sobota, 23 grudnia 2017

Pax

Już od bardzo dawna nie napisałam żadnej recenzji. Zdarzyło się sporo, przez co brakowało mi czasu, ale również chęci do pisania. Teraz, kiedy już wróciłam, zabieram się za to z nowym zapałem oraz... książką dla dzieci.


Pax to moja spontaniczna decyzja. Zauroczył mnie nie tylko prosty i jakże krótki tytuł, ale także fantastyczna okładka. Należę do osób, dla których strona wizualna książki jest niemalże tak ważna jak sama fabuła. Nie znaczy to, że ocenię ją właśnie w ten sposób. Pragnę jedynie zwrócić uwagę na klimatyczne ilustracje oraz niezwykłą postać tytułowego bohatera, który jest... lisem.
   Powieść opowiedziana jest z dwóch perspektyw: lisiej i ludzkiej. Pax jest bowiem młodym liskiem, udomowionym przez dwunastoletniego Petera. Tworzą niezwykłą parę przyjaciół, bardzo sobie bliskich. Na przeszkodzie staje im zbliżająca się wojna. Ojciec Petera decyduje się wstąpić do armii i odsyła chłopca do domu dziadka. Zanim to się jednak stanie, nakazuje synowi pozostawić lisiego przyjaciela w lesie. Peter robi to z ciężkim sercem. Nie potrafi sobie wybaczyć tej oczywistej zdrady i niedługo po dotarciu do domu dziadka, ucieka stamtąd w poszukiwaniu Pax'a.
   Książka jest piękna i nie można temu zaprzeczyć. Pax to mądre, rezolutne zwierzątko, co nie zmienia faktu, że jest udomowiony. O życiu w lesie wie tak naprawdę niewiele, a właściwie nic. Nie umie polować, spać na zewnątrz, w dodatku śmierdzi ludźmi. Nic dziwnego, że inne lisy biorą go za zagrożenie. Peter natomiast jest młodym człowiekiem, który po stracie ukochanej matki zdany jest na trudnego ojca. Najważniejsze w życiu chłopaka, to nie upodobnić się do agresywnego rodzica, więc dusi w sobie wszystkie emocje. Walka z nimi nie zawsze bywa łatwa. Do tego dodajmy sympatyczną, ale tajemniczą postać Voli - kobiety, która samotnie żyje w lesie tworząc niezwykłe kukiełki. Powieść nosi w sobie także sporą dozę życiowych rozmyślań, opisuje zdradliwy charakter wojny i ludzi. Wszystko to podane nam jest w prostej, nieskomplikowanej formie. 
    Ostatnie zdanie jest jednocześnie zaletą i wadą. Dla osoby, która spodziewała się po tej książce naprawdę sporo (a to za sprawą komentarza porównującego Pax'a do Małego Księcia), czyli mnie - okazała się być rozczarowaniem. Mały Książę to lektura, której nie da się przebić. Jest głęboka, ukrytych prawd należy się domyślić, w dodatku nie ważne kiedy, pozostaną aktualne. Pax przede wszystkim skupia się na wojnie i zniszczeniu, jakie ze sobą niesie. Zawsze istnieje zagrożenie konfliktem, ponad to wojny cały czas trawą. Vola to doskonały przykład "człowieka zarażonego wojną", choć zrezygnowała ze służby. Nie twierdzę zatem, że to niedzisiejszy temat, jednak Pax ma o wiele większy potencjał. Być może jednak spodziewam się za wiele? 
   To książka przeznaczona również dla dzieci i gdybym miała oceniać ją pod tym względem, dałabym 5 na 5 gwiazdek. Dzikość Pax'a, trudny charakter Petera, ich lojalność względem siebie. Poczucie zdrady. Kukiełki Voli, jej historia. Postać ojca Petera, jego matki. Powieść ma sporo interesujących wątków, a dzięki dużej czcionce czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma tam skomplikowanych słów, ani pojęć rodem ze słownika, mimo to historia Pax'a i Petera została opowiedziana w perfekcyjny sposób! 
    Podobało mi się, jak autorka opisała świat z lisiej perspektywy oraz w jaki sposób lisy komunikowały się między sobą. Choć ich ożywiła, nadałam im ludzkie cechy, jednocześnie pozostały dzikie i zwierzęce. Dlatego właśnie z czystym sercem mogę napisać, że Pax to kawał dobrej roboty. Mogę go polecić każdemu, nie ważne w jakim wieku. Warto ją przeczytać, a nie kosztuje zbyt wiele jak na dzisiejsze standardy książek. Być może zauroczy was przyjazna okładka, a być może jednak wzruszy fabuła. Czy Peter wreszcie odnajdzie swojego liska, którego tak niechybnie porzucił w lesie? Czy pomimo złamanej stopy, uda mu się dotrzeć do domu? Te pytania nurtują do samego końca. Nie zdradzę na nie odpowiedzi. Dowiedzcie się sami.


Autorka : Sara Pennypacker
Ilustracje : John Klassen
Przekład : Dorota Dziewońska
Wydawnictwo : IUVI
Ilość stron : 288

wtorek, 22 sierpnia 2017

Młody samuraj



Japonia ma długą, dość burzliwą historię. Był taki okres, kiedy całkowicie odizolowała się od innych państw, zamykając swoje granice, ale wpierw Japończycy wygonili lub zabili innych obcokrajowców. Wszystko to dla dobra polityki i można by spisywać „za” i „przeciw” na kilka stron, jednak dla naszego bohatera stanowiło to wyjątkową przeszkodę w powrocie do domu.


   Zacznijmy od początku. Jack Fletcher to kilkunastoletni chłopak, który przypływa do Japonii po dwóch latach spędzonych na statku wraz z ukochanym ojcem nawigatorem, kapitanem i resztą załogi. Pech chciał, że uszkadzają statek na mieliźnie. Teraz muszą go naprawić, by móc płynąć dalej… Niestety, to nie koniec nieszczęścia. Pewnej nocy statek napadają zamaskowani zabójcy. Jack jest świadkiem, jak ninja zabija jego ojca dla pewnego dziennika, w którym zapisane są mapy oceanów świata. Chłopak jest dzielny, jakoś udaje mu się przeżyć i trafia pod skrzydła jednego z samurajów – Masamoto Takeshi’ego.
   Dzisiaj samuraj kojarzy się nam z japońskim wojownikiem, bardzo honorowym, o surowej twarzy i wygolonej głowie. Ten obraz nie różni się szczególnie od pierwowzoru. Jack szybko się przekonuje, że ci niebezpieczni mężczyźni (i kobiety) poza tym, że znakomicie walczą, to trzymają się sztywnych reguł. Masamoto decyduje się zaadoptować Anglika, ale chce go widzieć w swojej samurajskiej szkole Niten Ichi Ryuu. Przed Jack’iem trudne wyzwanie. Nie dość, że musi nauczyć się japońskiej tradycji, języka oraz mnóstwa zasad dotyczących etyki, to zaczyna treningi, by stać się samurajem. Wyobraźcie sobie, jak trudne to musiało być! Ktokolwiek ma jakąś wiedzę o Japonii, ten wie, że Japończycy naprawdę są sztywni i mają zasady odnoszące się właściwie do wszystkiego, począwszy od kąpieli, poprzez etykę jedzenia, a kończąc nawet na przeprosinach. Jack jest bardzo zagubiony, trudno się temu dziwić. Na szczęście nie musi się obawiać, bo po jego stronie stoją przyjaciele. Pierwszą i najbardziej lojalną przyjaciółką jest Asumi, siostrzenica Masamoto. Dziewczyna poza niezwykłym talentem łucznicznym, jest piękna i taktowna, zawsze spieszy Jack’owi z pomocą. Chłopak poznaje także Saburo z zabójczym apetytem, drobnego, ale mądrego przyjaciela Yoriego i wreszcie przybranego brata Yamato.
   Wcześniej wspomniałam o ciężkich czasach dla obcokrajowców. Są oni coraz mniej chętnie widziani w Japonii, więc Jack mimowolnie sprowadza na siebie uwagę innych, ale też sporo kłopotów. Zdradzają go blond włosy i błękitne oczy, a morderca jego ojca, Smocze Oko, ciągle poszukuje wartościowego dziennika. Jack od początku rozumiał, że trening samuraja przygotuje go na ponowne spotkanie z wrogiem. Niestety, nauki nie ułatwia mu szkolny rywal Kazuki, który przy każdej okazji stara się utrudnić mu życie wraz ze zgrają swoich kolegów. Nie ważne, czy to początek nauki, czy przygotowanie do starożytnego rytuału mającego wyłonić najlepszych uczniów. Chłopcy ścierają się ze sobą nawet podczas wojny…
   "Młody samuraj" to nie tylko trzy powieści, ponieważ wydawane są następne tomy, o dalszych przygodach Jack’a Fletcher’a, jednak właśnie „Droga wojownika”, „Droga miecza” i wreszcie „Droga smoka” są wstępną trylogią do zapoznania nas z niezwykłymi losami młodego Anglika. To jedna z nielicznych pozycji o Dalekim Wschodzie znajdująca się na półkach literatury młodzieżowej i chyba jedyna tak popularna. Dla tych, którzy szczególnie interesują się Japonią może okazać się fantastyczną przygodą, o ile wezmą na nią lekką poprawkę. Chris Bradford, czyli autor, wykazał się znajomością historii oraz tradycji Japonii, ale jednocześnie dość podkoloryzował to i owo. Możliwe, że dzięki temu czyta się ciekawiej i można rozpisywać porywające walki mieczami. Autor uchwycił też niezły charakter samurajów (nawet jeśli ukazał ich z łagodniejszej strony), którzy powinni być honorowi, uczciwi, prawi.
    Fabuła toczy się przez trzy lata, podczas których Jack staje się samurajem. Powieści są ciekawe, dość wciągające i czasami zabawne. Kupiłam je bardzo dawno temu, mija dobre kilka lat. Czytając je po raz kolejny, nieco się jednak rozczarowałam. Owszem, Japonia jest przedstawiona bez zarzutów. Problem tkwi w samej treści. Główny bohater jest odważny, ale nieco banalny. Bez pomocy przyjaciół o stereotypowych charakterach nie byłby w stanie zdziałać zbyt wiele. Jack za każdym razem pakuje się w kłopoty, chociaż wcale nie powinien tego robić i zawsze daje się sprowokować, choćby najgłupszym zaczepkom. W dodatku wszystkich ratował i okazał się młodzieńcem o wielkim sercu, który pokona wszystko, co stoi na jego drodze. Idylliczne spojrzenie.
   Powyższy komentarz może zniechęcać, lecz książka ma swoje zalety! Pomijając boleśnie bezbarwnych bohaterów, sama fabuła jest ciekawa i pełna zwrotów akcji. Jest jeszcze jedna rzecz, za którą autorowi należą się głośne brawa. Jego wiedza na temat sztuk walki oraz samych opisów starć była całkiem przyjemną pociechą dla oka. Od razu widać, że pan Bradford oglądał sporo filmów akcji (do czego sam się przyznał) i niejedno widział (sam się ucząc). To jest chyba jedna z najmocniejszych stron ten powieści.
   Książkę polecam czytelnikom, którzy lubią Japonię i są na początku drogi poznawania jej. To świetne wprowadzenia w zainteresowanie Dalekim Wschodem. Polecam ją także zainteresowanym tradycjami samurajów, ninja i wschodnim sztukom walki. Polecam ją osobom lubiącym książki przygodowe. Tak jak napisałam, powieść nie jest zła. Ma swoje wady, które na szczęście najbardziej rażą w oczy przy pierwszej części, później jest tylko lepiej… jeśli jednak szukasz czegoś głębokiego i porywającego, możesz sobie spokojnie oszczędzić. Znam lepsze książki związane z Japonią, tyczące się samurajów. Pocieszam się myślą, że zwyczajnie wyrosłam z Młodego Samuraja i dla młodszych czytelników to będzie nie lada gratka.


Tytuł oryginału: Young Samurai
Autor: Chris Bradford
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Przekład: Hanna Pasierska
Ilość tomów: Trzy (trzy pierwsze to „Drogi”; następne, ciągle kontynuowane to „Kręgi”, których nie streściłam w poście).



czwartek, 22 czerwca 2017

dłoń

Odkładam książkę i opieram swoje dłonie o kant stołu. Obie, trochę już opalone, z pomalowanymi paznokciami. Myślę sobie o bohaterze "dłoni" oraz tym, czego został pozbawiony. Nie przez własną głupotę, jak to się nieraz zdarza. Nie wszedł na słup wysokiego napięcia, nie stracił nic w wypadku. Taki się po prostu urodził. Bez prawej dłoni.
  Powieść Michała Dąbrowskiego wywarła na mnie niemałe wrażenie. Przede wszystkim dlatego, że jest to moje pierwsze zetknięcie z człowiekiem - tutaj bohaterem tej książki - kalekim. Po drugie naprawdę podziwiam autora, za odwagę opisania swoich przeżyć, gdyż "dłoń" to niejako jego biografia. Mój światopogląd osoby zdrowej zderza się z jego, jednakże nie jest to chłopak, a następnie mężczyzna, który usiadłby i użalał się nad sobą. Pragnie jedynie, by ludzie nie zwracali uwagi na jego "braki". Dłoń w tej powieści jest symbolem tego, co bohater utracił, ale co jednocześnie cały czas mu towarzyszy. Nie brakuje mu nic, poza samoakceptacją. Długo zajmuje mu dojście do tego, ale wszyscy wiemy, że do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Oczywiście, na drodze do tego stoją mu ludzie, poczynając od samych rodziców, poprzez nadopiekuńczych krewnych i bezlitosnych rówieśników, a kończąc na kobietach oraz bezdusznych pracodawcach. To my - ludzie, którym nic nie brakuje - często stoimy na drodze do samoakceptacji. Inność przyciąga naszą uwagę jak magnez, a w obliczu tego nie wszyscy potrafią się skromnie zachować. Wielu też nie rozumie, że "inni" wcale nie są inni. Są tacy jak my, tyle, że ich dotknęło pewne nieszczęście...
   Narracja przyciąga uwagę, książka z całą pewnością jest emocjonalna. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać. Cokolwiek opisać, co zachęciłoby lub zniechęciło do przeczytania książki. Ani tym bardziej, w jaki jeszcze sposób wyrazić własną opinię. Myślę, że zamiast recenzji, pozostawię po prostu owy komentarz. 


Tytuł : dłoń
Autor : Michał Dąbrowski
Wydawnictwo : wnk
Ilość stron : 202

sobota, 17 czerwca 2017

Dożywocie



   Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia przychodzi do was urzędnik i oznajmia, iż jesteście jedynym krewniakiem nieboszczka, którego kompletnie nie znaliście i w związku z tym otrzymujecie w spadku dom. Bardzo urodziwy, w otoczeniu dzikiej natury. Kto by tak nie chciał? Chata zupełnie za darmo! Problem jednak pojawia się, gdy nowy właściciel – zatem główny bohater tej powieści – dojeżdża na miejsce zapakowany po sam dach swojego tico. Do miasta nie ma po co wracać, zwłaszcza, że kojarzy mu się ze złamanym sercem. Na miejscu bowiem okazuje się, że odziedziczony dom, Lichotka, nie jest byle jakim domem. To najprawdziwszy okaz gotyckiej architektury z uroczą wieżyczką i… ciekawymi współlokatorami.
   Moją uwagę przykuła przede wszystkim okładka książki. Wydawała się taka oryginalna pośród nudnych ilustracji mnóstwa innych powieści. Wzięłam ją w ręce, odwróciłam, przeczytałam opis i chyba już wtedy zakochałam się w Dożywociu. Co prawda nazwisko autorki nic mi nie mówiło, ale teraz będę je kojarzyła ze świetnym stylem pisania, z jakim jeszcze się nie spotkałam. Są wspaniałe opisy, jest niezwykła składania i poetyckość… A nade wszystko – komedia.
   Konrad Romańczuk mógłby spokojnie konkurować z bohaterami powieści o wampirach. Blady, przystojny, noszący się na czarno, ale jest pewina różnica. Jest kompletnym mieszczuchem, w dodatku zupełnie wyżartym przez cynizm i ironię. Kiedy wkracza do Lichotki, jest po prostu wstrząśnięty. Jakoś przeżyłby lichy stan tego gotyckiego domiszcza. Wystarczyłoby wyremontować i upchnąć komuś w sprzedaży. Niestety, to nie będzie takie łatwe. Wraz z domem, Konrad dostaje w gratisie kilkoro nadprzyrodzonych współlokatorów. Pierwszym i najważniejszym chyba jest przeuroczy aniołek hasający bez spodenek, ale za to w różowych bamboszkach (uczulony na własne pierze). W piwnicy pomieszkuje mroczny potwór o ośmiu mackach, ze zdolnościami wypiekania pysznych ciasteczek i domowych obiadków. Pewna kotka bardzo lubi drapać i wspinać się po ludziach, natomiast miano upierdliwca zdobywa Szczęsny, czyli cielesne widmo samobójcy oraz niespełnionego poety. Ach, jakby tego było mało, w stawie (ewentualnie wannie) chlapią się utopce, a domowa przytulanka to zabójczy królik w równie zabójczym kolorze.
   Szybko się okazuje, że życie z taką różnorodnością istot nie jest niemożliwe, ale na pewno do łatwych nie należy. Konrad tylko myśli, jakby to zwiać do miasta, albo przynajmniej pozbyć się Szczęsnego. Całe szczęście, Lichotka zdobywa również jego serce i tak oto nasz bohater akceptuje swoje dożywocie na w nowo nabytej chałupie.
   Po kilku pierwszych kartkach nie byłam przekonana do tej książki. Zaczęła się co najmniej dziwnie, jakoś tak śmiesznie – ale na razie nie w pozytywnym sensie. Byłam skłonna zamienić ją na inną, również czekającą w kolejce powieść. Zanim jednak to się stało, zrozumiałam, że jest po prostu śmiesznie i tak oto wciągnęłam się bez reszty. Jeśli miałam zły humor, Dożywocie było moją gwarancją na jego poprawę. Humor jest niewymuszony, przeplata się z randomowymi tekstami oraz zadziwiającą pomysłowością autorki, Marty Kisiel. Poza zabawną narracją, czy dialogami, sami bohaterowie stanowią osobną komedię, podobnie jak przydarzające się im wypadki.
   Fabuła nie ciągnie się jak krew z nosa, ale też nie rwie do przodu i nie rzuca na zakrętach. Czasami zaskakuje, może wzruszy raz czy dwa. Odniosłam raczej wrażenie, że wszystko jest tłem pod naszych uroczych bohaterów. Zarówno tych głównych, jak i tych przewijających się między rozdziałami. Nie psuje to jednak przyjemności z czytania. Powiedziałabym – wręcz przeciwnie. Dzięki temu powieść szybko się czyta, wiele zapamiętuje i raczej wolno zapomina. Sama autorka miała chyba ubaw po pachy przy tworzeniu swojego dzieła.
   W książce znalazłam ilustracje, za które odpowiedzialna jest Elwira Pawlikowska (podobnie jak za okładkę). Są karykaturalne, idealnie odnoszą się do atmosfery całej powieści. Książeczka jest zatem schludna i bardzo przyjemnie się ją czyta. Zawsze miałam dobre zdanie o Uroboros.
   Jak mogłabym to wszystko podsumować? Szczerze, to nie bardzo wiem. Jedyne, co mogę zrobić, to polecić tę książkę. Już zaczęłam to robić, dokładnie to moim znajomym. Dobrze się bawiłam podczas lektury, a już dawno zapomniałam co to znaczy. Książki nie służą wyłącznie temu, by kształtować wyobraźnię, uczyć ortografii itd., itp. Prawdziwy mól książkowy powie, że przy książce po prostu dobrze się bawi. Dożywocie jest tego najlepszym przykładem. Wiem, że pobiegnę po drugą część, bo ostatnio widziałam ją w Empiku. Mam nadzieję, że nikt jej jeszcze nie wykupił!



Tytuł : Dożywocie
Autorka : Marta Kisiel
Wydawnictwo : UROBOROS
Ilustracje :  Elwira Pawlikowska
Ilość stron : 347

niedziela, 12 lutego 2017

Odziecko Odyna

Ostatnio zdradziłam listę książek, które w ostatnim czasie najbardziej mnie zainteresowały, żeby nie rzecz - pozbawiły tchu. Oprócz moich ulubionych pisarzy i ich dzieł, między powieściami fantasy, pojawiła się ona, jedna z tym, które uważam za najlepsze dzieło fantastyki. Świeża, dość popularna, oryginalna. Rzecz jasna, mówię o "Dziecku Odyna".


Tworząc równie ciekawe dzieło, musimy zacząć od ciekawych bohaterów. Hirka to szesnastoletnia dziewczyna. W sumie, to bardzo przypomina Merdię Waleczną: przyjazne usposobienie, choć raczej złośliwa z niej osoba. W dodatku ma burzę czerwonych włosów, których za nic nie może rozczesać. Dziewczyna mieszka sobie z ojcem w chacie na skraju wioski i oboje zajmują się leczeniem wieśniaków. Nazywają ją bezogoniasta, bowiem jako jedyne dziecko (chyba we wszystkich krainach Ym) nie ma ogona, który posiada każdy. Poza tym, Hirka już od dzieciństwa konkuruje ze swoim przyjacielem, dzieckiem rodu An-Elderinów. To oznacza, że w jego żyłach płynie krew dawnych bohaterów, a babka jest jedną z dwunastu osób, które zasiadają w Radzie. Na imię ma Rime i można go uznać za równie narwanego jak jego przyjaciółka.
   Przyznam szczerze, że początek był dla mnie niezwykle trudny. Książka nie ma zwyczajnego początku, autorka nie wytycza palcem "o, dokładnie tutaj się znajdujemy". Wchodzimy w świat Ym jak w coś naturalnego, jakby to była nasza rzeczywistość. W dodatku powieść oferuje nam tyle wątków fabularnych, że naprawdę się pogubiłam. Oczywiście - do czasu, bowiem świat przedstawiony jest wręcz niesamowity. Dawno, chyba od czasów przygody z  Eragonem, nie spotkałam się z tak porządnie przedstawionym światem stworzonym przez pisarza.
  Wracając jednak do fabuły, Cała sprawa zaczyna się komplikować. Otóż każdy, mając lat szesnaście, musi udać się na Rytuał, prosto w łapska Rady. Powierniczka Kruka wyczuwa, ile w tobie Evny i naznacza symbolem chroniącym przed ślepymi. Tutaj sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, prawda? Po pierwsze, kruki odgrywają w Dziecku Odyna szczególną rolę. Jak przystało na porządny świat przedstawiony, ma on swoją religię. Nasz Bóg, to ich Widzący. Widzący pod postacią kruka. Są one zatem zwierzętami świętymi na swój sposób. Po drugie, Evna to moc. Jest wszędzie i wszystkich wypełnia. Natomiast ślepi to naturalni wrogowie, których nie widziano od kilkuset lat. Cała rzecz tkwi w tym, iż Hirka nie ma w sobie Evny. Co zatem począć z osobą, która została wyjęta żywcem z mitologii i ludowych wierzeń?
   Nie zdradzając nic poza tym, zacznę opisywać swój zachwyt. Pomijając to, co opisałam wyżej, powiem wprost - książka jest interesująca. Początkowo skomplikowana, lecz wciąga. Pożera w całości. Odrywając się od codzienności, zanurzamy się prosto w inny świat, wcale nie rządzony przez smoki, czy elfy. Tym różni się od wielu pozycji fantastyki. To inny jej rodzaj, wcale nie opierający się na mitologii w tak oczywisty sposób. Tutaj autorka zaskakuje swoją wyobraźnią. Tworzy potężnych ślepych, doprowadza do wewnętrznych konfliktów, niemalże wojny. Znajdziemy wojowników oraz dzielnych bohaterów. I wreszcie tego złego. Poczynania ich wszystkich sprawią, iż będziemy obserwowali rozwój zdarzeń z zapartym tchem. 
  Druga sprawa, która strasznie spodobała mi się w Dziecku Odyna to naturalizm. Prawdziwy, niewymuszony. Sama psychologia bohaterów jest zajmująca. Jedni zabijają drugich, aby przeżyć lub być bezpiecznym. Siri Pettersen całkowicie pozbawia nas nadziei, że istoty ludzkiego pokroju są dobre. Być może niektóre, te o sztywnym kręgosłupie moralnym. Znaczna większość jednak woli go ugiąć. Z różnych powodów, czy to dla władzy, czy zwykłej zachcianki. 
  Zostałam lojalną fanką Kruczych Pierścieni i szczerze się do tego przyznaję, jeżeli jeszcze macie jakiekolwiek wątpliwości. To, że trafiłam akurat na Dziecko Odyna to zwykły przypadek, ponieważ książkę otrzymałam, a nie kupiłam. Strasznie się z tego cieszę! Może to jakieś przeznaczenie? Ważne jest, że czytam część następną.
Książkę polecam i uważam, iż powinna stać się obowiązkiem dla każdego fana fantastyki. Być może nie pokroju Władcy Pierścieni, czy Harry'ego Potter'a, ale uważam, że niewiele im odstępuje. Biorąc pod uwagę, iż oba te hity wypadły w moim odczuciu słabo, tym bardziej polecam Dziecko Odyna. Nie obiecuję, że trafię w wasz gust. Ale ja się bawiłam znakomicie. Warto spróbować.


Tytuł oryginału : Ravneringene. Odinsbarn
Autorka : Siri Pettersen
Wydawnictwo : REBIS
Tłumaczenie : Anna Krochmal i Robert Kędzierski
Ilość stron : 643

czwartek, 5 stycznia 2017

Urodzinowy special: książki, które mnie pożarły, zamiast ja je.

To już trzy lata, od kiedy prowadzę tego bloga. Trzy lata pisania recenzji książek, które przewinęły się przez moje ręce i oczy. Jestem stuprocentowo pewna, że za ten czas moje umiejętności poprawiły się (chociaż odrobinkę). Jako, że minął już następny rok, a za nami Nowy Rok, postanowiłam zrobić krótkie streszczenie tego, co się tutaj działo ostatnimi czasy i... Polecić Wam książki, które zawładną Waszym sercem. Po raz pierwszy wymieniałam te, które mnie zmieniły. Tym razem przyszedł czas na te, które mnie pożarły. Chwyciły moje serce, po czym już mi go nie oddały, czyli Top Favourites.
Ale najpierw małe info:

♦ Na blogu znajdziecie 66 recenzji, w tym 15 z uprzedniego roku.
♦ Licznik odwiedzin wynosi w tej chwili 1765.
♦ Najchętniej szukacie u mnie książek z gatunku romans.
♦ Recenzja z największym licznikiem odwiedzin należy do "Intruza" Stephanie Meyer.


Patrzę teraz na książkę, która leży tuż pod moim nosem, gotowa do zrecenzowania. Przeczytałam ją dopiero wczoraj, ale już wiem, że będzie należała do jednej z moich ulubionych. Mowa o "Dziecku Odyna", autorstwa Siri Pettersen. Książkę tę dostałam w prezencie, z czego tak strasznie się ucieszyłam, ale dopiero teraz nadeszła jej kolej. Pochłonęłam ją jednym tchem. Z początku wydawała się dość trudna, pomieszana. Mam tendencję nielubienia głównych bohaterów i tutaj przez pierwsze rozdziały bardzo topornie myślałam o Hirce, ale gdy tylko dziewczyna zebrała się w sobie, po czym postanowiła wziąć życie w swoje ręce... Urzekła mnie jej postawa. Urzekli mnie inni bohaterowie, zwłaszcza Rime oraz Urd. Dlatego mogę zapewnić, że recenzja na pewno się pojawi i będzie pozytywna. Bardzo pozytywna. Najpierw muszę dojść do siebie po "kacu książkowym". Jestem pewna, iż następna nudna lektura szkolna mi w tym pomoże... "Dziecko Odyna" to pozycja niezbędna dla każdego fantasty. Już sama okładka pokazuje, jak dobre dzieło trzymamy w rękach!
   Na liście nie mogłoby zabraknąć dójki moich ulubionych pisarzy. Pierwszą z nich poznałam dokładnie rok temu... nie, dwa. Dzięki bibliotece szkolnej. Mowa o "Gildii Magów" a także reszty trylogii "Czarnego Maga" Trudi Canavan. Znowu fantastyka. Znowu moja miłość. Chociaż kocham książki, niezwykle rzadko zdarza mi się czytać więcej niż godzinę dziennie. Te trzy książki łącznie pochłonęłam w tydzień. Zauroczyła mnie magia, ten niezwykły świat przedstawiony i wielka zagadka czarnej magii, nie używanej od wieków. Kolejna pozycja, moim zdaniem, obowiązkowa dla miłośników tego gatunku. Czytałam również inne powieści Trudi Canavan, lecz do "Gildii" mam szczególny sentyment. Poznałam ją jako pierwszą i chyba nadal uważam, że póki co - jest najlepsza.
   Drugim pisarzem, którego książki zajmują mi sporo miejsca jest Haruki Murakami, japoński pisarz. Pisze oryginalnie, a zarazem boleśnie zwyczajnie na swój sposób. Mimo wszystko, jak przysiądę do Jego powieści, to lepiej mi nie przeszkadzać. Pochłaniają mnie sprawy bohaterów, raz błahe, innym razem raczej niezwykłe. Przeczytana w zeszłe wakacje "Norwegian Wood" zawładnęła moją duszą. Czytałam i czytałam, chodziłam do parku, ślęczałam nad kartkami i przewracałam jedna za drugą. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co mnie tak strasznie urzekło. Motyw podróży jest temu autorowi oraz jego fanom dobrze znany. Opisy przyrody, depresyjna dziewczyna, niezależna przyjaciółka, życie studenta. To wszystko ma dla mnie urok. Podobnie jak historie bohaterów drugoplanowych, ich niecodzienność. Tym bardziej się cieszę, gdy widzę nowiutkie książki Murakamiego, które dostałam na święta. Czeka mnie tyle czytania!
  Mogłabym tak wymienić jeszcze z kilka pozycji. Dobrze pomyśleć i opisać następne tytuły - mniej lub bardziej znane. Zdecyduję się na jeden, odstający nieco od pozostałych gatunków. Komedia i romans - tego na moich pułkach jest malutko, ale kto powiedział, że tego nie lubię? Co prawda, najlepszy humor, z jakim się spotkałam w książce należał do "ja, diablica" pani Miszczuk, jednakże jest jeszcze "dedykacja", amerykańskich autorek: McLaughlin & Kraus. Czytałam ją chyba już z trzy razy. Jest lekka, przyjemna. W sam raz na odprężenie przy kubku gorącej herbaty. O ile się nie mylę, książkę tę recenzowałam już na blogu, a jak nie, to pewnie jeszcze to zrobię. Pośmiałam się. Trochę złościłam. Trzymałam kciuki za główną bohaterkę, która stara się uświadomić swojej starej miłości, jak bezdusznym okazał się artystą, jakim chamem i kłamcą. Naprawdę jeszcze się za nią zabiorę. Nie raz.

To tyle. Cóż mogę więcej napisać? Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zajrzeć na bloga, bądź zaufali mojej opinii. Zapraszam też gorąco do śledzenia moich poczynań, ale zwłaszcza do komentowania i polecania swoich top favourites. Lista czytelnicza powinna być zawsze długa!
Yori, autorka bloga.

Miłość Peonii

Teatr jest nieodłączną częścią sztuki, nie tylko współczesnej. Pierwsze scenariusze wystawiano już przecież w Antyku. Ery się zmieniały, lecz sceny pozostały - nie te same, ale stworzone do jednego - do wystawiania sztuki. Nie ważne gdzie, ani kto jest aktorem. Ważne jest przesłanie, a te powinno trafiać do serca.


 Lisa See należy do jednej z najbardziej rozpoznawalnych pisarek, jeśli chodzi o literaturę związaną z Chinami. Jej powieści dobrze się sprzedają i nic dziwnego. To kolejna powieść tej autorki, która bardzo przypadła mi do gustu. Spotkałam się ze znanym mi już w jej stylu opisem, czyli przede wszystkim zachowaniem ponadczasowego ducha Chin.
  Peonia jest młodą dziewczyną, która właśnie wkracza w wiek dorosłości. To wielka chwila dla takich dziewcząt. Wraz z dorosłością nadchodzi bowiem małżeństwo. Z okazji tych urodzin, ojciec Peonii sprasza do ich rezydencji znane osobowości, rodzinę i wystawia sztukę o tytule Pawilon Peonii. Jest to historia bardzo popularna, opowiadająca o miłości między wykształconym Liu Mengmei a piękną, wrażliwą Du Liniang. Sztuka ta stała się inspiracją dla Lisy See, nic więc dziwnego, że odgrywa w powieści tak ważną rolę. Jest ona oparciem dla fabuły, powodem, dla którego wzruszona Peonia opuszcza swoje miejsce za parawanem i udaje się na spacer. W jednym z pawilonów spotyka młodego mężczyznę. Rozmawiają. Między nimi rodzi się uczucie, którego niestety nie będą mogli w sobie rozbudzić, choćby serce rwało się ku temu nie wiadomo jak. Peonia musi niebawem wyjść za mąż, za mężczyznę, którego nie zna i nie chce poznać. Szaleje z rozpaczy, rozmyśla o swoim poecie spotkanym w ogrodzie. Odmawia jedzenia. Jej jedynym zajęciem staje się zalewanie papieru swoimi uczuciami oraz rozszyfrowywanie ukochanego Pawilonu Peonii.
   W tamtym czasie, w Chinach narodził się raczej niezdrowy, albo wręcz zatrważający trend dziewcząt umierających z miłości. To kolejna inspiracja, którą wykorzystała w swej powieści Lisa See. Zatem Miłość Peonii nie jest tylko mdłą opowiastką o niespełnionej miłości. W jej kartkach skrywają się najróżniejsze emocje, które szarpały moim sercem. Zmuszały do płaczu, śmiechu, wzruszenia. Książka z całą pewnością jest emocjonująca. Oto trzy Chinki poślubione jednemu mężczyźnie nie mogą zaznać szczęścia. Jedna po drugiej, marnieją w oczach, aż pierwsza (już po śmierci) postanawia pomóc trzeciej osiągnąć szczęście. Ucząc się na poprzednich błędach, wreszcie może uszczęśliwić swojego męża.
  Czytając to nieco rozległe streszczenie, łatwo można dojść do wniosku, iż Miłość Peonii naprawdę przypadła mi do gustu. Nie chodzi wyłącznie o tą emocjonalną stronę, czy powiązanie z kulturą dalekowschodnią, która jest bliska mojemu sercu. Peonia jest kobietą, jak każda inna kobieta. Pragnie ciepła mężczyzny, jego miłości i chce go uszczęśliwiać. Pech sprawia, że nie jest jej to dane, a ona zachowuje się jak zwyczajna kobieta: cierpi. Poza tym, jest niezwykle odważna. Wyraża swoje zdanie o miłości, chociaż jako pannie jej to nie przystoi. Zajmuje się poezją, podczas gdy tradycjonaliści pragną znów zamknąć kobiety za murami domów. To walka nie tylko o jej uczucia, lecz społeczność kobiet. Książka ta niesie w sobie bardzo ciekawe przesłania, a te trafiają prosto w serce. 
   Bardzo mile wspominam powieści Lisy See i żałuję, iż autorka ta ma ich tak niewiele. Podobnie jak Anchee Min, zajmuje na moich pułkach poświęconych Azji honorowe miejsce. Miłość Peonii mogę polecić każdej z nas. Miejscami może wydawać się niezrozumiała (niestety), ponieważ opisane są tam zaświaty wywodzące się z buddyzmu. Warto więc najpierw nieco poczytać o chińskich wierzeniach przechodzenia na drugą stronę, a powieść okaże się mniej skomplikowana (choć autorka stara się czytelnie opisywać zaświaty i zgrabnie tłumaczy cel niektórych zabiegów). Pewnie jeszcze kiedyś wrócę do tej książki. Na razie wiem jedno - bardzo zaostrzyła mój apetyt na poznanie Pawilonu Peonii oraz przeżycia na własnej skórze tej pierwszej miłości. Mam to szczęście, że jest ona dopiero przede mną.


Tytuł oryginału : Peony in Love
Autorka : Lisa See
Wydawnictwo : Świat Książki
Przekład : Anna Dobrzańska-Gadowska
Ilość stron : 390