"Zwiadowcy" nie należą do listy moich ulubionych lektur, albo książek, które szczególnie powaliły mnie na łopatki. Mimo wszystko, dobrze wspominam czas im poświęcony i chętnie kupuję następne części (jeśli już zaczynam jakąś serię, która mi się spodoba, zawsze chcę mieć ją na półce). Zalet jest kilka, wad niewiele. Gdybym jednak miała jasno odpowiedzieć, za co najbardziej ją lubię... byłoby mi trochę ciężko. Już od pierwszej księgi, nadałam tej serii metkę "przyjemna i nieskomplikowana" i niezmiennie taka pozostała.
Nie pamiętam już, czemu nie opisałam na blogu części trzeciej. Niestety, przez moje roztrzepanie lub - co gorsza - lenistwo, nie przeczytacie tu recenzji "Krainy skutej lodem". Najprawdopodobniej jednak nie różniła się stylem i moimi odczuciami od poprzednich części. Bez sensu byłoby opisywanie ich obu, zatem skupię się wyłącznie na "Bitwie o Skandię". Jeżeli nie znane są Ci losy z poprzednich części, zapewne znajdziesz tu spoilery.
To, że młody Zwiadowca Will ponownie spotka się z Haltem oraz Horace'm było do przewidzenia. Oczywiście stało się to w wielkim stylu, ponieważ ta dwójka uratowała życie Will'owi oraz Evanlyn. Jednakże pojawienie się w okolicy Temudżeińskich wojownik zwiastuje najgorsze - otóż wschodni wojownicy wzięli sobie za cel napaść na Araluen, ojczyznę naszych bohaterów. Do tego potrzebują statków, aby przemierzyć morze. A kto ma statki? Skandianie. Rozumowanie Temudżeinów jest proste. Najpierw podbiją tę krainę, gdzie mężczyźni wolą walkę wprost, zamiast podchodów. Rzecz jasna, z góry przyszykowali się na wygraną. Jak oni - zgrabni jeźdźcy i niezawodni strzelnicy - mieliby nie wygrać z wielgachnymi przygłupami? Otóż nieco się zdziwią, ponieważ na czas niebezpieczeństwa Erak decyduje się przekonać oberjarla Ragnaka, do współpracy z doświadczonym Haltem. Zaowocuje to zabawnymi sytuacjami, niezwykłą przyjaźnią i dobrą fabułą.
Jeśli mam być szczera - a zawsze jestem - "Bitwa o Skandię" to chyba najlepsza (poza pierwszą) księga Zwiadowców, jaką do tej pory przeczytałam. Cóż, więcej przede mną, niż za mną, więc mam nadzieję trafić na więcej. Książka zawiera w sobie sporo punktów, które lubię, zwłaszcza te podstawowe, bez których książki nijak nie polubię. Ma ciekawą fabułę. Zaczyna się skromnie i rozpędza w nagłym tempie, mieszając nas w wir przygotowań do bitwy. Ona sama została opisana całkiem ciekawie, w sposób taktyczny i przemyślany. Wielkie brawa dla autora! Domyślam się, iż napisanie podobnych scen wcale nie jest łatwe.
Bohaterowie pozostali sympatyczni i nawet (nieraz) ciężko myślących Skandian można polubić. Halt pozostał inteligentny i charyzmatyczny, Will pełen zapału do nauki, przy czym nadal podziwiamy umiejętności Zwiadowców. Spotkanie tych dwoje na początku lektury było miłym przeżyciem, niejako wzruszającym. Dzięki temu wreszcie mogłam dostrzec, jak wiele młody czeladnik znaczy dla nauczyciela. Horace to prosty rycerz, ale jego szczerość zyskuje serca. Natomiast Erak nieco wyróżnia się swoim poczuciem humoru i chęcią współpracy z Aralueńczykami, dzięki czemu... a z resztą. Co będę zdradzać najlepszą końcówkę?
W każdym razie, książka bardzo mi się spodobała. Ale czy mogłabym coś do tego dodać? Tak jak wcześniej wspomniałam, nie wyróżnia się jakoś ponad inne książki fantasy. Jest przyjemna, szybko się czyta. W sam raz na wieczór przy herbacie lub podczas jazdy tramwajem, gdy chcemy się oderwać od zgiełku miasta, a przenieść do pięknej krainy.
Tytuł oryginału : Ranger's Apprentice. Oakleaf Bearers
Autor : John Flanagan
Tłumaczenie : Stanisław Kroszczyński
Wydawnictwo : Jaguar
Liczba stron : 389
Tytuł oryginału : Ranger's Apprentice. Oakleaf Bearers
Autor : John Flanagan
Tłumaczenie : Stanisław Kroszczyński
Wydawnictwo : Jaguar
Liczba stron : 389
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz