sobota, 17 czerwca 2017

Dożywocie



   Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia przychodzi do was urzędnik i oznajmia, iż jesteście jedynym krewniakiem nieboszczka, którego kompletnie nie znaliście i w związku z tym otrzymujecie w spadku dom. Bardzo urodziwy, w otoczeniu dzikiej natury. Kto by tak nie chciał? Chata zupełnie za darmo! Problem jednak pojawia się, gdy nowy właściciel – zatem główny bohater tej powieści – dojeżdża na miejsce zapakowany po sam dach swojego tico. Do miasta nie ma po co wracać, zwłaszcza, że kojarzy mu się ze złamanym sercem. Na miejscu bowiem okazuje się, że odziedziczony dom, Lichotka, nie jest byle jakim domem. To najprawdziwszy okaz gotyckiej architektury z uroczą wieżyczką i… ciekawymi współlokatorami.
   Moją uwagę przykuła przede wszystkim okładka książki. Wydawała się taka oryginalna pośród nudnych ilustracji mnóstwa innych powieści. Wzięłam ją w ręce, odwróciłam, przeczytałam opis i chyba już wtedy zakochałam się w Dożywociu. Co prawda nazwisko autorki nic mi nie mówiło, ale teraz będę je kojarzyła ze świetnym stylem pisania, z jakim jeszcze się nie spotkałam. Są wspaniałe opisy, jest niezwykła składania i poetyckość… A nade wszystko – komedia.
   Konrad Romańczuk mógłby spokojnie konkurować z bohaterami powieści o wampirach. Blady, przystojny, noszący się na czarno, ale jest pewina różnica. Jest kompletnym mieszczuchem, w dodatku zupełnie wyżartym przez cynizm i ironię. Kiedy wkracza do Lichotki, jest po prostu wstrząśnięty. Jakoś przeżyłby lichy stan tego gotyckiego domiszcza. Wystarczyłoby wyremontować i upchnąć komuś w sprzedaży. Niestety, to nie będzie takie łatwe. Wraz z domem, Konrad dostaje w gratisie kilkoro nadprzyrodzonych współlokatorów. Pierwszym i najważniejszym chyba jest przeuroczy aniołek hasający bez spodenek, ale za to w różowych bamboszkach (uczulony na własne pierze). W piwnicy pomieszkuje mroczny potwór o ośmiu mackach, ze zdolnościami wypiekania pysznych ciasteczek i domowych obiadków. Pewna kotka bardzo lubi drapać i wspinać się po ludziach, natomiast miano upierdliwca zdobywa Szczęsny, czyli cielesne widmo samobójcy oraz niespełnionego poety. Ach, jakby tego było mało, w stawie (ewentualnie wannie) chlapią się utopce, a domowa przytulanka to zabójczy królik w równie zabójczym kolorze.
   Szybko się okazuje, że życie z taką różnorodnością istot nie jest niemożliwe, ale na pewno do łatwych nie należy. Konrad tylko myśli, jakby to zwiać do miasta, albo przynajmniej pozbyć się Szczęsnego. Całe szczęście, Lichotka zdobywa również jego serce i tak oto nasz bohater akceptuje swoje dożywocie na w nowo nabytej chałupie.
   Po kilku pierwszych kartkach nie byłam przekonana do tej książki. Zaczęła się co najmniej dziwnie, jakoś tak śmiesznie – ale na razie nie w pozytywnym sensie. Byłam skłonna zamienić ją na inną, również czekającą w kolejce powieść. Zanim jednak to się stało, zrozumiałam, że jest po prostu śmiesznie i tak oto wciągnęłam się bez reszty. Jeśli miałam zły humor, Dożywocie było moją gwarancją na jego poprawę. Humor jest niewymuszony, przeplata się z randomowymi tekstami oraz zadziwiającą pomysłowością autorki, Marty Kisiel. Poza zabawną narracją, czy dialogami, sami bohaterowie stanowią osobną komedię, podobnie jak przydarzające się im wypadki.
   Fabuła nie ciągnie się jak krew z nosa, ale też nie rwie do przodu i nie rzuca na zakrętach. Czasami zaskakuje, może wzruszy raz czy dwa. Odniosłam raczej wrażenie, że wszystko jest tłem pod naszych uroczych bohaterów. Zarówno tych głównych, jak i tych przewijających się między rozdziałami. Nie psuje to jednak przyjemności z czytania. Powiedziałabym – wręcz przeciwnie. Dzięki temu powieść szybko się czyta, wiele zapamiętuje i raczej wolno zapomina. Sama autorka miała chyba ubaw po pachy przy tworzeniu swojego dzieła.
   W książce znalazłam ilustracje, za które odpowiedzialna jest Elwira Pawlikowska (podobnie jak za okładkę). Są karykaturalne, idealnie odnoszą się do atmosfery całej powieści. Książeczka jest zatem schludna i bardzo przyjemnie się ją czyta. Zawsze miałam dobre zdanie o Uroboros.
   Jak mogłabym to wszystko podsumować? Szczerze, to nie bardzo wiem. Jedyne, co mogę zrobić, to polecić tę książkę. Już zaczęłam to robić, dokładnie to moim znajomym. Dobrze się bawiłam podczas lektury, a już dawno zapomniałam co to znaczy. Książki nie służą wyłącznie temu, by kształtować wyobraźnię, uczyć ortografii itd., itp. Prawdziwy mól książkowy powie, że przy książce po prostu dobrze się bawi. Dożywocie jest tego najlepszym przykładem. Wiem, że pobiegnę po drugą część, bo ostatnio widziałam ją w Empiku. Mam nadzieję, że nikt jej jeszcze nie wykupił!



Tytuł : Dożywocie
Autorka : Marta Kisiel
Wydawnictwo : UROBOROS
Ilustracje :  Elwira Pawlikowska
Ilość stron : 347

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz