sobota, 11 maja 2019

Zielona Mila

Nigdy nie byłam dobra w recenzowaniu powieści, które bardzo mi się spodobały. Przy złych odczuciach jestem w stanie przelać je na papier (tudzież dokument tekstowy) i jeszcze skrupulatnie ocenić, czemu były złe i dlatego mi się nie spodobały. Dobre książki, które w dodatku zapadają w serce, szarpią moimi uczuciami, zawsze skłaniają do subiektywnej oceny. Na wielu mogłabym przylepić łatkę wspaniałych i odłożyć na półkę "zasłużonych" bez większego zastanowienia. Przy Zielonej Mili coś sprawiło, że zanim to uczyniłam, zatrzymałam się i dogłębnie zastanowiłam. 



Mały olbrzym i wielki klawisz. Paul Edgecombe jest głównym klawiszem w Cold Mountain, więzieniu, gdzie skazańcy czekają na swój wyrok śmierci. Jest człowiekiem opanowanym, stanowczym i poważnie podchodzącym do swoich obowiązków. Ma wspaniałą żonę oraz dorosłe dzieci. Od lat pracuje z trójką strażników, którym ufa i których mógłby nazwać przyjaciółmi. Ich spokój mąci dopiero Percy Wetmore, nowy strażnik przeniesiony do Cold Mountain dzięki swoim koneksjom. To jednak nie koniec kłopotów; wydawać by się mogło, iż infantylny i brutalny strażnik jest zapowiedzią następnych nieszczęśliwych przygód Paula.     Przez blok E przewijają się różni skazańcy: opanowani i ułożeni, furiaci i wariaci, ale łączy ich jedno – za swoje winy wszyscy zasiądą na krześle elektrycznym, pieszczotliwie nazywanym przez strażników Starą Iskrówą. Podczas opowieści Paula, w roku trzydziestym drugim, między więźniami pojawił się Francuz z tresowaną myszą, Indianin żyjący przeszłością, nieobliczalny Billy Kid i wreszcie ogromny czarnoskóry mężczyzna. Tak ogromny, że jego nogi w połowie zwisały z pryczy, a dłonie wyglądały jak bochenki chleba. John Coffey został skazany za bestialski gwałt i morderstwo dwóch dziewczynek. Ten sam morderca boi się jednak ciemności, a jego oczy nieustannie są zaczerwienione od płaczu. Szybko się okazuje, że Coffey posiada również nadnaturalne zdolności, z których korzysta tylko po to, by ratować ludzi. Nic zatem dziwnego, że Paul w pewnym momencie przestaje wierzyć w winę John’a.

Przedstawienie pełne nienawiści. Fabuła jest obszerna. Została przedstawiona jako opowieść Paula pisana przez niego w domu starości, ale trudno nie zauważyć dużego wkładu w postaci drugoplanowe. On i jego zaufani ludzie wolą spokój i szanują ostatnie miesiące życia skazańców. Wszystko komplikuje się po pojawieniu się Percy’ego oraz młodocianego przestępcy schwytanego na rozbojach, Williama (wspomnianego wyżej Billy Kid’a). Oboje są podłymi, nieobliczalnymi ludźmi. Podczas lektury czytelnik zastanawia się, jakim cudem Percy nie siedzi jeszcze w jednej z cel. Jednocześnie Paul jest człowiekiem pełnym empatii. Wysłuchuje opowieści skazańców, pociesza ich rozmową i wreszcie decyduje się na szalony pomysł, który miałby uratować żonę jego przyjaciela przed śmiercią. Następnie udaje się na egzekucję przed publiką składającą się z ludzi, którzy szczerze nienawidzą zasiadającego na krześle delikwenta. Właśnie dlatego Zielona Mila przeplata ze sobą skrajne emocje. Jest poruszająca i zarazem frustrująca, bowiem wyraźnie wskazuje na społeczne niesprawiedliwości.

Smażę się jak indyk w brytfannie. Nie znam twórczości Stephena Kinga na tyle dobrze, by móc się wypowiedzieć, jak Zielona Mila prezentuje się na tle innych powieści. Jest jednak nazywany królem horroru i słyszałam wiele pochlebnych opinii o jego twórczości. Po przeczytaniu opowieści o Zielonej Mili, która nie jest horrorem, mogę śmiało powiedzieć - King stworzył powieść mimo wszystko wywołującą gęsią skórkę. Fabuła została owiana nutką magii, towarzyszy nam atmosfera tajemniczości. Zadziwiające są postacie samego John’a, ale również tresowanej myszki – Pana Dzwoneczka, który jak na polną mysz zdaje się być zaskakująco rezolutny. Odniosłam wrażenie, że temu wszystkiemu przyświeca jakaś wyższa idea. Autor pozostawił wiele miejsca dla samego czytelnika. Na jego odczucia oraz własne domysły. Jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie zakończenie, które zdecydowanie należy do jednego z najlepszych, jakie miałam okazję przeczytać. Poruszyła mnie bezsilność dobrych ludzi w obliczu zła.

Między filmem a książką. Na koniec chciałabym odnieść się do tego, co wszyscy znamy. Bardzo rzadko spotykam ekranizacje lepsze od pierwowzoru i podchodzę do nich nadzwyczaj sceptycznie. Zawsze staram się najpierw przeczytać książkę, dopiero potem oglądnąć film na jej podstawie. Tym razem było odwrotnie, ponieważ o książce dowiedziałam się dopiero niedawno. Już wcześniej Zielona Mila należała do moich ulubionych filmów i chciałam koniecznie skonfrontować oba dzieła. Powieść mnie nie rozczarowała. Czytałam jednym tchem, często wracałam do niej myślami. Jednakże spisana opowieść Paula nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia jak film. Ekranizacja odznacza się fantastyczną grą Tom’a Hanks’a oraz Michael'a Clarke’a Duncan'a. Hanks zagrał głównego bohatera dokładnie tak, jak sobie go wyobrażałam. Wydaje mi się, że to dzieło jest tak specyficzne, że dopiero film oddaje jego prawdziwy klimat. Dosłownie przedstawia brutalność i przykrość sceny, na której musieli wystąpić strażnicy z Cold Mountain. Zabrakło mu tylko jednej rzeczy, natomiast w książce okazała się być ona kluczowa. Powieść jest głęboka. Słowami przekazuje głębię bólu istnienia człowieka wystawionego na Zło. Zmusza do refleksji i wzrusza.

Podsumowując  
cały wywód, proponowałabym wszystkim zainteresowanym, aby sięgnęli po powieść. Film jest naprawdę dobry i nie bez powodu zajmuje tak wysokie listy top. Mimo to powieść ukazuje spojrzenie czysto subiektywne. Zawarte są w niej pewne szczegóły, których zabrakło w filmie. Są mistrzowskie opisy, świetna narracja. Książka nie jest jednak przygnębiająca, jak na tak ciężką tematykę. Występują w niej elementy humorystyczne. Cała historia poprzeplatana jest teraźniejszością Paula i jego problemami człowieka starego. Te urywki zgrabnie łączą przeszłość w jedną całość.  Czytanie Zielonej Mili było dobrą zabawą i cieszę się, że mogłam skonfrontować ją z ekranizacją. To z pewnością jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam.


Tytuł oryginału : The Green Mile
Autor : Stephen King
Przekład : Andrzej Szulc
Wydawnictwo :  Albatros
Rok wydania : 2012 (wydanie XXVI)
Ilość stron : 415

poniedziałek, 24 września 2018

Przeklęty dom / Bal umarłych dziewczyn (Wampiry z Morganville)

Po niespełna dziesięciomiesięcznej przerwie, wreszcie zdobyłam się na napisanie nowej recenzji. Wracam trochę odmieniona i z całkiem nowym zapałem. Zaczynam więc od powieści, do której powróciłam po latach... czas tak szybko mija! Nim się spostrzegłam, minęło dobre siedem (albo więcej) lat, kiedy ostatni raz czytałam serię Wampiry z Morganville i teraz mogę spojrzeć na nią z innej strony. Osoby, która przeczytała w życiu niejedno.


To był okres, kiedy po ogromnym sukcesie Zmierzchu, na rynek wydawniczy posypały się lektury krążące wokół tematyki fantasy, zwłaszcza wampirów. Wiele z nich także trafiło na listy bestsellerów, w tym właśnie opowieść o niespełna siedemnastoletniej Claire Danvers. Pierwsza księga, w której skład wchodzi Przeklęty domi oraz Bal umarłych dziewczyn, ma całkiem niezłe opinie i nie najgorszą ocenę. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to powieść młodzieżowa, a te albo się lubi, albo omija z daleka.
   Książka jest zarazem oryginalna i oklepana schematami. Główna bohaterka właśnie rozpoczęła naukę na uniwersytecie na samym końcu świata, gdzieś w spalonym słońcem Teksasie. Tam przez przypadek ośmiesza jedną z najładniejszych i najbardziej seksownych dziewczyn, a ta postarała się, by zemsta była długa i słodka. Prześladowana przez nią oraz jej świtę, Claire decyduje się zamieszkać poza kampusem (wbrew zasadom ustalonym przez jej rodziców). Odnajduje ofertę wynajęcia pokoju w domu Glassów, z trójką przyjaciół znających się od lat, rodowitych mieszkańców Morganville. Szybko się okazuje, że miastem rządzą nieumarli i chociaż trudno jest w to uwierzyć, ciąg złych zdarzeń rzuci Claire w sam środek skomplikowanej polityki prowadzonej przez wampiry. Nie minie wiele czasu, gdy będzie musiała walczyć o przetrwanie.
   Z miejsca polubiłam Claire. Nie rzuca się w bezsensowną walkę, jest rozsądna i jeśli już wpakuje się w tarapaty, robi to ze względu na swoich przyjaciół (których trzeba ratować z różnych opresji). Lubi się uczyć, jest świetna z fizyki i chemii. Z początku nieporadna, trochę płaczliwa, wraz z rozwojem fabuły staje się odważniejsza, pełna werwy. To miły dla oka rozwój postaci. Dziewczyna mieszka w domu z dwójką przystojniaków i zwariowaną gotką Eve. Szybko nawiązują przyjaźń, bowiem okazuje się, że w mieście rządzonym przez wampiry oraz ich apetyt na krew, Claire może liczyć wyłącznie na nich... a oni na nią.
   Samo przedstawienie wampirów jest bardzo realistyczne. Nie ma żadnych wegetarian żywiących się zwierzęcą krwią. Nie ma błysku złota w słońcu, ani nadprzeciętnej urody przeznaczonej nieśmiertelnym. Wampiry nawet nie chcą zadawać się z ludźmi, którzy są pionkami w ich grze, albo zwyczajnym obiadem. Powrót w korzenie Draculi to ciekawsze tło od wyidealizowanego obrazu Cullenów (z całym szacunkiem dla Zmierzchu). Claire musi zrozumieć, że Morganville rządzą zasady stworzone przez nieumarłych i każde wykroczenie jest karane nie grzywną, czy więzieniem. Każdy mieszkaniec walczy o życie. Tak się jednak składa, że dla zwykłej studentki (w dodatku tak mądrej) wcale nie jest to łatwe. Okazuje się bowiem, iż wampiry to wyłącznie jedno ze zmartwień. Ludzie potrafią być tak samo niebezpieczni i nie wiadomo, komu można zaufać.
   Podoba mi się, w jaki sposób powieść została napisana. Autorka używa języka potocznego, często wplatając nutkę humoru. Mało tego, cały czas coś się dzieje. Nie pozwala odpocząć swoim bohaterom, ciągle rzuca ich do worka wraz z całą masą kłopotów. Są wątki pełne akcji, pościgów oraz szalonej ucieczki nocnymi ulicami. Atmosfera w domu Glassów jest przyjazna i ciepła, wątek Claire i Shane'a wnosi też nieco romantyzmu. To sprawia, że doskonale się bawiłam przy czytaniu, często trudno było mi oderwać się od kontynuacji. Z pewnością, jest to jedna z lepszych powieści młodzieżowych, jakie przyszło mi poznać. Zakończenie czytałam z zapartym tchem.
   Wampiry z Morganville to doskonała rozrywka, ale nie wniosła do mojej głowy niczego nowego. To powieść z rodzaju tych, które uwielbiają młode dziewczęta szukające pożywki dla swojej wyobraźni. Osoby, które nie przepadają za powieściami młodzieżowymi, nie mają tu czego szukać. Prawdopodobnie nie znajdą w tej książce niczego porywającego, a grozę Morganville określą jako bajkę dla dzieci. Z biegiem czasu, sama muszę przyznać, że niektóre akcje są nieco wyolbrzymione, a opisy postaci zaskakująco proste. Sami bohaterowie bywają mało interesujący w chwilach, gdy akurat nikt nie próbuje ich ugryźć, ani przekupić na swoją stronę. Ich decyzje stają się przewidywalne.
   Rozczarowało mnie także polskie wydanie. Nie czytałam oryginału, ale odniosłam wrażenie, że polska wersja nie przeszła żadnej korekty. W książce jest wiele literówek, albo niektórych liter w ogóle brakuje. Jakby tego było mało, kilka razy doczytałam się źle odmienionych wyrazów albo nielogicznie złożonych zdań. Mam mało książek z wydawnictwa Amber, więc nie mogę odnieść się do innych wydanych przez nich powieści, ale są to błędy rażące w oczy, które naprawdę bardzo rzadko zdarza mi się spotkać. Nie wspominając o okładkach, które wyglądają po prostu... tandetnie.
   Zaskoczyła mnie jeszcze jedna rzecz. Chcąc znaleźć kontynuację (mam kilka książek z tej serii, lecz brakuje mi drugiej księgi), nie mogę jej już nigdzie znaleźć. Przeszukałam wiele księgarni, w tym także online, ale dostępne są wyłącznie ostatnie części. Całe szczęście, istnieje jeszcze Allegro.

Podsumowanie będzie proste. Polecam Wampiry z Morganville. To bardzo przyjemna, nieskomplikowana lektura. Jest humor, trochę melodramatu i horroru. Znajdą się wątki pełne akcji, te przyjemne dotyczące ciepła przyjaźni, a także te romantyczne. Jeśli nie ma wielkich wymagań, to idealny pomysł na spędzenie coraz dłuższych wieczorów i - jeśli mam być szczera - chyba najlepsza książka o wampirach, jakie przeczytałam. Z pewnością jest warto poznać ją bliżej.



Tytuł oryginału : Glass Houses ; Dead Girls' Dance
Autorka : Rachel Caine
Wydawnictwo : Amber
Przekład : Edyta Jaczewska
Ilość stron : 511

sobota, 23 grudnia 2017

Pax

Już od bardzo dawna nie napisałam żadnej recenzji. Zdarzyło się sporo, przez co brakowało mi czasu, ale również chęci do pisania. Teraz, kiedy już wróciłam, zabieram się za to z nowym zapałem oraz... książką dla dzieci.


Pax to moja spontaniczna decyzja. Zauroczył mnie nie tylko prosty i jakże krótki tytuł, ale także fantastyczna okładka. Należę do osób, dla których strona wizualna książki jest niemalże tak ważna jak sama fabuła. Nie znaczy to, że ocenię ją właśnie w ten sposób. Pragnę jedynie zwrócić uwagę na klimatyczne ilustracje oraz niezwykłą postać tytułowego bohatera, który jest... lisem.
   Powieść opowiedziana jest z dwóch perspektyw: lisiej i ludzkiej. Pax jest bowiem młodym liskiem, udomowionym przez dwunastoletniego Petera. Tworzą niezwykłą parę przyjaciół, bardzo sobie bliskich. Na przeszkodzie staje im zbliżająca się wojna. Ojciec Petera decyduje się wstąpić do armii i odsyła chłopca do domu dziadka. Zanim to się jednak stanie, nakazuje synowi pozostawić lisiego przyjaciela w lesie. Peter robi to z ciężkim sercem. Nie potrafi sobie wybaczyć tej oczywistej zdrady i niedługo po dotarciu do domu dziadka, ucieka stamtąd w poszukiwaniu Pax'a.
   Książka jest piękna i nie można temu zaprzeczyć. Pax to mądre, rezolutne zwierzątko, co nie zmienia faktu, że jest udomowiony. O życiu w lesie wie tak naprawdę niewiele, a właściwie nic. Nie umie polować, spać na zewnątrz, w dodatku śmierdzi ludźmi. Nic dziwnego, że inne lisy biorą go za zagrożenie. Peter natomiast jest młodym człowiekiem, który po stracie ukochanej matki zdany jest na trudnego ojca. Najważniejsze w życiu chłopaka, to nie upodobnić się do agresywnego rodzica, więc dusi w sobie wszystkie emocje. Walka z nimi nie zawsze bywa łatwa. Do tego dodajmy sympatyczną, ale tajemniczą postać Voli - kobiety, która samotnie żyje w lesie tworząc niezwykłe kukiełki. Powieść nosi w sobie także sporą dozę życiowych rozmyślań, opisuje zdradliwy charakter wojny i ludzi. Wszystko to podane nam jest w prostej, nieskomplikowanej formie. 
    Ostatnie zdanie jest jednocześnie zaletą i wadą. Dla osoby, która spodziewała się po tej książce naprawdę sporo (a to za sprawą komentarza porównującego Pax'a do Małego Księcia), czyli mnie - okazała się być rozczarowaniem. Mały Książę to lektura, której nie da się przebić. Jest głęboka, ukrytych prawd należy się domyślić, w dodatku nie ważne kiedy, pozostaną aktualne. Pax przede wszystkim skupia się na wojnie i zniszczeniu, jakie ze sobą niesie. Zawsze istnieje zagrożenie konfliktem, ponad to wojny cały czas trawą. Vola to doskonały przykład "człowieka zarażonego wojną", choć zrezygnowała ze służby. Nie twierdzę zatem, że to niedzisiejszy temat, jednak Pax ma o wiele większy potencjał. Być może jednak spodziewam się za wiele? 
   To książka przeznaczona również dla dzieci i gdybym miała oceniać ją pod tym względem, dałabym 5 na 5 gwiazdek. Dzikość Pax'a, trudny charakter Petera, ich lojalność względem siebie. Poczucie zdrady. Kukiełki Voli, jej historia. Postać ojca Petera, jego matki. Powieść ma sporo interesujących wątków, a dzięki dużej czcionce czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma tam skomplikowanych słów, ani pojęć rodem ze słownika, mimo to historia Pax'a i Petera została opowiedziana w perfekcyjny sposób! 
    Podobało mi się, jak autorka opisała świat z lisiej perspektywy oraz w jaki sposób lisy komunikowały się między sobą. Choć ich ożywiła, nadałam im ludzkie cechy, jednocześnie pozostały dzikie i zwierzęce. Dlatego właśnie z czystym sercem mogę napisać, że Pax to kawał dobrej roboty. Mogę go polecić każdemu, nie ważne w jakim wieku. Warto ją przeczytać, a nie kosztuje zbyt wiele jak na dzisiejsze standardy książek. Być może zauroczy was przyjazna okładka, a być może jednak wzruszy fabuła. Czy Peter wreszcie odnajdzie swojego liska, którego tak niechybnie porzucił w lesie? Czy pomimo złamanej stopy, uda mu się dotrzeć do domu? Te pytania nurtują do samego końca. Nie zdradzę na nie odpowiedzi. Dowiedzcie się sami.


Autorka : Sara Pennypacker
Ilustracje : John Klassen
Przekład : Dorota Dziewońska
Wydawnictwo : IUVI
Ilość stron : 288

wtorek, 22 sierpnia 2017

Młody samuraj



Japonia ma długą, dość burzliwą historię. Był taki okres, kiedy całkowicie odizolowała się od innych państw, zamykając swoje granice, ale wpierw Japończycy wygonili lub zabili innych obcokrajowców. Wszystko to dla dobra polityki i można by spisywać „za” i „przeciw” na kilka stron, jednak dla naszego bohatera stanowiło to wyjątkową przeszkodę w powrocie do domu.


   Zacznijmy od początku. Jack Fletcher to kilkunastoletni chłopak, który przypływa do Japonii po dwóch latach spędzonych na statku wraz z ukochanym ojcem nawigatorem, kapitanem i resztą załogi. Pech chciał, że uszkadzają statek na mieliźnie. Teraz muszą go naprawić, by móc płynąć dalej… Niestety, to nie koniec nieszczęścia. Pewnej nocy statek napadają zamaskowani zabójcy. Jack jest świadkiem, jak ninja zabija jego ojca dla pewnego dziennika, w którym zapisane są mapy oceanów świata. Chłopak jest dzielny, jakoś udaje mu się przeżyć i trafia pod skrzydła jednego z samurajów – Masamoto Takeshi’ego.
   Dzisiaj samuraj kojarzy się nam z japońskim wojownikiem, bardzo honorowym, o surowej twarzy i wygolonej głowie. Ten obraz nie różni się szczególnie od pierwowzoru. Jack szybko się przekonuje, że ci niebezpieczni mężczyźni (i kobiety) poza tym, że znakomicie walczą, to trzymają się sztywnych reguł. Masamoto decyduje się zaadoptować Anglika, ale chce go widzieć w swojej samurajskiej szkole Niten Ichi Ryuu. Przed Jack’iem trudne wyzwanie. Nie dość, że musi nauczyć się japońskiej tradycji, języka oraz mnóstwa zasad dotyczących etyki, to zaczyna treningi, by stać się samurajem. Wyobraźcie sobie, jak trudne to musiało być! Ktokolwiek ma jakąś wiedzę o Japonii, ten wie, że Japończycy naprawdę są sztywni i mają zasady odnoszące się właściwie do wszystkiego, począwszy od kąpieli, poprzez etykę jedzenia, a kończąc nawet na przeprosinach. Jack jest bardzo zagubiony, trudno się temu dziwić. Na szczęście nie musi się obawiać, bo po jego stronie stoją przyjaciele. Pierwszą i najbardziej lojalną przyjaciółką jest Asumi, siostrzenica Masamoto. Dziewczyna poza niezwykłym talentem łucznicznym, jest piękna i taktowna, zawsze spieszy Jack’owi z pomocą. Chłopak poznaje także Saburo z zabójczym apetytem, drobnego, ale mądrego przyjaciela Yoriego i wreszcie przybranego brata Yamato.
   Wcześniej wspomniałam o ciężkich czasach dla obcokrajowców. Są oni coraz mniej chętnie widziani w Japonii, więc Jack mimowolnie sprowadza na siebie uwagę innych, ale też sporo kłopotów. Zdradzają go blond włosy i błękitne oczy, a morderca jego ojca, Smocze Oko, ciągle poszukuje wartościowego dziennika. Jack od początku rozumiał, że trening samuraja przygotuje go na ponowne spotkanie z wrogiem. Niestety, nauki nie ułatwia mu szkolny rywal Kazuki, który przy każdej okazji stara się utrudnić mu życie wraz ze zgrają swoich kolegów. Nie ważne, czy to początek nauki, czy przygotowanie do starożytnego rytuału mającego wyłonić najlepszych uczniów. Chłopcy ścierają się ze sobą nawet podczas wojny…
   "Młody samuraj" to nie tylko trzy powieści, ponieważ wydawane są następne tomy, o dalszych przygodach Jack’a Fletcher’a, jednak właśnie „Droga wojownika”, „Droga miecza” i wreszcie „Droga smoka” są wstępną trylogią do zapoznania nas z niezwykłymi losami młodego Anglika. To jedna z nielicznych pozycji o Dalekim Wschodzie znajdująca się na półkach literatury młodzieżowej i chyba jedyna tak popularna. Dla tych, którzy szczególnie interesują się Japonią może okazać się fantastyczną przygodą, o ile wezmą na nią lekką poprawkę. Chris Bradford, czyli autor, wykazał się znajomością historii oraz tradycji Japonii, ale jednocześnie dość podkoloryzował to i owo. Możliwe, że dzięki temu czyta się ciekawiej i można rozpisywać porywające walki mieczami. Autor uchwycił też niezły charakter samurajów (nawet jeśli ukazał ich z łagodniejszej strony), którzy powinni być honorowi, uczciwi, prawi.
    Fabuła toczy się przez trzy lata, podczas których Jack staje się samurajem. Powieści są ciekawe, dość wciągające i czasami zabawne. Kupiłam je bardzo dawno temu, mija dobre kilka lat. Czytając je po raz kolejny, nieco się jednak rozczarowałam. Owszem, Japonia jest przedstawiona bez zarzutów. Problem tkwi w samej treści. Główny bohater jest odważny, ale nieco banalny. Bez pomocy przyjaciół o stereotypowych charakterach nie byłby w stanie zdziałać zbyt wiele. Jack za każdym razem pakuje się w kłopoty, chociaż wcale nie powinien tego robić i zawsze daje się sprowokować, choćby najgłupszym zaczepkom. W dodatku wszystkich ratował i okazał się młodzieńcem o wielkim sercu, który pokona wszystko, co stoi na jego drodze. Idylliczne spojrzenie.
   Powyższy komentarz może zniechęcać, lecz książka ma swoje zalety! Pomijając boleśnie bezbarwnych bohaterów, sama fabuła jest ciekawa i pełna zwrotów akcji. Jest jeszcze jedna rzecz, za którą autorowi należą się głośne brawa. Jego wiedza na temat sztuk walki oraz samych opisów starć była całkiem przyjemną pociechą dla oka. Od razu widać, że pan Bradford oglądał sporo filmów akcji (do czego sam się przyznał) i niejedno widział (sam się ucząc). To jest chyba jedna z najmocniejszych stron ten powieści.
   Książkę polecam czytelnikom, którzy lubią Japonię i są na początku drogi poznawania jej. To świetne wprowadzenia w zainteresowanie Dalekim Wschodem. Polecam ją także zainteresowanym tradycjami samurajów, ninja i wschodnim sztukom walki. Polecam ją osobom lubiącym książki przygodowe. Tak jak napisałam, powieść nie jest zła. Ma swoje wady, które na szczęście najbardziej rażą w oczy przy pierwszej części, później jest tylko lepiej… jeśli jednak szukasz czegoś głębokiego i porywającego, możesz sobie spokojnie oszczędzić. Znam lepsze książki związane z Japonią, tyczące się samurajów. Pocieszam się myślą, że zwyczajnie wyrosłam z Młodego Samuraja i dla młodszych czytelników to będzie nie lada gratka.


Tytuł oryginału: Young Samurai
Autor: Chris Bradford
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Przekład: Hanna Pasierska
Ilość tomów: Trzy (trzy pierwsze to „Drogi”; następne, ciągle kontynuowane to „Kręgi”, których nie streściłam w poście).



czwartek, 22 czerwca 2017

dłoń

Odkładam książkę i opieram swoje dłonie o kant stołu. Obie, trochę już opalone, z pomalowanymi paznokciami. Myślę sobie o bohaterze "dłoni" oraz tym, czego został pozbawiony. Nie przez własną głupotę, jak to się nieraz zdarza. Nie wszedł na słup wysokiego napięcia, nie stracił nic w wypadku. Taki się po prostu urodził. Bez prawej dłoni.
  Powieść Michała Dąbrowskiego wywarła na mnie niemałe wrażenie. Przede wszystkim dlatego, że jest to moje pierwsze zetknięcie z człowiekiem - tutaj bohaterem tej książki - kalekim. Po drugie naprawdę podziwiam autora, za odwagę opisania swoich przeżyć, gdyż "dłoń" to niejako jego biografia. Mój światopogląd osoby zdrowej zderza się z jego, jednakże nie jest to chłopak, a następnie mężczyzna, który usiadłby i użalał się nad sobą. Pragnie jedynie, by ludzie nie zwracali uwagi na jego "braki". Dłoń w tej powieści jest symbolem tego, co bohater utracił, ale co jednocześnie cały czas mu towarzyszy. Nie brakuje mu nic, poza samoakceptacją. Długo zajmuje mu dojście do tego, ale wszyscy wiemy, że do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Oczywiście, na drodze do tego stoją mu ludzie, poczynając od samych rodziców, poprzez nadopiekuńczych krewnych i bezlitosnych rówieśników, a kończąc na kobietach oraz bezdusznych pracodawcach. To my - ludzie, którym nic nie brakuje - często stoimy na drodze do samoakceptacji. Inność przyciąga naszą uwagę jak magnez, a w obliczu tego nie wszyscy potrafią się skromnie zachować. Wielu też nie rozumie, że "inni" wcale nie są inni. Są tacy jak my, tyle, że ich dotknęło pewne nieszczęście...
   Narracja przyciąga uwagę, książka z całą pewnością jest emocjonalna. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać. Cokolwiek opisać, co zachęciłoby lub zniechęciło do przeczytania książki. Ani tym bardziej, w jaki jeszcze sposób wyrazić własną opinię. Myślę, że zamiast recenzji, pozostawię po prostu owy komentarz. 


Tytuł : dłoń
Autor : Michał Dąbrowski
Wydawnictwo : wnk
Ilość stron : 202