze czeka do poznania.

Fantasy - gatunek literacki lub filmowy używający magicznych i innych nadprzyrodzonych form, motywów, jako pierwszorzędnego składnika fabuły, myśli przewodniej, czasu, miejsca akcji, postaci i okoliczności zdarzeń. <-- Tego właśnie dowiedziałam się od cioci Wikipedii. To suchy fakt, który możemy co najwyżej wpisać do zeszytu, jako zadanie domowe. Chcąc przybliżyć jego dokładne znaczenie dla wszystkich, którzy jeszcze nie zrozumieli - fantasy można nazwać wszystko, co w swojej fabule zawiera wątki nadprzyrodzone, takie jak magia (wróżki, magowie i inne bzdety), ale nie tylko jako bohaterów. Jeżeli mamy całkiem zwyczajnych ludzi, którzy nie potrafią czarować, aczkolwiek żyją w świecie, który naprawdę nie istnieje to można to uznać za fantasy. 
    Gatunek ten nie jest wyłącznie odpowiedzialny za to co wyżej napisałam. Doskonale znane nam są horrory oraz sci-fi (science fiction) i wiele ludzi myli te trzy pojęcia. Prawda jednak jest taka, iż oba należą do jakiegoś podgatunku fantasy (bo przecież duchy to forma nadprzyrodzona, jakby nie było, a często wyobraźnia pisarzy sci-fi łączy się z wymyślaniem nowego życia na innej planecie). 
 
Skoro już nie kojarzymy fantasy jedynie ze smokami i elfami... A może jednak? W końcu, ten kto się nie bardzo na tym zna i nie lubi, widzi jedynie J.R.R. Tolkiena oraz J.K. Rowling, którzy stali się wzorcem dzisiejszego fantasy. Nie każdy musi przepadać za fantasy w czystej postaci. Nudzi go to/męczy/zupełnie nie interesuje. Owszem, tacy ludzie są całkiem liczni! Nie raz się już z tym spotkałam. Nie musimy takiego kogoś zmuszać do czytania fantastycznych przygód naszych ulubionych bohaterów, ale można zaproponować inne tytuły, choćby naszą polską "Achaję" autorstwa Ziemiańskiego (o której z resztą mam bardzo dobre zdanie). Zamiast "Władcy Pierścienia" polecam również "Zwiadowców", a jeśli chodzi o literaturę dziewczęcą, to warto poznać "Skrzydła Laurel" - chociaż to jest już o wróżkach (w nieco innej postaci co prawda). Podobnych tytułów jest naprawdę wiele. Warto zapytać kogoś w księgarni lub bibliotece, bądź znajomego, który się orientuje. Nie mówią one o niczym z natury bardzo magicznym (pomijając "Skrzydła Laurel"), a przy okazji nie zanudzą początkujących czytelników. Jak już wyżej wspomniałam : fantasy to nie tylko wróżki i smoki, ale również niezwykłe przygody, bohaterowie, całkiem inne czasy oraz cała masa oryginalnej wyobraźni autorów. 

Poprawna polszczyzna kluczem do sukcesu.

  Jestem w takim wieku, że środowisko moich rówieśników nie zalicza się do ludzi szczególnie myślących. Jeżeli już zdarzy się jakiś wyjątek, zostaje on pochłonięty przez cały natłok bezmyślnych osobników. Jako osoba stojąca z boku, często obserwuję innych i czuję się ich zachowaniem albo zażenowana, albo rozbawiona. Rzecz jasna, ja również nie jestem święta. Kto nie lubi sobie przekląć? Problem nie tkwi w tym, żeby tylko i wyłącznie mówić jak dama dworu, czy nasza znienawidzona polonistka. Jednak dziwi mnie, kiedy w ogóle nie wyrażamy się w sposób zrozumiały dla innych. Jakby nie patrzeć, mówimy jednym z najpiękniejszych języków. Czy znamy zalety posługiwania się delikatną sztuką perswazji i retoryki? A co to w ogóle jest, można by zapytać...

   Retoryka jest sztuką wymowy i to nie byle jaką. Chodzi o to, aby mówić ładnie i poprawnie. Jest ona praktykowana już od starożytności, kiedy to była jednym z najpowszechniejszych przedmiotów nauczania. Moje osobiste zdanie jest takie, że dzisiaj również powinniśmy mieć zajęcia jej poświęcone. Ludzi, którzy opanują te zasady, można z łatwością odróżnić od innych (chyba, że mówią tak wyłącznie w razie potrzeby, ale to też można przyuważyć). W takim razie,przechodząc do tych zasad: przede wszystkim trzeba mówić poprawnie językowo i stosownie do danej sytuacji oraz grupy słuchaczy. Przykład? Inaczej będziemy mówili do ludzi uczonych, inaczej do uczniów. Nie chodzi tutaj o ich pozycję w społeczeństwie, a raczej umiejętność zrozumienia danego tematu, słowa itp. 
   Skoro już mówimy pięknie, trzeba zadbać o jasność tej wypowiedzi. Ludzie powinni nas rozumieć, a skoro jest to sztuka wymowy, trzeba się naprawdę postarać. Dotyczy to także ozdobności, a więc estetyka tego wszystkiego, co chcemy przekazać. Brzmi skomplikowanie? Być może. Ale jest to jednocześnie sztuką, której można się nauczyć. 
   W takim razie zadajmy sobie pytanie, po co nam jest to potrzebne? Czytelnicy, którzy nie widzą w tym sensu, tutaj również go nie odnajdą - ponieważ mówić poprawnie po prostu się powinno. Przede wszystkim, w ten sposób reprezentujemy sobą jakiś stopień znajomości ojczystego języka oraz tego, czego się do tej pory nauczyliśmy. Również w sensie kulturalnym. Osoby, która mówi zrozumiale i estetycznie, słucha się z większą przyjemnością, niż koleżanki przeklinającej co drugie słowo. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. A jestem przekonana, że przy rozmowie o pracę lub podczas miłej konwersacji z kimś starszym, takim językiem będzie nam się sprawniej porozumiewać (nie mówiąc już o wrażeniu, jakie wywołamy). Druga sprawa to nasza kultura osobista. Jej też nigdy za wiele.

   Do czego jeszcze retoryka może się przydać? Oczywiście do manipulacji językowej lub też perswazji. Jeżeli nie wiemy na czym to polega, to najlepszy przykład możemy spotkać przed wyborami prezydenta Rzeczpospolitej. Oboje kandydatów stosuje chwyty nie tylko retoryczne, ale częściej wolą posługiwać się erystyką (oddziaływaniem na słuchaczy emocjami, to jakby przeciwieństwo retoryki). Jest to dla wręcz niesmaczne, gdy oglądając debatę obserwuję grę dwóch polityków, którzy odbijają między sobą piłeczkę. Z drugiej strony, właśnie o to chodzi. Po to stosujemy te wszystkie zasady - aby przekonać słuchaczy do swojego zdania. To jest właśnie perswazja i jeżeli nauczymy się stosować choćby retorykę, mamy większe szanse powodzenia (o czym napisałam powyżej).

poniedziałek, 28 marca 2016

Łza

Kiedyś mieszkałam w małej miejscowości w Kalifornii, gdzie pobliskie jezioro było tak naprawdę zatopioną doliną, w której niegdyś leżała wioska. Nawiedzały mnie widma tej podwodnej osady, co doprowadziło mnie do obsesji na punkcie opowieści o potopie, od arki Noego przez Atlantydę Platona aż po epos o Gilgameszu.*


Czytelnicy, którzy poznali serię "Upadłych" , mają szansę poznać następną, świetnie wykreowaną powieść przez tę samą autorkę. Tym razem mamy do czynienia z legendą znanej nam z baśni Atlantydy oraz dziewczyny, która być może posiada moc, by wznieść ją z powrotem z głębin oceanu. Owa bohaterka na imię ma Eureka i jest niezwykle energiczną, ciekawską świata dziewczyną. Przynajmniej do czasu, gdy jej matka umiera porwana przez falę. Jakimś cudem osiemnastoletnia dziewczyna przeżyła, podczas gdy Diana - nie. To powoduje u niej wyrzuty sumienia, zaczyna mieć myśli samobójcze i całkowicie wycofuje się z życia, które dotychczas prowadziła. Nie radzi sobie z rówieśnikami, rodziną, potem z najlepszym przyjacielem, bowiem Brooks po osiemnastoletniej znajomości, staje się złośliwym chamem. W dodatku w życiu Eureki pojawia się tajemniczy Ander o oczach tego samego koloru, co woda oceanu.
Być może Eureka lepiej by sobie z tym wszystkim radziła, gdyby mogła się wypłakać w czyjeś ramię, gdyby nie trwała tak uporczywie w swoim stoicyzmie. Jednak, jeszcze jako mała dziewczynka, zrozumiała, że płakanie jest po prostu zabronione. Tego nauczyła ją matka. Ta sama, która pozostawiła po sobie tajemniczą księgę napisaną w niezrozumianym niemal dla każdego języku, ciężki kamień w skrzyneczce, medalion i list. Eureka postanawia przetłumaczyć księgę. A ona - jak to bywa w fantastycznych powieściach - odpowie na chyba wszystkie pytania.
  Porównując "Łzę" do "Upadłych" bardzo zadziwia mnie różnica między charakterami głównych bohaterek. Podczas gdy Lucinda jest zdezorientowaną nastolatką, Eureka jest typową buntowniczką. Wcale nie zamierza współpracować z masą psychologów, do których wysyła ją macocha. Jest zaledwie jedna cecha wspólna - zarówno Luce jak i Eureka posiadają taką moc, aby uratować świat. I chociaż w wielu książkach oraz filmach jest to po prostu przesadzone, tak "Łza" buduje klimat stopniowo, przekonując nas do tych niemożliwości, zwyczajnie ożywiając legendę.
  Cenię sobie Lauren Kate, zdecydowanie jest jedną z moich ulubionych pisarek. Narracja jest prosta, ale opisy bogate. Nie brakuje autorce pomysłów na popychanie fabuły i nie jest to wymuszone. Czasami tylko bywało nudno, bywało wręcz irytująco, kiedy Eureka zamykała się sama w sobie, dusząc złość. Mi, jako nastolatce, pewnie jest o wiele łatwiej wczuć się w rolę głównej bohaterki. Generalnie, bohaterowie są ciekawi. Każdego (albo prawie każdego) da się polubić. W fabule jest tajemnica, jest nostalgia (nieodłączna z tematem śmierci), są emocje. Tę książkę wolałam czytać samotnie, w domowym zaciszu. Bywało, że wręcz chciałam, aby Eureka się rozpłakała mimo wszystko i jedne co mam Lauren Kate za złe, to chyba to, że tak bardzo utrudniła naszej bohaterce życie.

  Wracając jednak do tej nudy - znalazła się jedna, mała wada, która nieco kłuła mnie w oczy. Początek książki jest ciężki do wbicia się. Brakuje dynamiki, a więc jednej z moich ulubionych cech powieści. Owszem, po przekroczeniu jednej trzeciej, idzie się wciągnąć wcale nie gorzej od ulubionych powieści. Tylko ten sam początek może odpychać. Ja czytałam "Łzę" po raz drugi. Wiedziałam co będzie potem, mniej więcej pamiętałam koniec. Cieszę się, że z niej nie zrezygnowałam mimo wszystko... bo chociaż nie zalicza się do moich ulubionych książek, czas przy niej spędzony na pewno nie był stracony! Okazała się być doskonała na wolne popołudnie i wieczór przy gorącej herbacie. Nie trudna, profesjonalnie napisana, ciekawa. Jakie było moje szczęście, gdy mogłam sięgnąć po kolejną część! Mam nadzieję, że koniec pozytywnie mnie zaskoczy (w porównaniu - niestety - do "Upadłych") i będę wspominała "Łzę" oraz "Wodospad" jeszcze dłużej.
  Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na śliczną okładkę. Ostatnio robię to coraz częściej, ale zapewniam, że to czysty przypadek. Książki kupuję dla ich piękna wyłącznie wtedy, gdy nie mam żadnego pomysłu na inne kupno. Na "Łzie" okładka zachowała mroczną poświatę, z lekka rozjaśnioną i silnie kojarzącą się z zatopionym światem. Sukienka stojącej na środku dziewczyny jest po prostu piękna, gdy tak sobie po niej spływa. Wydaje mi się, że to jedna z ładniejszych książek, jakie stoją na moich półkach. 


Tytuł oryginału : Teardrop
Autorka : Lauren Kate
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Anna Studniarek
Ilość stron : 396

*Słowa autorki zawarte w rozmowie opublikowanej pod koniec książki.

piątek, 18 marca 2016

Ostatnia z dzikich

Czytanie książek jednego i tego samego autora może być całkiem przyjemną podróżą. Z czasem poznajemy jego styl, wyczucie, umiejętności. Jeśli potrafi nas czymś zaskoczyć nawet po latach znajomości, uznajemy go za niezwykłego. Jednak sprawy mają się inaczej, gdy czytając kolejne dzieła natrafiamy na to samo, co w poprzednich.


Okładka książki Ostatnia z dzikichRozczarowanie to okropne uczucie, z którym spotkał się każdy z nas. Potrafi z nas wyssać ostatnią nadzieję, choćbyśmy trzymali się jej bardzo mocno. Dobry czytelnik, zwłaszcza taki  o wytrawnym guście, musi z czasem przywyknąć, że nie wszystkie powieści wpadające mu w dłonie są takie dobre, jak ulubione dzieła. Albo - nawiązując do powyższego - autor nie wykazał się, robiąc pętlę z jednej książki do następnej. W poprzednim poście recenzowałam "Kapłankę w bieli" autorstwa Trudi Canavn. Mogłam ją opisać dosłownie jednym zdaniem, bo po przeczytaniu "Gildii magów" miałam wrażenie, iż dostaję na talerzu dosłownie to samo. Wyraziłam też szczerą nadzieję, że to się zmieni i zabrałam do kolejnej, drugiej części trylogii. 
    Po bitwie sprawy zaczynają się komplikować i komplikują coraz bardziej, im dalej jesteśmy z fabułą. Auraya męczy się w koszmarach oraz boleje po stracie ukochanego, by następnie nabrać wątpliwości co do swojego zajęcia. Tkacz snów odnajduje swoją prawdziwą tożsamość. Emeralh wyrusza w poszukiwaniu innych Dzikich. Bogowie dają się bliżej poznać. Pentadrianie wyznaczają nowego przywódcę. Siyee chorują. Lud morza traci swoją księżniczkę.
   Tak mniej więcej rysuje się fabuła i szczerze powiem, z ręką na sercu, że druga część jest o niebo lepsza od pierwszej. "Ostatnia z dzikich" staje się czymś znacznie oryginalniejszym. Być może nie ma tu jakiejś powalającej dynamiki, nie ma wojen, ani nagłych zwrotów akcji (przynajmniej niezbyt wiele). Są jednak zaskakujące odpowiedzi na pytania z "Kapłanki". Bohaterowie rozwijają się w naszych oczach, poznajemy innych i przyglądamy się rozwijającym umiejętnościom Aurai. Okazuje się bowiem, że jest ona znacznie potężniejsza, niż wszyscy z początku zakładali (łącznie z bogami), ale to naturalne w powieściach tego typu. Ciekawym jednak jest, jak dziewczyna wykorzystuje swoje Dary. Z pewnością nie jest podobna do innych Białych. 
   Wciągający okazuje się być wątek dotyczący pentadrian. Otóż pojawia się nowa bohaterka, która wprowadzi nas w ich świat - różniący się od tego, który mieliśmy okazję spotkać w pierwszej części. Ich bogowie nie są przedstawieni tak szczegółowo, jak piątka z kręgu znanych Aurai. Co najciekawsze, wydają się naprawdę istnieć. Oprócz nich, kolejna bohaterka pochodzi z podwodnego świata morskiego ludu Borra. Podoba mi się ich naturalistyczne opisy. Podobnie jak w przypadku Siyee, nie są oni ucieleśnieniem naszej wyobraźni (tutaj: syren). Mają grubą skórę, która potrzebuje wilgoci, są łysi i mają szerokie klatki piersiowe. To daje nam świetne pole do własnych wyobrażeń, co tak bardzo lubię w książkach.
    Tak więc, jak podejrzewałam, trylogia zaczyna się rozwijać w dobrym kierunku. Teraz nie będę miała żadnych oporów przed kupnem ostatniej, trzeciej części. Zastanawiam się tylko, kiedy mi się to uda. Na razie z funduszami słabo. W każdym razie, myślę, że warto przemęczyć "Kapłankę" dla "Ostatniej z dzikich". Czytając opinie innych czytelników, ci którzy spotkali się z Trudi Canavan po raz pierwszy, byli zachwyceni tą trylogią. Jeśli więc ktoś się waha, mogę ją polecić. Nadal jednak uważam, że trylogia "Czarnego maga" jest bardziej interesująca i pokazuje znacznie więcej, jeżeli chodzi o umiejętności autorki. Nie czytałam Jej innych dzieł (do czasu!), więc nie mam niestety porównania. Ale nawet dzisiejsza książka, stoi na mojej półce znakomitych. Polecam.

Tytuł oryginału : Last od the Wilds
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Piotr W. Cholewa
Ilość stron : 650

poniedziałek, 1 lutego 2016

Kapłanka w bieli

Powiedzmy sobie szczerze, że Trudi Canavan zyskała nie lada popularność i jej książki są niezbędnym elementem na półkach poświęconych fantasy. Moim skromnym zdaniem zapracowała sobie na ten sukces, chociaż nie przeczyłam jeszcze wszystkich książek. Ale udało się przeczytać kolejną pozycję. Nie mniej ciekawą niż "Gildia magów", ale czy zrobiła na mnie tak samo duże wrażenie?


"Kapłanka w bieli" to czyste fantasy, z której strony by nie popatrzeć. Nasza główna bohaterka jest tytułową kapłanką. Jako Biała - jedna z pięciu wybranych przez bogów - niesie pokój oraz wiarę. Aby nikt nie pomyślał, że to książka o fanatykach, którzy bezsensownie powierzają swoje życie wszechmocnym istotom - bogowie naprawdę istnieją i mamy zaszczyt ich poznać wraz z Aurayą, gdy już zasiada w kręgu wybranych. Jednakże całą istotą książki jest nadchodząca wojna. Otóż z południa nadchodzą tajemniczy, ubrani w czerń czarodzieje. Wszystko byłoby znacznie prostsze i mniej problematyczne, gdyby nie byli tacy potężni, ani... wierzyli w innych bogów.
    Jednak to nie jedyny kłopot Aurai. Została wychowana w małej miejscowości, gdzie uczył ją tkacz snów - poganin, który nie może liczyć na spokojne odejście duszy po śmierci. Leiard jest szczególnie bliski sercu najmłodszej Białej. Dzięki niemu dziewczyna może dopiąć swego i nauczyć kapłanów lepszego uleczania, gdyż są w tej praktyce o wiele słabsi od tkaczy snów. Nie jest jednak przekonana, czy narazi lud swojego przyjaciela na takie niepowodzenia.
   Oczywiście nie tylko na tym skupia się autorka. Poznajemy inną rasę stworzoną przez boginię Huan. Są nią latający Si, stworzenia podobne do ludzi, ale znacznie niżsi i potrafiący latać. Jednym z zadań Aurai jest zawiązanie z nimi pokoju oraz kontraktu. W zamian za pomoc w wojnie, Biali pomogą im wyzbyć się nieprzyjaciół wyganiających ich z rodzinnych lasów. Pytanie tylko, czy wrażliwi i nadzwyczaj delikatni Si się na to zgodzą?
     W "Kapłance" spotkałam dobrze mi znany styl Trudi Canavan. Autorka od razu rzuca nas w wir fabuły, chociaż ten początek wydawał się dość trudny. Dowiadujemy się wiele rzeczy na raz, ale akcja zwalnia, wprowadzając nas w nowo wykreowany świat. Zanim się oglądnęłam, stała się naprawdę interesująca. Poznajemy ten świat z oczu kilku bohaterów, bo oprócz Aurai, Leiarda oraz jednego z młodych Si, w tej przygodzie towarzyszy nam doradca Danjin Spear, a także pewna dzika czarownica, która usilnie próbuje uciekać przed kapłanami Białych.
Okładka książki Kapłanka w bieli   Jestem zachwycona tą lekturą i tego nie ukrywam (tradycyjnie). Poszłam już kupić drugą książkę, ciekawa dalszych przygód. Chociaż wojna się skończyła, a do starcia dochodzi już pod koniec książki, to nasi bohaterowie muszą żyć dalej i pogodzić się z pewnymi następstwami ich zachowań. Bardzo lubię sposób, w jaki autorka ich przedstawia. Czy to w "Kapłance" czy "Czarnym magu". Każdy z nich jest zbudowany jak realistyczna istota, mająca swój kręgosłup moralny, ale także popełniająca ludzkie błędny. Nie są wyidealizowanym tworem. Odgrywają role, które niekoniecznie zawsze ich cieszą i szczycą. Ich zachowania są zatem bliżej nam zrozumialsze, popychają fabułę w przód. Miłość, zdrada lub jej poczucie, chęć władzy, czy też zwyczajnej wiedzy. W tej książce można się spotkać z wieloma z nich.
   Nieczęsto to robię, bo nie ocenia się książki po okładce, ale ta jest naprawdę śliczna. Kobieta w białym kapturze z maszerującą u dołu armią (jej cieniem). Z tego co zauważyłam, kolejne części przedstawiają innych bohaterów, a armia na trzeciej części się spotyka. Doprawdy, jedna z najładniejszych okładek, jakie mam na półce.
   Mimo wszystko, uważam to za gorsze dzieło od trylogii "Czarnego maga". Trudno jest mi uzasadnić i jest to czysto subiektywne. Książka wydała mi się zwyczajnie płaska. Owszem, historia jest dość oryginalna, ciekawa, doskonale przemyślana i jeszcze lepiej przelana na papier. Ale czy nie odniosłam jakiegoś deja vu? Czułam się trochę jakbym czytała "Zdrajcę". Wojna, lud dobry i z pozoru zły, jakby nieznośna główna bohaterka, wszystko to otoczone magią (na szczęście różniącą się od tej opisanej w poprzednio opisanych trylogiach).
   Cóż, nie mogłam do końca zżyć się z bohaterami, nie odnalazłam wśród nich żadnego, którego bardzo bym polubiła (tak, pomimo tego, co wyżej napisałam). Wojna była zwyczajnym taktycznym opisem, a Auraya raz lub dwa, wydała się niedorzecznie irytującą osobą. Szkoda, że tak wiele opierało się właśnie na niej. Patrząc na to z tej perspektywy, chyba właśnie ona zepsuła mi wiele z lektury. Na szczęście mam do zarzucenia wyłącznie to, i jak wspomniałam, w najbliższym czasie zabiorę się koniecznie za drugą część. Wprawdzie nie wiem kiedy, bo przede mną "Lalka" oraz następna powieść Murakami'ego. Ale postaram się, żeby jej opis także znalazł się na blogu. W końcu to już dwa lata, od kiedy hobbystycznie piszę recenzję. Oby tak dalej.


Tytuł oryginału : Priestess of the White. Age of the Five: Book One
Trylogia : Era pięciorga
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Piotr W. Cholewa
Ilość stron : 679