poniedziałek, 23 listopada 2015

ja, diablica

Piekło w każdej religii (jeśli je posiada) jest karą, miejscem, gdzie będziemy cierpieli za popełnione w życiu grzechy ciężkie. Za morderstwa, kradzieże, bycie złym człowiekiem. Jak się jednak okazuje, w Piekle, a właściwie Niższej Arkadii, może być całkiem przyjemnie. Są tam piaszczyste plaże, najlepsze kluby, przystojne diabły i masa zabawy. A pośród tego wszystkiego Wiktoria - świeżo upieczona diablica.


    Weronika umiera w dość niewyjaśnionych okolicznościach (co potwierdza sama Śmierć). Dziewczyna niewiele pamięta z tamtego wydarzenia, a my poznajemy ją już w piekielnym urzędzie, który do złudzenia przypomina naszą skarbówkę. Brzydki, rogaty demon uzmysławia naszej bohaterce, że nie żyje i od teraz pełnić będzie funkcję diablicy. Na czym to polega? Weronika będzie musiała targować się z aniołami o kolejne dusze zmarłych, zachęcając je oczywiście do pójścia do Piekła. O ile ma utrudnione zadanie (biorąc pod uwagę, że jest to przecież... PIEKŁO), to Niższa Arkadia okazuje się być prawdziwym rajem dla "strapionych" dusz. Dziewczyna ma tam wszystko, czego zapragnie. Plaże, kluby, sklepy, piękne widoki, niezła chata. Nie wspominając o nieprzyzwoicie przystojnym diable, który zrobi dosłownie wszystko, żeby ją uwieźć. Już sama nazwa "Los Diablos", mówi nam, że jest w pewien sposób spokrewniona z Los Angeles. 
    Wszystko byłoby jak marzenie, gdyby nie to, że Weronika umierać wcale nie chciała. Na Ziemi zostawiła starszego brata z instynktem tacierzyńskim, najlepszą przyjaciółkę i oczywiście chłopaka, na punkcie którego oszalała. Jak więc łączy to wszystko ze sobą? W całkiem łatwy sposób, przecież wystarczy zejść na Ziemię dzięki pomocy klucza, który tworzy jej drzwi do każdego zakątka świata (poza Niebem rzecz jasna) i do każdej osoby. Przy okazji nie raz wpakuje się w kłopoty, ciągnąc za sobą przystojnego Beletha o złotych oczach, czy też jego przyjaciela o skłonnościach do zniszczenia ludzkości i przejęcia władzy Szatana, Azazela.
    Co jest najlepsze w tej książce? Zdecydowanie humor. Nie pamiętam, kiedy i czy w ogóle uśmiałam się tak przy jakiejś powieści. Autorka ma lekką rękę. Rzuca się w oczy, iż "ja, diablica" nie jest pisana jako poważne dzieło, gdzie wszystko ma być nienagannie logiczne. Żarty są naturalne, podobnie jak sama sceneria i bohaterowie, czy ich zachowanie. W końcu nie codziennie widzi się Napoleona, który utknął w wazonie, wsadzony tam przez zazdrosnego diabła. Tak, tak - autorka ożywia dobrze znam znanych bohaterów. Na balu u Lucyfera spotkamy postaci historyczne (jak np. Napoleona) lub te, których istnienia nie byliśmy do końca pewni. Wyróżnia się tutaj Kleopatra - druga diablica, przyjaciółka Wiktorii. Kochająca goliznę i złoto królowa jest tak samo zabawna jak Azazel, który zdecydowanie należy do najcharakterystyczniejszych bohaterów w tej fabule.
   Oprócz tego, bardzo urzekła mnie okładka książki, na której widnieje zdjęcie kobiecej twarzy o krzywo ściętej, granatowej grzywce. Choć nie należę do osób oceniających książki po okładce, to właśnie ta powieść zwróciła moją uwagę swoją obudową. 
   Czy książka może się pochwalić czymś jeszcze oprócz humoru i bohaterów? Raczej nie jest ona dziełem wybitnym, a typowo rozrywkowym. Przecież fabuła nie jest nudna, nie wlecze się, ani nie rusza z kopyta. Z pewnością powoduje uśmiech na twarzy, ale czy na długo pozostanie w pamięci? Bardzo spodobał mi się styl Katarzyny Miszczuk (tak jak już wyżej nadmieniłam), ponieważ mam słabość do narracji pamiętnikowej. Mogłabym dodatkowo pochwalić autorkę za świetną wyobraźnię i dobre spisanie tego, co sobie wyobraziła. Zwłaszcza, że jest pisarką młodą, a debiutancką powieść napisała w wieku piętnastu lat. Jednak czasami wydawała mi się być zbyt prosta, nie mająca w sobie niczego głębokiego. Mimo wszystko, książka trafiła do mojej listy "ulubionych" i z niecierpliwością poszukam kolejnej części. Poleciłabym ją szczególnie osobom młodym lub wszystkim, którzy cenią sobie dobre komedie. 
/Yori

Tytuł : ja, diablica
Autorka : Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo : W.A.B.
Ilość stron :  416

poniedziałek, 16 listopada 2015

Księżycowa klatka

Każdy chyba wie, że na Bliskich Wschodzie kobieta o silnym, niezależnym charakterze ma bardzo ciężkie życie. W kulturze muzułmańskiej nie istnieje przecież ona na wysokim statusie społecznym. Dlatego tyle razy słyszymy o ich tragediach oraz długich, trudnych podróżach, gdy uciekały od bestialskich mężów. Jednakże - spośród całej masy podobnych książek, jest jedna, którą mogę szczerze polecić. Nawet tym niezainteresowanym.


Poznajmy zatem Daryę, która opisze nam całe swoje życie. Od razu mówię, iż nie jest to powieść biograficzna. Główna bohaterka urodziła się w Afganistanie, w XIX wieku. Był to więc kraj nieco inny, niż teraz, chociaż prawa kobiet nie zmieniły się jakoś szczególnie. Dziewczynka wychowała się w małej wiosce, słuchając o wielkim świecie. Jej babcia - zanim osiadła w wiosce - zwiedziła już trochę i przekonywała wnuczkę, że nie jest ona taka sama jak jej matka. Faktycznie, Darya nie była posłuszna ojcu, często się buntowała i patrzyła innym w oczy, choć oczywiście nie powinna. Była jak chłopak, nie dziewczynka. Rodzina się jej wstydziła. Dlatego czuła się niezrozumiana przez nikogo poza ukochaną babcią. Gdy jednak stara kobieta umiera, Darya musi dorosnąć. Jej życie staje się pasmem nieszczęść, kiedy to druga żona jej ojca przeklina ją na wieczne nieszczęście. Od teraz miała już znaczyć mniej niż pył pod kopytami wielbłąda.
    Brzmi dość pospolicie, ale to nie prawda. Darya musi nauczyć się żyć z przekleństwem, co jest właściwie niemożliwe. Kiedy już traci nadzieję na szczęśliwe zamążpójście, ojciec wydaje ją za mąż za mężczyznę z plemienia nomadów. Okazuje się być on mężczyzną nieokrzesanych i wiecznie zagniewanym, staje się prawdziwym katem dla młodej jeszcze Afganki, która nie może urodzić mu dzieci. Zdesperowana - ucieka od niego. Byłaby zginęła, gdyby nie pewien przejezdny Anglik.
    Czytałam tę książkę co najmniej trzy razy i za każdym zachwyca mnie tak samo. Nie jest ona sama w sobie skupiona na tragedii nieszczęśliwej afgańskiej dziewczyny. Autorka charakteryzuje ją jako silną kobietę. Raczej nieświadomie, Darya szuka własnego szczęścia, którego nie odnalazła do tej pory w swojej wiosce, gdzie się urodziła, ani nawet w swojej ojczyźnie. Po wyjeździe do Hindustanu (Indii), sama nie wie już gdzie jest jej ojczyzna i czemu tak bardzo zgubiła się sama w sobie. Linda Holeman porusza delikatne, kobiece struny: pragnienia bycia kochaną i akceptowaną. Ukazuje, co naprawdę potrafi zrobić zdesperowana, osamotniona osoba, żeby przeżyć. Szczęśliwie przeżyć. 
    Oprócz głównej bohaterki poznajemy wiele innych charakterów. W większości są one czymś mało istotnym, co wyłącznie kształtuje Daryę. Warto zwrócić uwagę na jej babcię - staruszkę tak podobną z charakteru do wnuczki. Być może to właśnie po niej, odziedziczyła ona charakter taki, jaki ma. Staruszka uczyła ją perskiego, opowiadała o dawnych dziejach i Anglii, z której pochodził jej ukochany. Kolejną osobą będzie ojciec męża - Kaled. Mężczyzna niezwykle poczciwy, ale tez uczciwy. Nigdy nie pozwolił źle pomyśleć o swojej rodzinie. Był jednym z nielicznych, którzy nie pomiatali Daryą. Prócz tej dwójki, najciekawszą postacią był także Anglik, który uratował dziewczynę przed śmiercią z pragnienia i wyczerpania. Oprócz tego, uwolnił ją on od zagrożenia ze strony męża, zapewnił namiastkę szczęśliwej przyszłości. Czemu więc Darya ją mimo wszystko opuściła, odpływając do Anglii z innym mężczyzną?
   Wielkim plusem jest nastrój "Księżycowej klatki". Zmienia się on wraz z dorastającą bohaterką. Darya potrafi dostrzec wokół siebie najpiękniejsze krajobrazy. Opisywany przez nią Afganistan o delikatnych, czerwonych wzniesieniach, następnie egzotyczne Indie, czy chociażby obrzędy muzułmańskie ożywają w naszych oczach. Zadziwia mnie szczegółowość tych opisów, ponieważ autorka pochodzi z Kanady. Najbrzydziej przedstawiła wiktoriańską Anglię. Nie ze względu na własne odczucia, a z oczu przestraszonej Daryi, która brzydziła się swoją nową rolą w życiu. Wyjechanie z ukochanej ojczyzny było dla niej bardzo bolesne. Nic więc dziwnego, iż widziała Londyn jako wybiedzone miasto pod stalowym niebem. To wszystko złożyło się na tę fantastyczną, wciągającą i bardzo egzotyczną książkę. Gdybym miała się czepiać szczegółów, pewnie by się jakieś znalazły. Nie mam jednak zamiaru tego robić. Za każdym razem, gdy wracam do "Księżycowej klatki", przeżywam ją tak samo: gniew, poczucie niesprawiedliwości, wreszcie uśmiech i wzruszenie. Jedyne co najbardziej mnie zabolało i niezwykle zdenerwowało, to brak 100 ostatnich stron. Książka z biblioteki, wypożyczana wiele, wiele razy. Jest w opłakanym stanie, ostatnie kartki już fruwają. Starałam się być dla niej taka delikatna, ale i tak... się rozczarowałam. Choć znam zakończenie, nie przeczytanie go było przykre. 
/Yori

Oryginalny tytuł : The Moonlit Cage
Autorka : Linda Holeman
Wydawnictwo : Świat Książki
Przekład : Bożenna Stokłosa
Ilość stron : 570

wtorek, 10 listopada 2015

Misja Ambasadora

Bardzo często zastanawiam się, co tak bardzo pociąga mnie nie tyle w samym czytaniu książek, ale w gatunkach, w których tak się lubuję. Tego jednego przecież nigdy nie potrafię sobie odmówić, a perspektywa poznania nowego dzieła znanego mi już autora (zwłaszcza ulubionego) sprawia, że nawet nie potrafię pożałować na to pieniędzy.


    Zacznijmy od tego, że nie mam w zwyczaju śledzenia poczynań ulubieńców: czy to pisarzy, czy wokalistów, zespołów. Zawsze zdawałam się na ploteczki od znajomych. Nic więc dziwnego, że bardzo się zdziwiłam, gdy na półce w księgarni odnalazłam kontynuację jednej z ulubionych serii, którą na tym blogu wychwalałam ponad wszystkie inne. Określenie "zdziwiona", to trochę za mało powiedziane. Zdawałam sobie sprawę, iż Trudi Canavan ciągle wydaje powieści, ale nie miałam pojęcia o przygodach syna Sonei - głównej bohaterki "Trylogii Czarnego Maga". Na imię mu Lorkin i podobnie jak ona, ma wyjątkowe szczęście do pakowania się w kłopoty.

(Osoby, które nie miały styczności z poprzednimi książkami, mogą napotkać w tej recenzji kilka spoilerów o wielkim znaczeniu. Bez tego nie będę w stanie sprawnie streścić lektury.)

Okładka książki Misja Ambasadora    Pierwsze co mnie zachwyciło, to powrót do dobrze znanego mi stylu autorki. Narracja jest prosta, aczkolwiek bardzo przyjemna i bogata, co sprawia, że książka nie ciągnie nam się jak ślimak, a sprawnie rusza do przodu. Nie wymuszone popychanie akcji w najmniej oczekiwanych momentach oraz charaktery bohaterów, również działają na wielkiego plusa. To było oczywiste, że Lorkin, jako dziecko dwojga ludzi, którzy zabili ichanich, nie ma szans na powodzenie misji w samej Sachace, gdzie wyszkolone grupy buntowników są podzielone "za" jego śmiercią i "przeciw" niej. Ci pierwsi starają się go zabić na własną rękę, ci drudzy - w tym jego silna sojuszniczka - pragną dowieźć go całego do ich kryjówki. Do tego przecież szuka go Dannyl, znów w roli Ambasadora Gildii Magów. Czy zatem dobrze zrobił, biorąc go za swojego asystenta? Oczywiście, oprócz nich nadal będziemy obserwować losy starych bohaterów, takich jak Sonea - teraz już dorosła, odpowiedzialna i ostrożna; starszy Rothen, dojrzały Regin, czy znany nam dobrze Cery. Złodziej po stracie rodziny szuka zemsty, a polujący na niego Łowca Złodziei, to jego jedyny ślad. 
   Sprawa między bogatymi, a biednymi uległa całkowitej zmianie. Dwadzieścia lat po najeździe ichanich, mur wewnętrzny już nie istnieje. W Gildii uczą się także osoby biedniejsze i z dawnych slumsów, natomiast obowiązkiem Uzdrowiciela jest nieść pomoc każdemu. Złodziejska ścieżka też nie istnieje, miasto zaczęło się równomiernie rozwijać. Co nie znaczy, że kłopoty zniknęły. Wszechobecny narkotyk, czy dziki mag w mieście, to złe nowiny. Zwłaszcza dla Sonei, która tak bardzo chce pomóc staremu przyjacielowi, nie tracąc jednocześnie odzyskanego zaufania Gildii.
   Cóż więc mogę powiedzieć? Chociaż książka tak strasznie mi się spodoba, jak trzy poprzednie, to brakuje mi bohaterów, z którymi musiałam się pożegnać w "Wielkim Mistrzu". Wprawdzie przeszłość Akkarina jest ciągle obecna, poprzez przygody Lorkina, a autorka generalnie często nawiązuje do pierwszej serii, to nadal odczuwam nostalgię. Czy jest to zatem minus, jakiś ujemny punkt? Nie, oczywiście, że nie. Trudi Canavan postarała się o to, żebyśmy nie powracali do jakieś banalnej historii. Do czegoś, co odebralibyśmy jako jej niepogodzenie się ze skończeniem "Czarnego Maga". To kolejna pełnokrwista, zbudowana od początku i oparta na twardym kręgosłupie opowieść. Tyle, że nasi ulubieńcy odczuwają swój wiek, a następne pokolenie prowadzi teraz tę historię. Historię, która wyjaśni wiele z przeszłości. Przynajmniej tak przypuszczam.
   Dla mnie "Misja Ambasadora" to powrót do godzin nieprzerwanego czytania oraz kolejnego wzdychania nad lekturą. Nie ma bata, żebym nie kupiła następnych części i nie mogę sobie wybaczyć, że wcześniej nie zainteresowałam się tym tytułem. Na szczęście, to się już zmieniło. Wierzę, że nie tylko te dwie trylogie staną na mojej półce, ale również inne dzieła autorki. Zbytnio się z nią zżyłam, żeby sobie odpuścić.
Yori

Tytuł oryginału : The Ambassador's Mission
Autorka : Trudi Canavan
Trylogia : Zdrajcy
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Agnieszka Fulińska
Ilość stron : 570

Poprzednie recenzje: