Istnieje takie chińskie powiedzenie, że jeśli czytamy książkę po raz pierwszy, to tak jakbyśmy poznawali nowego przyjaciela. Natomiast, gdy czytamy powieść po raz drugi - spotykamy starego. Przez długi czas przekonywałam się do tego przysłowia, choć nigdy nie wątpiłam w jego słuszność. Jestem zwolenniczką poznawania coraz nowszych bohaterów, przygód i myśli, marzeń, które zawiera każda książka; tym wszystkim, co chce nam przekazać autor. Jednak wakacje zawsze są dla mnie czasem na powrót do najlepiej wspominanych tytułów. Odświeżam sobie pamięć o starych przyjaciołach, przewracając półki i szukając zapomnianych perełek. Jedną z nią zdecydowanie są właśnie "Tygrysie Wzgórza", których - o dziwo - wcale nie wspominałam z uśmiechem na twarzy. Była to jedna z niewielu powieści, która wzbudziła we mnie wiele sprzecznych emocji, gdzie ulubieni bohaterowie ginęli lub nigdy nie zaznali prawdziwego szczęścia. Wtedy sobie pomyślałam: "co to za książka, która zaczyna się w tak piękny sposób, żeby później zniszczyć całą fabułę?". Teraz jednak czytałam ją z zapartym tchem i dopiero zrozumiałam, co to znaczy "stary przyjaciel".
Jak mogłabym opisać jednym słowem całą książkę? Kolorowa. To pierwsze co przychodzi mi na myśl i spróbuję wytłumaczyć to jak najlepiej. Przede wszystkim są bogate opisy. Jeżeli skupimy się wystarczająco na długich monologach w narracji, sami poczujemy magię Indii, gdzie rozgrywa się cała akcja: zapach orientalnych przypraw, tysiąca kwiatów i wilgotnej zieleni, najróżniejszych przypraw, jaśminu oraz żyznej gleby. Zżyjemy się z delikatnymi wzgórzami Kodagu. Czy do tej pory spotkałam się z równie bogatym światem przedstawionym? Niezwykle rzadko, a jeśli już, były one idealnym wytworem wyobraźni, jak choćby kraina stworzona przez Christopher'a Paolini dla "Eragona", czy wszystkim nam znane książki Tolkien'a.
Trudno jest mi określić, kto dokładnie jest głównym bohaterem "Tygrysich Wzgórz". Powiedziałabym, że największą rolę odgrywa dwójka przyjaciół, których nieszczęśliwie złączył los: przepiękna, buntownicza Dewamma nazywana przez wszystkich Dewi i nieśmiały, ale niezwykle inteligentny Dewanna. Wychowali się razem, gdy jego matka popełniła samobójstwo, a rodzina ojca nie naciskała na jego powrót do domu. Dzieciństwo spędzili w rodzinnej wiosce, pochłonięci zabawą. To były ich najszczęśliwsze lata życia. Gdy chłopak zdecydował się na naukę w szkole misyjnej, Dewi również tam poszła. Szybko się okazało, iż Dewanna jest pojętnym uczniem, który uczy się niezwykle chętnie. To zwróciło uwagę księdza i wziął go pod swoje skrzydła, traktując jak syna, a wręcz kogoś więcej... Pomógł mu również dostać się do collegu medycznego. Tym czasem piękna Dewi poznaje Maću - pogromcę tygrysa. Zakochują się w sobie bez pamięci, choć sławnego myśliwego łączy pewna przysięga.
Streściłam zaledwie pierwszą część książki! Rozległość fabuły jest zadziwiająca i wcale nie nudzi czytelnika. Chcąc poprzeć swój "kolorowy" argument, mogę dodać, że emocje bohaterów i dziwaczna, a jednak bolesna prostota ich życia przybliża nas do nich. Czułam się wręcz zirytowana. Czemu los chciał akurat tak, nie inaczej? Cała gama odczuć: przy książce można się uśmiechać, płakać, złościć. Dewanna uświadomiony o swojej głębokiej miłości do Dewi, potwornie skatowany w collegu, ulega ludzkim odruchom i rozpaczy napadając na dziewczynę. Jej babcia próbuje ratować honor rodziny i wydaje ją za mąż. Szybko też się okazuje, że Dewi zaciążyła. Jest na skraju załamania, gdy musi mieszkać z Maću pod jednym dachem, nie mogąc wytłumaczyć czemu wyszła za mąż, nie czekając aż ten skończy pokutować po zabiciu tygrysa.
Nie są oni jednak w centrum uwagi. W zależności od czasu fabuły, poznajemy coraz nowsze postaci. Sam Maću będzie odgrywał duża rolę, wprowadzając czytelników w fakty czysto historyczne, jak wojna na południu. Jego życie również okazało się być ciągiem nieporozumień, nie licząc oczywiście zaszczytu zabicia tygrysa przy pomocy wyłącznie noża. To złapie co wrażliwszych za serca, mnie też chwyciło. Przecież on nigdy nie zapomniał o swojej Dewi, która powiedziała do niego "jesteś mój na zawsze". Potem pojawi się następne pokolenie: syn Dewanny, nazywany przez Dewi jej przekleństwem oraz syn Maću zrodzony z innej kobiety - Appu. Pojawienie się tego drugiego pod domem Dewi zaowocuje w kolejne zwroty akcji i ludzkie tragedie.
Książka nie jest romansem w czystym tego słowa znaczeniu. Miesza w sobie dramatyzm, historię oraz wiele czułym odczuć. Czytałam już wiele książek o tematyce Bliskiego Wschodu, jak również o Indiach, ale "Tygrysie Wzgórza" pozostaną dla mnie czymś wyjątkowym, o czym będę wspominała często i chętnie. Oprócz tego co napisałam wcześniej, nie potrafię w żaden sensowny sposób odpowiedzieć, czemu akurat tak mi się spodobała? Może ta hipnotyzująca fabuła, niezwykle ponętni bohaterowie, ich losy, czy też pewien rodzaj leniwej dynamiki w powieści. Może to ten klimat, pękate, pachnące opisy, czy też obietnica autorki o lepszym jutrze dla Dewi? Chociaż nie była moją ulubioną bohaterką, zżyłam się z nią najbardziej i ucieszyłam z zakończenia, które powinno wreszcie rozświetlić jej deszczowe dni. To powieść o przeznaczeniu, znienawidzonej miłości i tej, której nigdy nie posmakujemy, o marzeniach i ciężkiej pracy. Co więcej nam trzeba?
/YoriAutorka : Sarita Mandanna
Wydawnictwo : otwarte
Ilość stron : 456
Gatunek : romans, dramat

