wtorek, 21 kwietnia 2015

Grim. Dziedzictwo światła

Wampiry w większości kojarzą się nam z krwią, śmiercią, horrorem. Ostatnio również głównie z literaturą młodzieżową, która swego czasu bardzo się na nich wzbogaciła. Wilkołaki to samo - futro, szpony, wilk i wycie do księżyca. Również motyw wykorzystany. Anioły, demony i wróżki, a nawet moje nieszczęśnie ukochane smoki. Wszystko było i przeminęło. Czy bezpowrotnie? Tego nie wiem. Wolałabym jednak, żeby powrotem zalśniły, ale nie tak jak Edward Cullen.
   Fantasy oraz sci-fi to gatunki, które są trudne do napisania. Do tego trzeba mieć wyobraźnię i smykałkę. Nie każdy też się na tym zna, nie każdy lubi (są gusty i guściki, o których się nie dyskutuje). Jednakże wiele książek zwyczajnie mi się przejadło, ponieważ są do siebie podobne. Dlatego zaczęłam szukać czegoś ciekawego, co wreszcie by mnie zainteresowało. Znalazłam - i to nie wśród wampirów - a gargulców. Co to w ogóle jest? Taka figurka na dachach starych budynków (najczęściej tych średniowiecznych), zwyczajny plujek, który wedle wierzeń ma strzec danej katedry. Jednakże w książce Gesy Schwartz Gargulce nocą ożywają. Te kamienne postaci stoją na granicy między Innoświatem a naszym marnym wyobrażeniem rzeczywistości. Jednakże streszczenie pierwszej części znajdziecie tutaj. Ja przejdę dalej, aby zachwycać się ogromem fantazji autorki przelanej w te niecałe 700 stron.
   Tytułowy bohater ma za sobą pokonanie głównego złego z pierwszej części i wraz z Mią tworzą dziwaczną, aczkolwiek wedle mnie uroczą parę. Jakby nie patrzeć (spoiler!) jest w połowie człowiekiem. Wahaniom co do tego nie będzie szybkiego końca, bo którą naturę wybrać, skoro przez stulecia uważało się za Gargulca, nie człowieka? Mia natomiast chce obudzić w niewidomych ludziach poczucie, że magia naprawdę istnieje i wystarczy ją tylko dojrzeć. Przeszkadza jej w tym grupa pradawnych istot zwanych Alfami. Przybywają z otchłani, po czym wskrzeszają Wróżki. Brzmi ciekawie? Wcale tak nie jest, ponieważ chcą one zniszczyć ludzkość. Dlaczego? Bo zatruwamy ich magię.
   Wątek fabularny jest znacznie ciekawszy niż w "Pieczęci ognia", szybciej też wciąga. Chociaż bohaterowie pozostają ci sami, wiele z nich poznajemy bliżej (jak choćby Ostatniego Wojownika Wróżek, który wyparł się swojej rasy, aby pomóc ludziom). Jednocześnie autorka zachowuje typowy dla siebie lekko żartobliwy ton narracji i pełne przygód opisy. Podoba mi się jej skupienie na mitologii innej niż w pierwszej części, w tym przypadku irlandzkiej, którą nieodłącznie powiązuje z dumnymi krasnoludami. Jedyne, co naprawdę wyprowadziło mnie z równowagi, nie należy do wad Gesy Schwartz, a do naszego polskiego wydania. Jakże się zdziwiłam, iż za "Grima" odpowiada Jaguar - jedno z najlepszych polskich wydawnictw młodzieżowych (to oni m.in. wydali "Zwiadowców"). Być może tłumacze spisali się na medal, ale korekta jest tragiczna. Kropki oraz przecinki walają się po książce zupełnie bez sensu, również w środku zdania. Zdarzają się typowe błędy pomylenia literek w wyrazach (zdarzyło się nawet "Grum" - kilka minut zajęło mi odgadnięcie, iż jest to tak naprawdę "Grim"), a tłumaczenie między dwoma panami jest boleśnie wyraźne (w drugiej połowie książki "Alfy" zmieniają się na chwilę w  "Mary"). To bardzo kuje w oczy i zdecydowanie obniża satysfakcję z zakupionej książki, zwłaszcza, że powieść kosztuje nie bagatela 50 zł.
    Mimo tego, do książeczki nie można się przyczepić w żaden sposób. Jeżeli ktoś przeczytał pierwszą część, nie powinno go zdziwić tępo autorki: w krótkim czasie dzieje się naprawdę wiele i czasami można się zaplątać. Wcześniej bardzo mi to przeszkadzało, ale teraz odczuwam wyłącznie podziw za napisanie tak świetnej książki z tak rozległą fabułą na 690 stron. Piękny wyczyn jak na tak młodą osobę. Trzymam kciuki i czekam na kolejną część. Nie ma mowy, żebym ją przegapiła. Dlatego moja ocena to stanowcze 9/10 (minus jeden za polskie wydanie oraz niektóre niedopowiedzenia oczywiste dla podobnych książek).
Yori.

Tytuł oryginału : Grim - Das Erbe des Lichts
Autorka : Gesa Schwartz
Polskie wydanie : Jaguar
Ilość stron : 692

czwartek, 9 kwietnia 2015

Gildia magów

   Jeżeli miałabym przedstawić najdziwniejsze stereotypy panujące pośród czytelników, z którymi na szczęście zetknęłam się wyłącznie w Internecie, z pewnością byłoby to m.in. przekonanie o męskiej wyższości. "Oczywiście", wielu najlepszych pisarzy jest mężczyznami. Natomiast prawda jest taka, iż zawód pisarza przez wiele wieków mogli wyłącznie wykonywać mężczyźni (o ile było to uznawane za zawód). Jak wiadomo, kobiety miały całkiem inne prawa, a ich miejsce było w kuchni przy dzieciach. Stąd pisarzy w naszej historii jest stosunkowo więcej niż pisarek.
    W dzisiejszych czasach, żeby zostać naprawdę dobry, trzeba się wyróżniać - aby nie utonąć wśród innych. Kobiety zdobywały takie swoje szanse, aczkolwiek od sukcesu Stephanie Meyer są kojarzone przede wszystkim z wypisywaniem babskich powieści młodzieżowych. To dość krzywdzące, również dla samej autorki "Zmierzchu" (uwierzcie mi - filmy wszystko zepsuły). Jakby nie patrzeć, mężczyźni piszą dobre romanse (spójrzmy chociaż na Nicholas'a Sparks'a), to czemu kobiety nie mogą pisać genialnych książek fantasy? Generalnie, rzadko kiedy zwracam uwagę na autora, kiedy sięgam po nowe książki. Idąc więc za swoim instynktem, wybrałam powieść, która wydawała mi się walić fantasy na kilometry. I miałam rację. "Gildia magów" okazała się być niezwykła, nie tylko ze względu na upodobany sobie przeze mnie gatunek. 
Fantasy mają to do siebie, że zanim akcja się rozwinie, trzeba przeczytać wstęp. Wbić się w powieść. Tutaj nie było inaczej, chociaż zostało to opisane w fascynujący sposób, na dwa sposoby. Po pierwsze, obserwujemy główną bohaterkę - Soneę, dziewczynę która odnalazła w sobie moc i zaskoczyła wszystkich. Po drugie, mag który pierwszy dostrzega u niej magiczne zdolności oraz jego przyjaciele mieszkający w Gildii. A mimo to, nic nam się nie miesza - ponieważ książka potrafi naprawdę zainteresować. 
     Sonea wychowała się w slumsach, jej matka zmarła, ojciec odszedł. Wychowuje ją wujostwo. Kiedy jednak udaje im się wrócić za mury miasta, po jakimś czasie zostają wyrzuceni z powrotem w śmierdzące uliczki rządzone przez Złodziei. Dzieje się tak przez Czystki - zabiegi wykonywane przez magów na życzenie króla, żeby wyzbyć się wszystkich żebraków z miasta. Brzmi okrutnie i tak też jest. Nic więc dziwnego, że ludzie nienawidzą magów i arystokracji, która wchodzi w ich skład główny. Kiedy więc nasza bohaterka dowiaduje się kim jest, po czym ściąga na siebie uwagę Gildii, zaczyna się  przed nimi kryć, a następnie - w ogóle im nie ufa. To buduje nam opis niezależnej, ale przede wszystkim twardej dziewczyny o zdeterminowanym wyrazie twarzy. 
    Ulice są pełne nieciekawych ludzi, a podziemia Złodziei. Mimo to, Sonei przez pewien czas udaje się uciekać przed magami, którzy zmuszeni są krążyć po znienawidzonych slumsach. Mile się to czytało przede wszystkim dzięki ciekawym opisom, jak wspomniałam powyżej. Drugim powodem są też bohaterowie, a trzecim pomysłowość i fantazja autorki. Chociaż temat magii nie jest wcale taki oryginalny i nikomu nie nieznany, to jednak w każdej powieści istnieje całkiem jej inne wyobrażenie. Tutaj napotykamy wszystko w dość uproszczonej scenerii, jaką sami sobie przypominamy z dziecięcych książek - siła wewnątrz nas i pomyślenie co chcemy z nią zrobić. W sumie to chyba najmilej mnie zaskoczyło. Z czegoś tak nieskomplikowanego stworzyć miłą charakteryzację mocy magicznych, która nie jest tak trudna jak choćby rachunkowość. Być może jedną wadą w tej prostocie był dziwaczny pośpiech, albo też opacznie to zrozumiałam. Rzuca się to w oczy zwłaszcza podczas rozmów bohaterów i ich odwiedzin. Najpierw wchodzą i zamiast chwilę pogościć, zamienią kilka słów, aby następnie wyjść/zniknąć. Nieraz brakowało mi takich dłuższych dialogów. Jest to jednak książka gdzie więcej się dzieje, a nie gada. Wprawdzie w pierwszym tomie nie znalazłam walk na śmierć i życie, aczkolwiek znajdą się zawiłe zagadki, osobliwe żarciki, czy chwile zapierające dech w piersiach, kiedy budynki wybuchają, a magowie depczą ci po piętach. Myślę, że właśnie za to napięcie oraz nieustającą akcję tak polubiłam tę książkę. Nie wiem, czy mogłabym postawić coś innego niż  5/5. Byli bohaterzy, których szczerze pokochałam, byli też tacy znienawidzeni. Bardzo się więc zżyłam z ich losami i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po kolejną część. Więc - jeżeli lubisz fantasy, bądź zaczynasz z nimi przygodę, czy też masz po prostu ochotę - to gorąco polecam, bo warto. Sądzę, że nie szybko o niej zapomnimy. Łamie to też stereotyp o pisarzach lepszych od pisarek, zwłaszcza w dziedzinie fatasy.
Yori

Oryginalny tytuł : The Magicians' Guild
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Ilość stron : 510
Gatunek : fantasy

czwartek, 2 kwietnia 2015

Zwiadowcy. Płonący Most (księga 2)

Po dłuższej przerwie oraz chwili zaniedbania bloga, zdecydowałam się tutaj zajrzeć i wreszcie coś napisać. Przerwa nie była bynajmniej spowodowana moim lenistwem, a trudnościami z przebrnięciem "Władcy Pierścieni". W takim razie postanowiłam zabrać się za coś lekkiego, zarazem bardzo przyjemnego i coś, co niestety długo już leżało na mojej półce.


Przede wszystkim zapraszam do przeczytania recenzji pierwszej części, ponieważ m.in. będę się o nią opierała, jak również nie streszczę fabuły od samego początku. Wiemy już, iż głównym bohaterem jest Will - niewysoki chłopak, wedle Zwiadowcy Halta idealnie nadawał się na ucznia. Po pierwszych stronach książki, nie trudno zgadnąć, że mężczyzna bardzo polubił chłopca. Jednak na drodze naszego bohatera staje ważne zadanie, gdyż musi on wyjechać wraz z Gilanem (poprzednim uczniem Halta) do Celtii, aby dowiedzieć się o stanie wojsk tamtejszego króla. Całe królestwo wie, że wojna jest tuż o krok i król stara się znaleźć pomoc zewsząd.
    Tak jak opisywałam w pierwszej części, książka zawiera ciekawe i pełne opisy miejsc, akcji oraz bohaterów, które bardzo ułatwiają lekturę. Z drugiej strony czułam się trochę dziecinnie, gdy autor próbował wytłumaczyć jedną sprawę przez cały rozdział. Jednocześnie obserwujemy ogromne zmiany, które zachodzą, bądź już zaszły w zachowaniu Willa i Horace'a. Oboje są uczniami już jakiś czas, a co za tym idzie - są coraz lepsi w swoich profesjach. W dodatku wyprawa z Gilnanem zapewnia im całkiem inną, ale oczywiście przyjemną formę treningów (dzięki nimi Horace dopnie czegoś naprawdę wielkiego). Mogę więc z czystym sercem powiedzieć, że druga część jest znacznie lepsza od pierwszej, tak jak istotnie podejrzewałam. Ostatnią setkę stron pochłonęłam na raz, odmawiając sobie Internetu. Zakończenie trochę zbiło mnie z tropu, a nawet zirytowało. Osobiście uważam, że stworzenie grubszej książki z dwóch tak niewielkich byłoby lepszym pomysłem. Teraz będę zmuszona kupić następną część (oczywisty chwyt).
    Fabuła jest znacznie lepiej rozwinięta niż w pierwszej części, między innymi poprzez podróż bohaterów, ale sądzę, że po prostu więcej się dzieje (mimo mniejszej objętości). Szybko się bowiem okazuje, że Celtian wcale nie ma, że wycofali się na południe i król Duncan jest zdany wyłącznie na własne wojska. W takim razie Gilan wyprzedził pozostałych, chcąc dać szybką odpowiedź. Chłopcy natomiast napotykają armie wargalów - ohydnych stworzeń przypominających niedźwiedzie zmieszane z dzikami, którzy przy pomocy celtyckich górników budują gigantyczny most. To dzięki niemu złowrogie armie dotrą wgłąb kraju... Ale czy Willowi naprawdę uda się spalić most, to główne pytanie, na które nie odpowiem.

    Tak więc wad jest naprawdę niewiele, albo są nieistotne. Dla mnie - osoby, która przeczytała już nie jedno fantasy, chociaż nie jest też szczególnie wybredna, to lektura idealna, chociaż lubię książki, w których trzeba nieco ruszyć mózgownicą. Mogę śmiało postawić 4/5 i pędzić po następną część, ponieważ "Płonący most" kończy się w pewien sposób smutno - trzeba po prostu czytać dalej.
Yori

Nazwa oryginału : Rangers Apprentice. The Burning Bridge.
Autor : John Flanagan
Wydawnictwo : Jaguar
Ilość stron : ok. 301
Gatunek : fantasy, przygodowe