Uwielbiam książki i czytam całkiem sporo. Nie jestem jednak typem osoby, która mogłaby spędzić cały dzień przy jednej książce. Brakuje mi do tego trochę cierpliwości, bo zawsze znajdzie się coś ciekawego do roboty. Wiem, tym większe jest moje zaskoczenie, gdy zerkając na godzinę, widzę, że nie minęła jedna... a trzy.
"Malowany człowiek" należy właśnie do książek, przy których czas pędzi jak szalony, a ty pokonujesz stronę jedną za drugą w oka mgnieniu. Przywykłam już do tego, że Fabryka Słów wydaje sporo rzeczy w moim guście (np. Achaję!), ale przygody Arlena to prawdziwe cudeńko. Pierwszą księgę pochłonęłam już jakiś czas temu i nigdy nie złożyło się, abym miała kasę na kolejne części, więc poszło trochę w niepamięć. Teraz cieszę się, że wreszcie do tego wróciłam i mogłam czytać o jego przemianie w tytułowego Malowanego Człowieka. W Naznaczonego.
Arlen bowiem zostaje oszukany przez mężczyznę, którego uznawał za dobrego znajomego. Za każdym razem, gdy odwiedzał Krasję, mógł liczyć na jego poczęstunek oraz rozmowę. Gdy jednak tamten się od niego odwraca, na rzecz własnej chwały, Arlen przechodzi prawdziwą metamorfozę. Zdany wyłącznie na siebie, na wpół żywy, decyduje się wytatuować swoje ciało runami. Uważa, że broń mu nie wystarczy. Nie waha się ani chwili, a następnie rzuca do walki z otchłańcami. Nic dziwnego, że pośród miast i wiosek, szybko zaczynają rozchodzić się tajemnicze opowieści o Naznaczonym, które dochodzą do Rojera. Młody Minstel, po utracie najbliższych, pozostaje zdany wyłącznie na siebie. Po tym, jak ledwie przeżył rabunek, trafia także na Leeshę - teraz już doświadczoną Zielarkę. We dwoje próbują dostać się do Zakątka Drwali, gdzie szaleje choroba. Niestety, oprócz piekielnych stworzeń, na szlakach czekają także rabusie. Oboje padają ich ofiarą i pozostają bez niczego. Gdyby nie Naznaczony, skończyliby pożarci, jak wiele bohaterów w tej książce.
Żałuję, że ta część jest tak krótka! Nie mogąc się od niej oderwać, zabrałam ją nawet do szkoły i dosłownie przed chwilą skończyłam czytać. Zakochałam się w głównym wątki i wyobraźni autora. To, jak obchodzi się z ludzką psychiką, zwłaszcza podczas walki o przetrwanie, to jak ukazuje nasze najciemniejsze oblicza... jest niezwykle zajmujące. Podczas, gdy jedni chowają się po kątach, nie wystawiając nosa poza bezpieczne runy, inni - jak Arlen - rzucają się w środek walki. To właśnie tacy bohaterowie zyskują nasz szacunek. Trzymamy za nich kciuki, mając nadzieję, że dożyje rana. Leesha nie jest gorsza. To silna kobieta, gotowa pełnić rolę zielarki, otaczając wieśniaków matczyną wręcz czułością. Rojer nie poddał się, kiedy ginęli następni jego przyjaciele, ludzie najbliżsi jego sercu. Chociaż z początku czuł się słaby, postanowił coś z tym zrobić. Postanowił walczyć.
W książce jest utęskniona przeze mnie dynamika, której brakowało mi w innych powieściach czytanych w ostatnim czasie (zwłaszcza lekturach szkolnych). Są zwroty akcji, dobre, szczegółowe opisy (nie na tyle, by nas znudzić). Autor nie przebiera w słowach na opisanie rozpaczy, czy gniewu, ale także nie owija w bawełnę. Ludzie giną. Leje się krew. W tej części, na szczęście miesza się ona z czarną posoką otchłańców. Szczególne są także naturalistyczne szkice jako ilustracje w książce.
Nic dodać, nic ująć. Po pierwszej części, nikt nie powinien się rozczarować. Aż mnie rączki świerzbią do następnej , ale znowu pojawia się ten sam problem - skąd wytrzasnę następne cztery dyszki?
Tytuł oryginału : The Painted Man
Autor : Peter V. Brett
Tłumaczenie : Marcin Mortka
Wydawnictwo : Fabryka Słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz