wtorek, 30 czerwca 2015

Tygrysie Wzgórza

Okładka książki Tygrysie Wzgórza     Istnieje takie chińskie powiedzenie, że jeśli czytamy książkę po raz pierwszy, to tak jakbyśmy poznawali nowego przyjaciela. Natomiast, gdy czytamy powieść po raz drugi - spotykamy starego. Przez długi czas przekonywałam się do tego przysłowia, choć nigdy nie wątpiłam w jego słuszność. Jestem zwolenniczką poznawania coraz nowszych bohaterów, przygód i myśli, marzeń, które zawiera każda książka; tym wszystkim, co chce nam przekazać autor. Jednak wakacje zawsze są dla mnie czasem na powrót do najlepiej wspominanych tytułów. Odświeżam sobie pamięć o starych przyjaciołach, przewracając półki i szukając zapomnianych perełek. Jedną z nią zdecydowanie są właśnie "Tygrysie Wzgórza", których - o dziwo - wcale nie wspominałam z uśmiechem na twarzy. Była to jedna z niewielu powieści, która wzbudziła we mnie wiele sprzecznych emocji, gdzie ulubieni bohaterowie ginęli lub nigdy nie zaznali prawdziwego szczęścia. Wtedy sobie pomyślałam: "co to za książka, która zaczyna się w tak piękny sposób, żeby później zniszczyć całą fabułę?". Teraz jednak czytałam ją z zapartym tchem i dopiero zrozumiałam, co to znaczy "stary przyjaciel".
    Jak mogłabym opisać jednym słowem całą książkę? Kolorowa. To pierwsze co przychodzi mi na myśl i spróbuję wytłumaczyć to jak najlepiej. Przede wszystkim są bogate opisy. Jeżeli skupimy się wystarczająco na długich monologach w narracji, sami poczujemy magię Indii, gdzie rozgrywa się cała akcja: zapach orientalnych przypraw, tysiąca kwiatów i wilgotnej zieleni, najróżniejszych przypraw, jaśminu oraz żyznej gleby. Zżyjemy się z delikatnymi wzgórzami Kodagu. Czy do tej pory spotkałam się z równie bogatym światem przedstawionym? Niezwykle rzadko, a jeśli już, były one idealnym wytworem wyobraźni, jak choćby kraina stworzona przez Christopher'a Paolini dla "Eragona", czy wszystkim nam znane książki Tolkien'a.
     Trudno jest mi określić, kto dokładnie jest głównym bohaterem "Tygrysich Wzgórz". Powiedziałabym, że największą rolę odgrywa dwójka przyjaciół, których nieszczęśliwie złączył los: przepiękna, buntownicza Dewamma nazywana przez wszystkich Dewi i nieśmiały, ale niezwykle inteligentny Dewanna. Wychowali się razem, gdy jego matka popełniła samobójstwo, a rodzina ojca nie naciskała na jego powrót do domu. Dzieciństwo spędzili w rodzinnej wiosce, pochłonięci zabawą. To były ich najszczęśliwsze lata życia. Gdy chłopak zdecydował się na naukę w szkole misyjnej, Dewi również tam poszła. Szybko się okazało, iż Dewanna jest pojętnym uczniem, który uczy się niezwykle chętnie. To zwróciło uwagę księdza i wziął go pod swoje skrzydła, traktując jak syna, a wręcz kogoś więcej... Pomógł mu również dostać się do collegu medycznego. Tym czasem piękna Dewi poznaje Maću - pogromcę tygrysa. Zakochują się w sobie bez pamięci, choć sławnego myśliwego łączy pewna przysięga. 
Streściłam zaledwie pierwszą część książki! Rozległość fabuły jest zadziwiająca i wcale nie nudzi czytelnika. Chcąc poprzeć swój "kolorowy" argument, mogę dodać, że emocje bohaterów i dziwaczna, a jednak bolesna prostota ich życia przybliża nas do nich. Czułam się wręcz zirytowana. Czemu los chciał akurat tak, nie inaczej? Cała gama odczuć: przy książce można się uśmiechać, płakać, złościć. Dewanna uświadomiony o swojej głębokiej miłości do Dewi, potwornie skatowany w collegu, ulega ludzkim odruchom i rozpaczy napadając na dziewczynę. Jej babcia próbuje ratować honor rodziny i wydaje ją za mąż. Szybko też się okazuje, że Dewi zaciążyła. Jest na skraju załamania, gdy musi mieszkać z Maću pod jednym dachem, nie mogąc wytłumaczyć czemu wyszła za mąż, nie czekając aż ten skończy pokutować po zabiciu tygrysa.
      Nie są oni jednak w centrum uwagi. W zależności od czasu fabuły, poznajemy coraz nowsze postaci. Sam Maću będzie odgrywał duża rolę, wprowadzając czytelników w fakty czysto historyczne, jak wojna na południu. Jego życie również okazało się być ciągiem nieporozumień, nie licząc oczywiście zaszczytu zabicia tygrysa przy pomocy wyłącznie noża. To złapie co wrażliwszych za serca, mnie też chwyciło. Przecież on nigdy nie zapomniał o swojej Dewi, która powiedziała do niego "jesteś mój na zawsze". Potem pojawi się następne pokolenie: syn Dewanny, nazywany przez Dewi jej przekleństwem oraz syn Maću zrodzony z innej kobiety - Appu. Pojawienie się tego drugiego pod domem Dewi zaowocuje w kolejne zwroty akcji i ludzkie tragedie. 
     Książka nie jest romansem w czystym tego słowa znaczeniu. Miesza w sobie dramatyzm, historię oraz wiele czułym odczuć. Czytałam już wiele książek o tematyce Bliskiego Wschodu, jak również o Indiach, ale "Tygrysie Wzgórza" pozostaną dla mnie czymś wyjątkowym, o czym będę wspominała często i chętnie. Oprócz tego co napisałam wcześniej, nie potrafię w żaden sensowny sposób odpowiedzieć, czemu akurat tak mi się spodobała? Może ta hipnotyzująca fabuła, niezwykle ponętni bohaterowie, ich losy, czy też pewien rodzaj leniwej dynamiki w powieści. Może to ten klimat, pękate, pachnące opisy, czy też obietnica autorki o lepszym jutrze dla Dewi? Chociaż nie była moją ulubioną bohaterką, zżyłam się z nią najbardziej i ucieszyłam z zakończenia, które powinno wreszcie rozświetlić jej deszczowe dni. To powieść o przeznaczeniu, znienawidzonej miłości i tej, której nigdy nie posmakujemy, o marzeniach i ciężkiej pracy. Co więcej nam trzeba?
/Yori

Autorka : Sarita Mandanna
Wydawnictwo : otwarte
Ilość stron : 456
Gatunek : romans, dramat

piątek, 19 czerwca 2015

Żegnaj kochanku

    Nie mogąc wyjść z dołka egzystencjalnego, zabrałam się za zalegające na półkach książki. Przeczytałam te stare, odłożyłam nowe i... zajęłam się tymi z biblioteki, jeszcze nią pachnącymi. W sumie, to sięgnęłam po pierwszą lepszą. Po - jak sama ujęła autorka - sentymentalnym tytule "Żegnaj kochanku" spodziewała się dobrego, lekkiego romansu. Niestety, wyszłam z motyką na słońce. Trudno jest mi opisywać książkę, która mi się nie spodobała. Zamiast gorących tematów miłosnych, dostałam kobietę ze złamanym przez nieszczęśliwą miłość sercem - Matyldę oraz wątek pewnej grubszej afery wokół znanej gwiazdy, Lilany W. i jej córki. Sama fabuła jest według mnie ciekawa, lecz sposób w jakim przedstawiła ją autorka, skutecznie mnie odtrącił. Mimo to jest kilka cennych zalet, które również chciałabym przedstawić.
    Sama bohaterka jest dość irytującą postacią, która sama nie wie, czy kocha owego tytułowego kochanka, czy też nie. W dodatku jest zazdrosna o byłego narzeczonego. Wraz z nim oraz Bianką (córką Liliany), Kamilem i czwórką Niemców udaje się w podróż do... Wietnamu. I tutaj powód, dla którego w ogóle kończyłam tę powieść - Zofia Mossakowska idealnie oddała tamtejszy klimat. Ba! To za mało powiedziane. Pełne opisy, czy też znajomość tamtejszych krajobrazów, ludzi, pracy, kultury... znajdziecie tam wszystko. Nie tylko rzeczy piękne. Ku moim oczekiwaniom, podróż ta nie była dla bohaterów żadnych rajem. Każde z nich otrzymało tę wycieczkę od anonimowego darczyńcy. Przekonani, że nie jest to kawał ani ukryta kamera, zwiedzają biedny, brudny i upalny kraj. Podąża za nimi widmo głodu, biedoty, socjalizmu. A jednocześnie odnajdują w tych niskich Wietnamczykach szczęśliwych ludzi pełnych życia i chęci.
     Nie licząc głównej bohaterki, cała reszta naprawdę przypadła mi do gustu, zwłaszcza niska, podobna do Azjatki Bianka, która ma za sobą nieudaną próbę samobójczą. Nie dogaduje się z matką tak, jakby obie tego chciały. Ciągle obserwowane przez media, mają tego serdecznie dość. Zwłaszcza córki Liliany. Ich "samobójstwo" miało być sprzeciwieniem się nazywania ich matki dziwką. Teraz dziewczyna cierpi. Pozostaje milczącą Polką trzymającą się na uboczu, dopóki nie zagaduje ją denerwujący Matyldę Kamil. Natomiast jej były narzeczony (Matyldy) - Madej - jest spokojnym, opiekuńczym facetem, którego zdradziła z jego przyjacielem. Kobieta zdaje sobie sprawę z popełnionych błędów i chwała jej za to. Książka opisuje jej wewnętrzną walkę z tęsknotą do ukochanego Miszy, a pokonaniem tej "słabości". To też ważny, całkiem wciągający element. Co więc tak bardzo zgrzytało mi między zębami, że śmiem nazywać to dzieło zwyczajnie... nudnym?
    Książka nie potrafiła mnie wciągnąć. Odniosłam wrażenie, iż jest jedynie monologiem autorki. Wolała bardziej opisywać, niż rozpisywać. Streściła nam historię każdego bohatera, koncentrując się właśnie na Matyldzie i Biance. Samo zakończenie było dla mnie dziwaczne, niewiele wyjaśniło, bądź też czegoś nie zrozumiałam. To przez skakanie: raz będziemy pisać o tym, później o tym. Nie raz musiałam się skoncentrować na tym co czytam, chociaż nie miałam na to ochoty. Między kartkami dostrzegłam też trochę filozofowania. Być może, jest w tym również moja wina, gdyż nastawiłam się na coś innego. Zwłaszcza po przeczytaniu streszczenia na odwrocie. Tam jest to tak ładnie streszczone. Szkoda tylko, że już się zniechęciłam po pierwszych stronach... Z drugiej strony, taki też może być styl tej autorki, z którą spotykam się po raz pierwszy. Zanim jednak poznam Ją bliżej, chyba zastanowię się dwa razy.
Yori

Tytuł : Żegnaj Kochanku
Autorka : Zofia Mossakowska 
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Ilość stron : 424

piątek, 5 czerwca 2015

Gladiatorka

    Trudno jest nam dzisiaj wyobrazić sobie życie bez telewizora - przynajmniej większości z nas. Więc co takiego robiono, gdy jej nie było? Gdy nie mogliśmy oglądać ulubionych programów, oglądać teledysków i przypatrywać się kolejnej konfrontacji między politykami? Jakby nie patrzeć, nie są to czasy szczególnie dawne. Wtedy była prasa. A co robili ludzie, gdy nie mieli ani telewizji, ani prasy? Chodzili na szczególne występy na arenie. Nie dla sztuki, lecz dla krwawej jatki, która rozgrywała się na brudnym piachu. Dla nich było to śmieszne, ale dla ludzi, którzy zapewniali im tę rozrywkę - już nie. Mówię oczywiście o gladiatorach, niewolnikach lub jeńcach zmuszanych do walk o życie.
Okładka książki Gladiatorka     Jest wiele dzieł, które przybliżają nam ten niezwykle rozległy temat. Chyba jednym z najsłynniejszych jest film "Gladiator". Jednak dla tych, którzy wolą coś przeczytać, mogę zaproponować żeński odpowiednik - "Gladiatorkę". Już po samym tytule można odgadnąć o czym dokładnie się rozpisuje autor: o okrutnym świecie kobiet, które wpierw są poniżane i ćwiczone na maszynę do zabijania, aby następnie stanąć oko w oko z przeciwniczką. Wtedy walczą. Jeśli zachwycą publiczność, ktoś może je oszczędzić od śmierci, ale jeśli zobaczą kciuk w dół, to znaczy... pożegnanie się z życiem.
    Książkę tę znalazłam w centrum taniej książki, gdzie zajrzałam po raz pierwszy. Okazja była niezwykła, ale nie znalazłam też czegoś ciekawszego. Powieść długo leżała na półce, zanim sobie w ogóle o niej przypomniałam i jest o tyle specyficzna, że jeśli usiądziesz - to nie będzie mógł się oderwać dopóki akcja trochę nie zwolni. Po raz pierwszy spotkałam się też z tak obiektywnym opisem głównego bohatera (w tym przypadku bohaterki), którą jest młodziutka Spartanka Lysanda. Była dumną kapłanką Ateny i - jak każdy Sprtanin - została wytrenowana na idealną wojowniczkę. Pomimo wielu zalet, ukazane zostały również jej wady. Zwłaszcza arogancja, która potrafiła doprowadzić człowieka do białej furii. Dziewczyna trafia w ręce Lucjusza Balbusa - mężczyzny, który rządzi jedną z najlepszych szkół gladiatorek w Rzymie. Tam szybko zostaje zmuszona do treningów, gdyż zapowiada się jako jedna z jego najlepszych zdobyczy. Jej wytrwałość oraz zdolności zostają zauważone przez trenerów i inne koleżanki. Wśród nich pojawiają się też tacy, którzy szczerze jej nienawidzą i tacy, którzy nie mogą się jej oprzeć. Natomiast sama Lysandra pokazuje niezłomnego ducha oraz wielką determinację, gdy wreszcie odnajduje sens w walkach ku chwale swojej bogini Anety.
    Świat przedstawiony jest stworzony jako idealne tło dla rozgrywającej się w książce akcji. Zafascynowanie autora udziela się również nam i zupełnie nie interesuje go, że ktoś może nie lubić Dawnym Rzymem i Grecją, a ja jestem tego najlepszym przykładem. Chociaż jestem zwolenniczką mitologii wschodnioazjatyckiej, nie mogłam oderwać wzroku od kartek. Najbardziej zachwyciły mnie chyba same walki. Dobrze i cierpliwie rozpisane (w dodatku liczne). W takich momentach czułam się, jakbym ja również siedziała wśród wyjącej publiczności - ponieważ napięta atmosfera i wybuchające konflikty między Spartanką, a jej znienawidzoną przeciwniczką Soriną, są największą przynętą. Sami bohaterowie też zachwycają. Są przedstawieni żywo, choć jednocześnie dość krucho. Autor stawia nas przed okrutnym faktem śmierci, każde nam się pogodzić ze stratą wielu wspaniałych bohaterów. Bo arena nie była dla mięczaków, nieraz po prostu wygrało szczęście. Tamten świat jest niesprawiedliwy, wręcz okrutny. Niestety, Lysandrze przyjdzie się zmierzyć nie z wrogami nie tylko na zakrwawionym piachu, z mieczami w dłoniach. Dostrzeże wreszcie głębię własnych uczuć, gdy wyzna miłość swej kochance i zrozumie, że nigdy już nie będzie tą samą osobą co niegdyś, ponieważ pewien trener zemści się na niej w najgorszy dla kobiety sposób.
    Całą książkę oceniałabym naprawdę wysoko, gdyby koniec tak bardzo mnie nie zawiódł. Spodziewałam się prawdziwej walki, wreszcie nasza bohaterka miała szansę do "wspaniałej" zemsty. Kiedy jest już tego bardzo bliska, wszystko kończy się w naprawdę dziwaczny sposób, chociaż nie nazwałabym go złym. Poczułam się po prostu zaskoczona. Oprócz tego, książka pozostawiła jakiś gorzki posmak na języku. Może to niedosyt? Sama nie wiem. Jednak oceniam ją bardzo pozytywnie i żałuję, że nie ma kolejnej części. Z pewnością pieniądze na nią wydane nie poszły w błoto.
/Yori

Oryginalny tytuł : Gladiatrix
Autor : Russell Whitfield
Wydawnictwo : Bullet Books
Ilość stron : 530 (z przypiskiem autora)
Gatunek : dramat, przygodowe
(powieść miesza w sobie wątki historyczne z fantastycznymi)