Wampiry w większości kojarzą się nam z krwią, śmiercią, horrorem. Ostatnio również głównie z literaturą młodzieżową, która swego czasu bardzo się na nich wzbogaciła. Wilkołaki to samo - futro, szpony, wilk i wycie do księżyca. Również motyw wykorzystany. Anioły, demony i wróżki, a nawet moje nieszczęśnie ukochane smoki. Wszystko było i przeminęło. Czy bezpowrotnie? Tego nie wiem. Wolałabym jednak, żeby powrotem zalśniły, ale nie tak jak Edward Cullen.
Fantasy oraz sci-fi to gatunki, które są trudne do napisania. Do tego trzeba mieć wyobraźnię i smykałkę. Nie każdy też się na tym zna, nie każdy lubi (są gusty i guściki, o których się nie dyskutuje). Jednakże wiele książek zwyczajnie mi się przejadło, ponieważ są do siebie podobne. Dlatego zaczęłam szukać czegoś ciekawego, co wreszcie by mnie zainteresowało. Znalazłam - i to nie wśród wampirów - a gargulców. Co to w ogóle jest? Taka figurka na dachach starych budynków (najczęściej tych średniowiecznych), zwyczajny plujek, który wedle wierzeń ma strzec danej katedry. Jednakże w książce Gesy Schwartz Gargulce nocą ożywają. Te kamienne postaci stoją na granicy między Innoświatem a naszym marnym wyobrażeniem rzeczywistości. Jednakże streszczenie pierwszej części znajdziecie tutaj. Ja przejdę dalej, aby zachwycać się ogromem fantazji autorki przelanej w te niecałe 700 stron.
Tytułowy bohater ma za sobą pokonanie głównego złego z pierwszej części i wraz z Mią tworzą dziwaczną, aczkolwiek wedle mnie uroczą parę. Jakby nie patrzeć (spoiler!) jest w połowie człowiekiem. Wahaniom co do tego nie będzie szybkiego końca, bo którą naturę wybrać, skoro przez stulecia uważało się za Gargulca, nie człowieka? Mia natomiast chce obudzić w niewidomych ludziach poczucie, że magia naprawdę istnieje i wystarczy ją tylko dojrzeć. Przeszkadza jej w tym grupa pradawnych istot zwanych Alfami. Przybywają z otchłani, po czym wskrzeszają Wróżki. Brzmi ciekawie? Wcale tak nie jest, ponieważ chcą one zniszczyć ludzkość. Dlaczego? Bo zatruwamy ich magię.
Wątek fabularny jest znacznie ciekawszy niż w "Pieczęci ognia", szybciej też wciąga. Chociaż bohaterowie pozostają ci sami, wiele z nich poznajemy bliżej (jak choćby Ostatniego Wojownika Wróżek, który wyparł się swojej rasy, aby pomóc ludziom). Jednocześnie autorka zachowuje typowy dla siebie lekko żartobliwy ton narracji i pełne przygód opisy. Podoba mi się jej skupienie na mitologii innej niż w pierwszej części, w tym przypadku irlandzkiej, którą nieodłącznie powiązuje z dumnymi krasnoludami. Jedyne, co naprawdę wyprowadziło mnie z równowagi, nie należy do wad Gesy Schwartz, a do naszego polskiego wydania. Jakże się zdziwiłam, iż za "Grima" odpowiada Jaguar - jedno z najlepszych polskich wydawnictw młodzieżowych (to oni m.in. wydali "Zwiadowców"). Być może tłumacze spisali się na medal, ale korekta jest tragiczna. Kropki oraz przecinki walają się po książce zupełnie bez sensu, również w środku zdania. Zdarzają się typowe błędy pomylenia literek w wyrazach (zdarzyło się nawet "Grum" - kilka minut zajęło mi odgadnięcie, iż jest to tak naprawdę "Grim"), a tłumaczenie między dwoma panami jest boleśnie wyraźne (w drugiej połowie książki "Alfy" zmieniają się na chwilę w "Mary"). To bardzo kuje w oczy i zdecydowanie obniża satysfakcję z zakupionej książki, zwłaszcza, że powieść kosztuje nie bagatela 50 zł.
Mimo tego, do książeczki nie można się przyczepić w żaden sposób. Jeżeli ktoś przeczytał pierwszą część, nie powinno go zdziwić tępo autorki: w krótkim czasie dzieje się naprawdę wiele i czasami można się zaplątać. Wcześniej bardzo mi to przeszkadzało, ale teraz odczuwam wyłącznie podziw za napisanie tak świetnej książki z tak rozległą fabułą na 690 stron. Piękny wyczyn jak na tak młodą osobę. Trzymam kciuki i czekam na kolejną część. Nie ma mowy, żebym ją przegapiła. Dlatego moja ocena to stanowcze 9/10 (minus jeden za polskie wydanie oraz niektóre niedopowiedzenia oczywiste dla podobnych książek).
Yori.
Tytuł oryginału : Grim - Das Erbe des Lichts
Autorka : Gesa Schwartz
Polskie wydanie : Jaguar
Ilość stron : 692

