Czytanie książek jednego i tego samego autora może być całkiem przyjemną podróżą. Z czasem poznajemy jego styl, wyczucie, umiejętności. Jeśli potrafi nas czymś zaskoczyć nawet po latach znajomości, uznajemy go za niezwykłego. Jednak sprawy mają się inaczej, gdy czytając kolejne dzieła natrafiamy na to samo, co w poprzednich.
Rozczarowanie to okropne uczucie, z którym spotkał się każdy z nas. Potrafi z nas wyssać ostatnią nadzieję, choćbyśmy trzymali się jej bardzo mocno. Dobry czytelnik, zwłaszcza taki o wytrawnym guście, musi z czasem przywyknąć, że nie wszystkie powieści wpadające mu w dłonie są takie dobre, jak ulubione dzieła. Albo - nawiązując do powyższego - autor nie wykazał się, robiąc pętlę z jednej książki do następnej. W poprzednim poście recenzowałam "Kapłankę w bieli" autorstwa Trudi Canavn. Mogłam ją opisać dosłownie jednym zdaniem, bo po przeczytaniu "Gildii magów" miałam wrażenie, iż dostaję na talerzu dosłownie to samo. Wyraziłam też szczerą nadzieję, że to się zmieni i zabrałam do kolejnej, drugiej części trylogii.
Po bitwie sprawy zaczynają się komplikować i komplikują coraz bardziej, im dalej jesteśmy z fabułą. Auraya męczy się w koszmarach oraz boleje po stracie ukochanego, by następnie nabrać wątpliwości co do swojego zajęcia. Tkacz snów odnajduje swoją prawdziwą tożsamość. Emeralh wyrusza w poszukiwaniu innych Dzikich. Bogowie dają się bliżej poznać. Pentadrianie wyznaczają nowego przywódcę. Siyee chorują. Lud morza traci swoją księżniczkę.
Tak mniej więcej rysuje się fabuła i szczerze powiem, z ręką na sercu, że druga część jest o niebo lepsza od pierwszej. "Ostatnia z dzikich" staje się czymś znacznie oryginalniejszym. Być może nie ma tu jakiejś powalającej dynamiki, nie ma wojen, ani nagłych zwrotów akcji (przynajmniej niezbyt wiele). Są jednak zaskakujące odpowiedzi na pytania z "Kapłanki". Bohaterowie rozwijają się w naszych oczach, poznajemy innych i przyglądamy się rozwijającym umiejętnościom Aurai. Okazuje się bowiem, że jest ona znacznie potężniejsza, niż wszyscy z początku zakładali (łącznie z bogami), ale to naturalne w powieściach tego typu. Ciekawym jednak jest, jak dziewczyna wykorzystuje swoje Dary. Z pewnością nie jest podobna do innych Białych.
Wciągający okazuje się być wątek dotyczący pentadrian. Otóż pojawia się nowa bohaterka, która wprowadzi nas w ich świat - różniący się od tego, który mieliśmy okazję spotkać w pierwszej części. Ich bogowie nie są przedstawieni tak szczegółowo, jak piątka z kręgu znanych Aurai. Co najciekawsze, wydają się naprawdę istnieć. Oprócz nich, kolejna bohaterka pochodzi z podwodnego świata morskiego ludu Borra. Podoba mi się ich naturalistyczne opisy. Podobnie jak w przypadku Siyee, nie są oni ucieleśnieniem naszej wyobraźni (tutaj: syren). Mają grubą skórę, która potrzebuje wilgoci, są łysi i mają szerokie klatki piersiowe. To daje nam świetne pole do własnych wyobrażeń, co tak bardzo lubię w książkach.
Tak więc, jak podejrzewałam, trylogia zaczyna się rozwijać w dobrym kierunku. Teraz nie będę miała żadnych oporów przed kupnem ostatniej, trzeciej części. Zastanawiam się tylko, kiedy mi się to uda. Na razie z funduszami słabo. W każdym razie, myślę, że warto przemęczyć "Kapłankę" dla "Ostatniej z dzikich". Czytając opinie innych czytelników, ci którzy spotkali się z Trudi Canavan po raz pierwszy, byli zachwyceni tą trylogią. Jeśli więc ktoś się waha, mogę ją polecić. Nadal jednak uważam, że trylogia "Czarnego maga" jest bardziej interesująca i pokazuje znacznie więcej, jeżeli chodzi o umiejętności autorki. Nie czytałam Jej innych dzieł (do czasu!), więc nie mam niestety porównania. Ale nawet dzisiejsza książka, stoi na mojej półce znakomitych. Polecam.
Tytuł oryginału : Last od the Wilds
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Piotr W. Cholewa
Ilość stron : 650
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz