Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia
przychodzi do was urzędnik i oznajmia, iż jesteście jedynym krewniakiem nieboszczka, którego kompletnie nie znaliście i w związku z tym otrzymujecie w
spadku dom. Bardzo urodziwy, w otoczeniu dzikiej natury. Kto by tak nie chciał?
Chata zupełnie za darmo! Problem jednak pojawia się, gdy nowy właściciel –
zatem główny bohater tej powieści – dojeżdża na miejsce zapakowany po sam dach
swojego tico. Do miasta nie ma po co wracać, zwłaszcza, że kojarzy mu się ze
złamanym sercem. Na miejscu bowiem okazuje się, że odziedziczony dom, Lichotka,
nie jest byle jakim domem. To najprawdziwszy okaz gotyckiej architektury z
uroczą wieżyczką i… ciekawymi współlokatorami.
Moją uwagę przykuła przede
wszystkim okładka książki. Wydawała się taka oryginalna pośród nudnych
ilustracji mnóstwa innych powieści. Wzięłam ją w ręce, odwróciłam, przeczytałam
opis i chyba już wtedy zakochałam się w Dożywociu. Co prawda nazwisko autorki
nic mi nie mówiło, ale teraz będę je kojarzyła ze świetnym stylem pisania,
z jakim jeszcze się nie spotkałam. Są wspaniałe opisy, jest niezwykła składania
i poetyckość… A nade wszystko – komedia.
Konrad Romańczuk mógłby spokojnie
konkurować z bohaterami powieści o wampirach. Blady, przystojny, noszący się na
czarno, ale jest pewina różnica. Jest kompletnym mieszczuchem, w dodatku zupełnie
wyżartym przez cynizm i ironię. Kiedy wkracza do Lichotki, jest po prostu
wstrząśnięty. Jakoś przeżyłby lichy stan tego gotyckiego domiszcza.
Wystarczyłoby wyremontować i upchnąć komuś w sprzedaży. Niestety, to nie będzie
takie łatwe. Wraz z domem, Konrad dostaje w gratisie kilkoro nadprzyrodzonych współlokatorów.
Pierwszym i najważniejszym chyba jest przeuroczy aniołek hasający bez spodenek,
ale za to w różowych bamboszkach (uczulony na własne pierze). W piwnicy pomieszkuje
mroczny potwór o ośmiu mackach, ze zdolnościami wypiekania pysznych ciasteczek
i domowych obiadków. Pewna kotka bardzo lubi drapać i wspinać się po ludziach, natomiast
miano upierdliwca zdobywa Szczęsny, czyli cielesne widmo samobójcy oraz niespełnionego
poety. Ach, jakby tego było mało, w stawie (ewentualnie wannie) chlapią się
utopce, a domowa przytulanka to zabójczy królik w równie zabójczym kolorze.
Szybko się okazuje, że życie z
taką różnorodnością istot nie jest niemożliwe, ale na pewno do łatwych nie należy. Konrad tylko
myśli, jakby to zwiać do miasta, albo przynajmniej pozbyć się Szczęsnego. Całe
szczęście, Lichotka zdobywa również jego serce i tak oto nasz bohater akceptuje swoje dożywocie na w nowo nabytej chałupie.
Po kilku pierwszych kartkach nie
byłam przekonana do tej książki. Zaczęła się co najmniej dziwnie, jakoś tak
śmiesznie – ale na razie nie w pozytywnym sensie. Byłam skłonna zamienić ją na
inną, również czekającą w kolejce powieść. Zanim jednak to się stało,
zrozumiałam, że jest po prostu śmiesznie i tak oto wciągnęłam się bez reszty.
Jeśli miałam zły humor, Dożywocie było moją gwarancją na jego poprawę. Humor
jest niewymuszony, przeplata się z randomowymi tekstami oraz zadziwiającą
pomysłowością autorki, Marty Kisiel. Poza zabawną narracją, czy dialogami, sami bohaterowie
stanowią osobną komedię, podobnie jak przydarzające się im wypadki.
Fabuła nie ciągnie się jak krew z
nosa, ale też nie rwie do przodu i nie rzuca na zakrętach. Czasami zaskakuje, może wzruszy
raz czy dwa. Odniosłam raczej wrażenie, że wszystko jest tłem pod naszych
uroczych bohaterów. Zarówno tych głównych, jak i tych przewijających się między
rozdziałami. Nie psuje to jednak przyjemności z czytania. Powiedziałabym –
wręcz przeciwnie. Dzięki temu powieść szybko się czyta, wiele zapamiętuje i
raczej wolno zapomina. Sama autorka miała chyba ubaw po pachy przy tworzeniu
swojego dzieła.
W książce znalazłam ilustracje,
za które odpowiedzialna jest Elwira Pawlikowska (podobnie jak za okładkę). Są
karykaturalne, idealnie odnoszą się do atmosfery całej powieści. Książeczka
jest zatem schludna i bardzo przyjemnie się ją czyta. Zawsze miałam dobre
zdanie o Uroboros.
Jak mogłabym to wszystko
podsumować? Szczerze, to nie bardzo wiem. Jedyne, co mogę zrobić, to polecić tę
książkę. Już zaczęłam to robić, dokładnie to moim znajomym. Dobrze się bawiłam
podczas lektury, a już dawno zapomniałam co to znaczy. Książki nie służą
wyłącznie temu, by kształtować wyobraźnię, uczyć ortografii itd., itp.
Prawdziwy mól książkowy powie, że przy książce po prostu dobrze się
bawi. Dożywocie jest tego najlepszym przykładem. Wiem, że pobiegnę po drugą
część, bo ostatnio widziałam ją w Empiku. Mam nadzieję, że nikt jej jeszcze nie
wykupił!
Tytuł : Dożywocie
Autorka : Marta Kisiel
Wydawnictwo : UROBOROS
Ilustracje : Elwira Pawlikowska
Ilość stron : 347

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz