środa, 31 grudnia 2014

Intruz

Nazwisko Stephenie Meyer zna chyba każdy. Przecież nastała era przystojnych, kiczowatych wampirów z toną żelu na włosach i piękną cerą. W dodatku te zakazane miłości... W sumie, nic dziwnego, że wielu spogląda na "Zmierzch" z pewną dozą litości i rozbawienia. W tej chwili wstaję ja - i twardo przekonuję, że książki tej autorki nie są tak tragiczne, jak filmy.

Nie, nie mam zamiaru pisać o Zmierzchu. Ten etap mam już dawno za sobą, z resztą nie były to książki, które długo zapadają w pamięć. Oczywiście, są fajnie - znacznie lepsze niż film. Powiedzmy sobie szczerze, że Przed świtem faktycznie należała się nagroda najgorszego filmu. Wszyscy byliśmy tym już przejedzeni, a i reżyserowie, aktorzy i cała reszta nie dali sobie rady z lepszym przedstawieniem książki. Jeżeli chodzi o Intruza, jeszcze nie zdążyłam obejrzeć wersji filmowej. Sądząc po komentarzach, nic ciekawego mnie nie omija.
   Wyobraźcie sobie mieć kogoś obcego w głowie. Dosłownie. Dzielicie z nim ciało, porozumiewacie się myślami, musicie znosić jego ciągłą obecność. Jak dla mnie, brzmi to strasznie. Siedzieć we własnym ciele i nie mieć nad nim kontroli! Niestety, główna bohaterka stała się takim intruzem. Należy do gatunku dusz, które żyją wyłącznie dzięki żywicielowi. Podbili wiele światów, teraz przyszła kolei na Ziemię. Niestety, ludzie okazali się być zbyt rozemocjonowani i szybko się okazało, że zawładnąć ich umysłami będzie znacznie trudniej. Na taki właśnie problem natknęła się Wagabunda - dusza, która zwiedziła znacznie więcej planet niż jej przeciętna koleżanka. Teraz dostała ciało jednej z ostatnich ludzkich dziewczyn - Melanie. Szybko się okazuje, że dziewczyna jest twarda i buntownicza, i nie da się zapomnieć. Obie dziewczyny jednak zaprzyjaźniają się, gdy na ich drodze staje Łowczyni - kobieta, która próbuje wyłapać wszystkich rebeliantów. Dusza ma jej w tym pomóc, Melanie ciągle protestuje. Zdają sobie sprawę, iż obie jej nienawidzą, więc... uciekają prosto do kryjówki ostatnich ocalałych, gdzie pragną odnaleźć ukochanego Mel oraz jej młodszego brata.
    Brzmi ciekawie, prawda? Powieść jest ładna, rozbudowana, pomysłowa i... całkiem zepsuta. Rozczarowałam się gorzko, chłonąc lekturę strona za stroną. Autorka zbudowała nieprawdopodobnie rozbudowany świat przedstawiony. Jego opisy są interesujące i wciągające, a jednak... ciągle zgrzytało mi to po zębach i wchodziło między nie. Czułam się oszukana, kiedy okazało się, że ten fantastyczny Intruz jest zwyczajną powieścią młodzieżową. Gdybym przeczytała ją dwa lata wcześniej, byłabym wniebowzięta. Niestety, teraz straciło to dla mnie urok. Musiałam męczyć się z miłością Mel i Wandy (inaczej Wagabundy), bo przecież kochały dwóch innych mężczyzn. Jasne - nie brakowało akcji, chociaż było jej ciut za mało w tak sprzyjających okolicznościach. Za to bardzo polubiłam główną bohaterkę, Wandę. Jest oryginalna jak na ten gatunek. Ma dobre serce, nigdy nie myśli o sobie, lecz o innych, długo nie może zdać sobie sprawy, którego naprawdę kocha. Ziemia wywołała w jej myślach zamęt. Chociaż tyle już zwiedziła, nigdy nie była na tak barwnej, bogatej w doznania planecie. Z drugiej strony, Stephenie Meyer ukazuje wady ludzkości, zwłaszcza nasze skłonności do przemocy, a my nie możemy im zaprzeczyć. Reszta bohaterów również jest niczego sobie. Idealnie dopełniają tę książkę... choć ja nadal rozpaczam, że jej tematem było akurat to, a nie tamto.

Patrząc obiektywnie, muszę postawić 3/5. Chociaż chciałabym więcej, po prostu nie mogę. Czuję się za bardzo rozgoryczona. Pokochałam Wandę. Zasłużyła na bycie bohaterką, tak jak ja zasłużyłam na bogatszą lekturę. Jak zwykle, zakończenie było najciekawsze. Pomimo tego, jestem mile zaskoczona. W sumie, spodziewałam się czegoś tak samo melodramatycznego jak romans Belli z Edwardem. To jest ten jeden, wielki plus - w książce nie ma przystojnych wampirów. Są za to piękne dusze oraz ich niezwykłe uczynki. Cieszę się, że książka stoi na mojej półce, bo zawsze mogę po nią wrócić i jeszcze raz przemyśleć, czemu stała się tak błahostkowa pomimo mil dobrej fabuły.
/Yori

Oryginalny tytuł : The Host
Autorka : Stephenie Meyer
Wydawnictwo : Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron : 556
Gatunek : sci-fi, romans, młodzieżowe

wtorek, 23 grudnia 2014

Francuski ogrodnik

Okładka książki Francuski ogrodnikNadszedł ten czas, kiedy człowiek jest pochłonięty przygotowaniami do Świąt Bożego Narodzenia. Pieczemy ciasta, chodzimy na świąteczne zakupy i mamy prawdziwe urwanie głowy. Jednak, kiedy już wszystko załatwimy, bigos spokojnie sobie pyka na kuchence, a ciasto siedzi w piekarniku, warto znaleźć sobie chwilę wytchnienia przy niezwykle ciepłej, miłosnej powieści. 



Zawsze czułam pociąg do miłosnych opowieści, jak wiele kobiet (nie ważne czy młodych, czy trochę starszych). Zazwyczaj są to pewnego rodzaju komedie z domieszką fantasy, więc typowe książki młodzieżowe. Tym razem, mama przyniosła z biblioteki kilka ciekawych pozycji, które mnie zainteresowały. Właśnie Francuski ogrodnik wydawał mi się najbardziej interesujący, ponieważ sama interesuję się roślinami.
    Miranda Claybourne to  kobieta, która nie wyobraża sobie życia poza Londynem. Najlepiej czuje się w wielkim mieście, gdzie nosi szpilki oraz wyborne ubrania z najwyższych półek. Pech chciał, że jej mąż postanowił się przeprowadzić. Niby wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nowy dom znajduje się na wsi. W dodatku jej mąż, nadal przybywa w Londynie, ciężko pracując na dom. Wszystko układa się źle... Miranda nie ma czasu na pracę, nie może znaleźć nikogo do pomocy przy dużym domostwie i nie może poświęcić uwagi dzieciom. W dodatku ciągle słyszy o byłej właścicielce domu, która miała prawdziwą rękę do kwiatów i jej ogród był chlubą! Wszystko się zmienia, gdy poznaje swojego sąsiada. Załatwia jej on pomoc domową - starego ogrodnika i kucharkę. Niedługo później, pod drzwiami domu Mirandy zjawia się tajemniczy Francuz, który wyraża chęć przywrócenia jej ogrodowi niezwykłego blasku.
    Od razu muszę napisać, że powieść niezwykle mnie urzekła. Aura, która mnie otoczyła, gdy tylko przeczytała pierwsze rozdziały, pozostała aż do kończącego się happy end'em końca. Przede wszystkim, książka składa się z życia dwóch kobiet. Chociaż Miranda jest niejako główną bohaterką, odnajduje ona notatnik poprzedniej właścicielki - Avy. To ona stworzyła piękny ogród, a także przeżyła w swoim życiu niewyobrażalną miłość, pomimo tego, iż była mężatką. Miranda zatopiona po uszy w miłosnej historii tej wesołej, ekscentrycznej kobiety, przeżywa wzloty i upadki. Jej życie gruntownie się zmienia, a nowy, przystojny ogrodnik pokazuje jej prawdziwą magię, która otacza majestatyczny ogród. Dzieci odżywają, nagle zjawiają się nowi przyjaciele, a małżeństwo naprawia pęknięte fundamenty. Ale co z nieszczęśliwą historią Avy, która bez pamięci pokochała MF? Oba wątki są niezaprzeczalnie urocze i wciągające. Ostatnimi czasy, naprawdę rzadko się zdarza, bym pochłonęła 500-stronową książkę w dwa dni.
    Autorką książki jest Santa Montefiore. Z autorką spotykam się po raz pierwszy - prawdopodobnie nie ostatni, ponieważ jej styl bardzo przypadł mi do gustu. Lubię książki pełne żywych, soczystych opisów, które gładko łączą się z fabułą. W tej książce, takie się znalazły i występowały całkiem często. W końcu, tłem dla fabuły był ogród - piękny, duży ogród, ognisko domowego ciepła, czy też magii rodzinnej miłości. Autorka oprócz pięknego świata przedstawionego, stworzyła ciepłe, pełne ulotnych wspomnień postaci. Czytając ich historię, czułam się niczym ich koleżanka, jakbym mieszkała w Hartington. Ciężko jest przedstawić bohaterów w taki sposób, by ożywiały przed naszymi oczami. Dlatego szarpnę się i ocenię książkę na 5/5. Jak dla mnie, niczego tam nie zabrakło. Książka jest idealna na chłodne wieczory, takie jak teraz. Sądzę, że była tak samo fantastyczna, gdybyśmy zabrały ją ze sobą na balkon/taras w czerwcowy wieczór. Przede wszystkim, wielka miłość wcale nie jest mdława, jak w większości podobnych powieści. Ona jest od niego starsza, lecz to co czuje, widocznie ją odmładza. Nie żałują godzin spędzonych w małym domku, z dala od wzroku jej męża. On jest młody, pragnie jej i uważa za piękną. Ta miłość jest namacalna, słodko-gorzka, jak łzy w których się rozstali. Czy żadne z nas naprawdę nie marzy o podobnym uczuciu, które jak tęcza, która zawsze kiedyś zniknie? Po drugie, fabuła nie skupia się wyłącznie na tej miłości. Są wątki bliżej znane naszemu sercu: praca, sukces, dom i dzieci. Autorka w niezwykłe delikatny sposób ukazuje nam miłość rodzicielską oraz serce rozdarte po zdradzie. Naprawdę, trudno jest znaleźć tak piękną powieść o podobnej tematyce...
/Yori

Oryginalny tytuł : The French gardener
Autorka : Santa Montefiose
Wydawnictwo : Świat Książki
Liczba stron : 494
Gatunek: romans, obyczajowe

środa, 17 grudnia 2014

Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu

Kupno "Zwiadowców" było chwilą rozterki. Widziałam tę jakże długaśną serię i zaraz odwracałam wzrok, raczej niezainteresowana. Żałować? Nie żałuję, bo książka całkiem miła dla oka, choć porównanie do "Władcy Pierścieni" jest trochę zgubne.


Will to zwyczajny chłopiec. Może trochę zbyt niski i chuderlawy, by nadawał się do swojej wymarzonej szkoły rycerskiej, bo nie oszukujmy się - aby zostać rycerzem, trzeba mieć krzepę. Na szczęście chłopak też coś potrafi, jak choćby skradać się oraz szybko wspinać po niemalże każdej ścianie. Te niebywałe umiejętności dostrzega Zwiadowca Halt i zabiera Willa do siebie - na ucznia. Od tego czasu chłopak szkoli się i robi duże postępy w wielu dziedzinach: w odnajdywaniu tropów, strzelaniu z łuków, zlewaniu się z otoczeniem. Wszystkim, co potrzebne jest Zwiadowcy, którego zadaniem jest śledzenie oraz znajdowanie ciekawych lub pożytecznych informacji dla dobra całego państwa.
Will nigdy nie miał nazwiska, więc nie zna swoich rodziców. Wychował się pod pieczą barona Aralda wraz z czterema innymi wychowankami. Jednym z nich jest Horace, naturalny wróg Willa. Udaje mu się dostać do Szkoły Rycerskiej, odkąd śledzimy również jego losy. W którym momencie tych dwoje znów się spotka i pokona nienawiść w dziwaczny, aczkolwiek waleczny sposób.
    Tak mniej więcej rozwija się fabuła. Nie spodziewałam się niczego wielkiego po tak małej objętościowo książce oraz dużej czcionce. Szczerze powiedziawszy, to podeszłam do tej lektury z niejakim dystansem. Faktycznie, daleko mu do "Władcy Pierścieni" jakie porównanie postawił mu Limelight na okładce książki. Chociaż powodów do narzeka również nie jest wiele. Przede wszystkim książeczka jest napisana w bardzo fajny, przejrzysty sposób, który nie utrudnia nam w żadnym wypadku lektury. Opisy są żywe oraz szczegółowe, John Flanagan zna się na rzeczy i wiedział jak to rozpisać. Historia Willa jest na swój sposób niezwykła, pełna tajemnic. Wierzę, że wciągu kilku tomów zacznie się ładnie i ciekawie rozwijać. Jestem pewna, że po nie sięgnę. Świat przedstawiony jest równie ciekawy, choć po czytaniu setnej książki z czasem około średniowiecznym czuję jedynie monotonnie. Jedyne, co w jakiś szczególny sposób wyróżnia się z tej jakże ciekawej, lecz zwyczajnej książki to bohaterowie. Sam Will nie jest typowym stereotypem głównego bohatera fantasy. Owszem, jest wyszczekany i ciekawski wszystkiego co go otacza, jednak potrafi się uczyć i słuchać nauczyciela. Jest grzeczny, spostrzegawczy, ale wcale nie nudny. Czytając książkę, uczymy się wraz z nim. Jego przyjaciele z przytułku również są osobowościami ciekawymi. Jenny to wiecznie rozradowana dziewczyna o dużym apetycie, która nie mogła się nie dostać do Zamkowej Kuchni. Alyss, rówieśniczka Willa to prawdziwa młoda kobieta: opanowana i spokojna. Nic dziwnego, iż Mistrzyni Służb Dyplomatycznych przyjęła ją na termin. Sam Halt jest postacią tajemniczą. Zalicza się raczej do tych "wrednych nauczycieli", a jego cynizm potrafi wręcz ubawić. Oczywiście bohaterów jest wiele i nie można któregoś nie polubić.

Trudno jest mi wystawić jakąkolwiek ocenę, ponieważ to dopiero I tom. Oczywiście, będę stała się zrecenzować kolejne, ale na tę chwilę stawiam 3/5. Trochę więcej niż połowa. Książka jest naprawdę miła, t.zn. idealna dla lubiących ten gatunek i zaczynających z nim, ponieważ jest prosta, a jednocześnie nie nudzi. Z drugiej strony, to książka jakich wiele - po prostu do czytania.
/Yori

Tytuł oryginału : Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan
Autor : John Flanagan
Wydawnictwo : Jaguar
Liczba stron : 319
Gatunek : fantasy, przygodowe

środa, 10 grudnia 2014

Rekin z parku Yoyogi

Z pewnością, rekin leżący w parku jest dziwnym zjawiskiem. Wyobrażacie sobie pójść na spacer i spotkać takiego na zielonym trawniku? Skąd się wziął? Przecież nie mógł spaść z nieba...? A jednak.


Opisywałam już Japoński wachlarz Joanny Bator. Książka niezwykle mnie zainteresowała, nie tylko ze względu na tematykę, ale również przez ciekawy język autorki. Nic więc dziwnego, że sięgnęłam po Jej kolejne dzieło. Tym razem jakby trochę inne, uderzające z drugiej beczki. Rekin z parku Yoyogi nadal odnosi się do Japonii, aczkolwiek opisy nie skupiają się na pierwszych wrażeniach "zielonego" obcokrajowca, który znalazł się w całkiem nowym, dziwnym otoczeniu oraz masy ludzi poubieranych w garnitury. Teraz jest to książka mówiąca o Japonii jako ludziach i ich duchu, wypełniona przemyśleniami oraz przeżyciami samej autorki. Niektórzy mogą się tym zgorszyć. "Eee, a ja szukałem czegoś więcej". Dla takich mam słowa otuchy - żeby poznać ten kraj, trzeba najpierw zrozumieć ludzi i ich zachowania.
   W poprzedniej książce urzekły mnie rozdziały poświęcone szczególnie jedzeniu oraz szczegółowym opisom nowego otoczenia. Była to dla mnie prawdziwa uczta, bo dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, o których nigdzie indziej bym nie słyszała, a mimo to autorka potrafiła poruszyć moją część siebie, która nadal kocha Kraj Kwitnącej Wiśni. Jeżeli miałabym wybrać ulubioną część "rekina" to byłoby problem. Książkę pochłonęłam szybko, strona za stroną, słowo za słowem. Nim się oglądnęłam, doszłam do połowy i szybko ją przekroczyłam. Joanna Bator zgrabnie łączy te wszystkie lata swojego doświadczenia i opisuje je z humorzastą nutką. Porównuje Japonię z Polską, ludzi z innymi ludźmi zza granicy, którzy są nam bardziej bliscy. Posunie się nawet do szczerych stwierdzeń na nasz temat - rodaków. A mimo to, książka w żadnym stopniu nie jest odpychająca. Wciąga nas w ten inspirujący, japoński świat niczym wędkarz tłustego tuńczyka. Nic się przed nią nie ukryje. Ani las samobójców, ani najdroższa restauracja sushi, ani nawet tokijskie psy, czy choćby tak bardzo powszechna wśród wszystkich otaku Akihabara. Jednak, tak jak wcześniej wspomniałam, autorka przede wszystkim oddaje nam ludzkie zachowania. Szczerze wypowiada się na temat pracowitych Japończyków, którzy nawet po tragedii z 2011 roku zebrali się w sobie, by zacząć wszystko od początku. Japończycy nie doszukują się przyczyny, lecz wstają, otrząsają się i ruszają to posprzątać.
   Za tymi wszystkimi tematami, za tą nieprzebytą przez obcokrajowców Japonią, ciągną się jednak cienie. Nie mówię tylko o tym potwornym trzęsieniu ziemi, które odcisnęło na autorce tak piętno i przechadza się po książce niczym cień. Warto zgłębić się w temacie Godzilli, która według Norihiro Kato jest odzwierciedleniem powojennej Japonii. Można przeczytać o "biednej starej ciotce", którą każdy z nas nosi na ramionach (w nawiązaniu do japońskiego pisarza Murakamiego), o zamkniętych na świat rzeczywisty, trochę zdziecinniałych mężczyznach, którzy spędzają długie popołudnia w Akihabarze fotografując urocze pokojówki. To wszystko i jeszcze więcej zawarte właśnie w tej niepozornie wyglądającej książeczce.

Oczywiście stawiam 5/5, bo jak inaczej? Po pierwsze, jest to akurat to, co mnie interesuje. Po drugie, brak mdławych, oprawionych w stereotypy opisów. Sama świeżość i dobre wrażenia. Po trzecie, jest to właśnie książka Joanny Botor. Choć przyznaję, iż nie czytałam niczego więcej poza "rekinem" i "wachlarzem" to strasznie Ją polubiłam i chętnie sięgnę po więcej. Może trochę zazdroszczę, że ma możliwość mieszkania w kraju, o którym mogę jedynie pomarzyć lub wybrać się na tygodniową wycieczkę, która oprócz niezapomnianych wrażeń nic mi nie da. Chciałabym poznać tych zamkniętych w sobie, grzecznych do bólu ludzi. Ale co poradzić? Pozostaje mi tylko czytać tak dobre książki i wyobrażać sobie Japonię własnymi oczami.
/Yori

Autorka : Joanna Bator
Wydawnictwo : W.A.B
Liczba stron : 235

sobota, 6 grudnia 2014

Tancerze Burzy

Kocham fantasy - to naprawdę coś cudownego, czytać o szybujących w powietrzu smokach i niezwykłych zdolnościach czarodziejów. Ten gatunek od zawsze stanowił dla nas ucieleśnienie wyobraźni, przelanie w kartki tego, co albo nigdy nie istniało, albo nigdy nie było nam dane. Co jednak, jeśli zamiast potężnych, złych smoków i niezwykłych magów dostaniemy marnej postury Japonkę i... gryfa?


Interesuję się nie tylko Wschodnią literaturą, ale również kulturą. Szczególnie bliska jest mi Japonia, którą lubię nie tyle przez niezwykły język, fantastyczna technikę oraz popkulturę (np. anime, manga, moda). Przede wszystkim kocham japońską mitologię. Ich przedstawienie stworzenia świata oraz te wszystkie mityczne stworzenia, którym tłumnie stawiają kapliczki. Może właśnie dlatego zainteresowała mnie okładka książki, która przedstawia główną bohaterkę z niezwykłą arashitorą - hybrydą orła i lwa.

    Yukiko to całkiem zwyczajna, zbuntowana dziewczyna, która wie do czego służy broń. Jest wrażliwa, ale również niezwykle spostrzegawcza i inteligentna (uparta jak osioł też). Jej ojciec, Masaru (zwany również Czarnym Lisem) jest łowcą na dworze shoguna. W pewnym momencie dostaje zlecenie złapania Tygrysa Gromu, czyli wspomnianą wcześniej arashitorę (odpowiednik naszego gryfa). Jednak dla wszystkich, zwłaszcza dla łowców, oczywistym jest niepowodzenie tej akcji. Przecież Tygrysy Gromu już dawno wyginęły, podobnie jak wszystkie inne mityczne stworzenia. Mimo to, Masaru nie poddaje się. Nie ma zamiaru pozbawić się honoru.
    Wyruszają więc w drogę z przyjaciółmi Masaru - Akihito i Kasumi. Niestety, wielki statek, którym szybują w kierunku gór Ishi, napotyka na swej drodze potężną burzę. W otchłani deszczu, czarnych chmur oraz błyskawic, wreszcie trafiają na cel swojej podróży. Wielka arashitora spada na nich niczym grom. Masaru udaje się go złapać, lecz to na nic. Statek zajmuje się ogniem, a uwięziony Tygrys Gromu nie ma szans, by samodzielnie wydostać się z potężnej klatki. Wtedy na ratunek biegnie mu Yukiko. Nie zważając na swojego ojca, z którym z resztą nie ma zbyt dobrych stosunków, w ostatniej chwili zeskakuje z szalupy ratunkowej i znika w płomieniach.
   Przyznam, że nie spodziewałam się po marnym wstępie tak złożonej fabuły. Yukiko nawiązuje z arashitorą niezwykłe stosunki. W krótkim odstępie czasu przywiązują się do siebie i przenikają umysły. Moim zdaniem, nie tylko główni bohaterowie zwracają uwagę na piękno tej lektury. Autor, Jay Kristoff, zbudował niezwykle rozległy świat przedstawiony. Wyspy Shimy chylą się ku społecznej  ekologicznej klęsce. Kiedy ludzie wynaleźli lotos, stał się on ich głównym paliwem, a także trucizną. Jest wykorzystywany dosłownie do wszystkiego - jako paliwo do lotostatków i innych maszyn, również do picia i palenia, od którego wszyscy chorują. To silny narkotyk, który wywołuje niezwykle ciężką chorobę, przez którą umiera zbyt wielu ludzi. Niebo, woda, powietrze, jedzenie; niemalże cała powierzchnia Państw Tygrysa, Lisa, Smoka, Feniksa są przez niego zatrute. Czytając tę książkę oczami Yukiko, odbieramy tę całą brzydotę świata zamkniętego w czerwonym, duszącym dymie. Sami zaczynamy czuć niechęć i wyraźnie oddychamy z ulgą, gdy dziewczyna trafia do zarośniętej dziczy, z dala od siedlisk ludzkich.
Druga sprawa to stosunki, jakimi autor połączył wszystkie państwa. Wyspy Shimy są podzielone, lecz każde z nich służy wyłącznie szotgunowi oraz Gildii Lotosu. Niegdyś piękny kraj, stracił na uroku i pogrążył w biedzie. Niby takich powieści jest wiele, lecz wmieszane do tego Gildii Lotosu, która uważa się za najwyższą warstwę - dorównuje jedynie prawdziwej historii.

Ta książka dostaje ode mnie -5/5. Ten minusik za długi, trudny początek. Poza tym, język Kristoff'a jest niezwykle urozmaicony typową japońszczyzną. W książce roi się od typowo japońskich porównań (np. do kwiatów, wiatru, przyrody), a z drugiej strony za tą zwiewną lekkością czają się inteligentne dialogi. Bohaterowie mają poczucie humoru i tajemnice. Potrafią walczyć, a autor potrafi to opisać jak należy, wlepiając tam nutę tkliwości, np. jak w przypadku opisu przepięknej arashitory. Od razu rzuca się w oczy Jego znajomość ze wschodnia kulturą. Choć nazwy są śmiesznie proste i mało oryginale (dla tych, którzy orientują się w japońskim). Mogę jedynie zaznaczyć jeden minus. Dla mnie on raczej nie był uporczywy, ponieważ sama znam Japonię, ale dla każdego kto spotyka się z tą piękną kulturą po raz pierwszy, zrozumienie tej książki będzie niezwykle trudne. Autor nie silił się na owijanie w bawełnę, t.zn. powieść pełna jest orientalnego słownictwa oraz kultury. Wymaga od nas, byśmy znali podstawę mitologii japońskiej i zachowania jakie wypadają (również rodzaje broni). Z tyłu oczywiście znajduje się słowniczek, ale co to za frajda z czytania, kiedy co chwila musimy tam zaglądać?
/Yori

Nazwa oryginału : Stormdancer
Autor : Jay Kristoff
Wydawnictwo : Uroboros
Liczba stron : 444 (łącznie ze słowniczkiem)
Gatunek : fantasy, akcja, sci-fi