niedziela, 30 marca 2014

Grim

Pomyślimy: były wampiry, były wróżki, były anioły... można tak wymieniać całkiem długo i daleko, prawda? Nic więc dziwnego, że stojąc przed półką z książkami szukałam czegoś całkiem innego, nowego. Czegoś co nie odurzyłoby mnie kolejnym natłokiem pięknych, młodych mężczyzn i mdlejących na ich widok głównych bohaterek. Znalazłam, ale zastanawiam się, czy było warto wydać 50 zł.


Powieść "Grim" jest o Gargulcu, który właśnie się tak nazywa. Jest potężny, pamięta dawne czasy, kiedy Gargulce nie były tylko dla ozdoby rządu Ghrogonii - podziemnego miasta, gdzie żyją stworzenia, których ludzie widzieć nie powinni. Nasz bohater jest więc Gargulcem pogrążonym w zamyśleniu oraz niechęci do całego świata. Kiedy opisuje jak bardzo zmienił się jego świat, sami nabieramy pewnego respektu do Gima, który przeżył niejedno. Podoba mi się, że Gargulce są Gargulcami. Z wampirów wielu pisarzy zrobiło piękne istoty, owszem - może to być całkiem ciekawy punkt zwrotny, jednak na dłuższą metę zaczyna nudzić. Grim jest duży, ma kamienną skórę i wielkie skrzydła, a ręce zakończone szponami. W dodatku posiada donośny i dudniący głos. To daje nam postać fantastyczną, ale zarazem nie odstającą od realiów wyglądu. Oprócz tytułowego bohatera, mamy Mie, nastoletnią dziewczynę, która ciągle się buntuje. Razem zaczynają tworzyć całkiem zgrany, nieraz śmieszny duet. Zapomniałam jeszcze o jednej ważnej postaci: kobalcie Remim. To zabawny, miniaturowy człowieczek, który świeci na zielono i wszędzie lata za Grimem. Więc jeżeli chodzi o nabór bohaterów, jest całkiem spory. Mamy do wyboru także wróżki, wampiry, gnomy, duchy i wiele innych. Choćby wilkołaki. Te stworzenia pozostały w swojej naturze, autorka - Gesa Schwartz - nie zmuszała ich do zmiany charakterów. Wampir jest stary i pije krew, wilkołaki są dzikie i tak dalej.
Jeśli chodzi o fabułę, to ciężko się na początku połapać. Książka sama w sobie liczy około 600 stron. Nie rozumiem więc, czemu jest tak spięta... Niby wprowadzający początek jest czymś nudnym, lepiej rzucać od razu na głęboką wodę - z takim zdaniem już się spotkałam. Przy niektórych książkach, to całkiem spoko rada, ale nie przy Grimie. Odniosłam wrażenie, iż dla autorki te kilkaset stron to i tak za mało. Z jednej strony nie bardzo się dziwię. Wytłumaczenie działania całego świata, który przedstawia pani Gesa, mogło być trudnym zadaniem. Świat przedstawiony bowiem jest bardzo obszerny, bo jest to fantasy w czystej formie, a w dodatku autorka nie ma wielu lat doświadczenia, jak szanowany Tolkien. Z drugiej jednak strony można była to chociaż minimalnie uprościć. Czary, który rzucają bohaterowie są łatwe do zrozumienia, co nie znaczy, że wiemy skąd się one wzięły. Zostajemy rzuceni na pole walki między Grimem a demonem całkiem zieloni. Na całe szczęście na pomoc przychodzi nam niedoświadczona Mia, której także trzeba wszystko tłumaczyć. Także, jak przejdziemy przez początek to dojdziemy do słodkiego środka, gdzie akcja powoli się rozkręca. Moja rada jest jedna: jeżeli lubicie czytać kilka książek na raz, Grima przeczytajcie samego. Fabuła lubi mieszać, lubi zwroty. Ponieważ obecnie czytam trzy na raz, ciężko mi było ją przełknąć. Dopiero jak odłożyłam dwie pozostałe, poszło gładko.
Ogólny styl powieści jest przejrzysty. Książkę tłumaczyło dwóch tłumaczy: Ryszard Turczyn oraz Krzysztof Żak. Nie jestem pewna, czy to wina tłumacza (chociaż wątpię), ale w pierwszej części książki jest wiele powtarzających się wyrazów, zwłaszcza "prychnął/prychnęła". Więc prawdopodobnie autorka bardzo upodobała sobie to słowo. Poza tym, małym irytującym aspektem, wszystko było super.
Ogólne podsumowanie? Sądzę, że 8/10. Rzadko zdarza się tak czyste fantasy, tak fajni bohaterowie i tak fajny język. W pewnej części powieść staje się ciut za filozoficzna... Właśnie. Jak dla mnie, po prostu zabrakło "tego czegoś", co nadało by książce porywającego płomyczka. Cóż, może następne części będą lepsze? Jeżeli także będą kosztowały 50 zł (a zapewne tak), to nie wiem czy się zdecyduję. Poszukam w bibliotekach.
Jeśli jesteście wielkimi fanami fantasy, to z czystym sercem polecam. Innym jednak radzę się zastanowić :3

piątek, 21 marca 2014

Szeptem



Muszę przyznać, że w miejscowym Empiku (mieszkam raczej w malej miejscowości), można znaleźć najwięcej książek z działu "romanse", "biografie", "podróże" oraz "literatura młodzieżowa". To ostatnie ustawione jest na dużej półce zawalonej tytułami, którymi interesują się dziewczęta w wieku dorastania oraz mniejszością ciekawszych, wielotomowych fantasy. Jestem osobą, której powoli brzydną te wszystkie romanse, powolutku przerzucam się na fantasy oraz sci-fi, jednak nie znaczy to, że nie romansów nadal nie mam słabości. Owszem, zaczęło się od "Zmierzchu", ale nie szłam tropem wampirów, tylko Upadłych Aniołów. Wśród swojego zbioru (niemałego) mam szczególnie dwie perełki, jedną z nich chciałabym opisać.

"Szeptem" to powieść, jak można się po wstępie domyślić, jest o aniołach, autorką jest Becca Fitzpatrick. Główną bohaterka jest nastoletnia Nora. Dziewczyna bardzo poukładana, nie lubiąca wszystkiego, nad czym nie ma kontroli. Jest ładna - ma ciemne włosy i długaśne nogi, za którymi wszyscy przepadają. Za najlepszą przyjaciółkę ma Vee - totalne przeciwieństwo. Vee jest zawsze w dobrym humorze, a większość jej myśli zajmują faceci o czym nie zapomina ciągle nam przypominać zboczonymi, czy też powalająco śmiesznymi uwagami. Obie są niczym siostry, więc równie dobrze lubią gadać w kawiarniach i na lekcji, co irytuje trenera, który... postanawia przesadzić uczniów do innych ławek. Tym sposobem Nora poznaje tajemniczego, ale dziwnego Patcha. Dla tych, który nie wiedzą, Patch to... dosłownie łata, z angielskiego.
W jej życiu zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy.
Chłopak ubiera się na czarno, ma czarne włosy, czarne oczy i jest potwornie przystojny. Co więcej, doskonale zna Norę, wszystkie jej upodobania, wie jak zareaguje w danej sytuacji. Strasznie ją to irytuje, próbuje się przed nim bronić, co niekoniecznie jej wychodzi, ponieważ jego tajemniczość bardzo ją pociąga. Można by pomyśleć: kolejna mdława opowiastka. Halo, halo, nie skończyłam! Fabuła nie kończy się na Patchu, pcha się dalej. Nora wkrótce poznaje dwóch następnych kolegów, Elliota i Jules'a. W dodatku jej starego psychologa zastępuje nowy - pani Greene, która każe jej się trzymać z dala od Patcha.
Pokrótce streściłam już fabułę, teraz obsmaruję samych bohaterów. Najlepsze w tej książce jest to, że Patch nie odpycha Nory, bo "ja jestem zły", wręcz przeciwnie. Cały czas daje jej do wiadomości, iż bardzo ona się mu podoba i sugeruje, ba! wie, że działa to też odwrotnie. Nikt nie mydli nam oczy głupimi uczuciami. Inni bohaterzy owiani są przyjemną, tajemniczą mgłą, która powoli, coraz bardziej wciągając, rozwiewa się pod koniec. Książkę czyta się szybko, co daje przyjemne odczucie, że nie stoimy w miejscu.
Sama fabuła jest przejrzysta, a narracja w pierwszej osobie, jest przyjemna i zrozumiała. Wtapiamy się w Norę, przeżywając niektóre sytuacje w sposób podobny jak ona sama.
Książka jest romantyczna, śmieszna i przyjemna, chętnie przeczytałam całą sagę.
Jeśli miałabym opisać wady, to nie ma ich tutaj zbyt wiele, moim zdaniem. Miejscami Nora może wydać się ciut irytująca, bądź za bardzo uparta - jak większość bohaterek młodzieżówki. Powieść nie kończy się w połowie akcji, ale delikatnie odbija happy end'em. W sumie moje wymagania co do książek mogą (ale nie muszą!) okazać się niskie, lecz tą książkę chcę polecić każdej dziewczynie. Jest lekka, więc idealna na wieczory przy herbacie :-)

środa, 12 marca 2014

Trylogia Czasu

Pisałam już na temat Czerwieni Rubinu, iż książka jest dobra, ale bez przesady. Może zbytnio się pospieszyłam? Nie, to nie to. Drodzy Państwo, chodzi raczej o poziom Błękitu Szafiru oraz Zieleni Szmaragdu. Dowiedziałam się również, że na podstawie tej serii powstał film. Teraz pozwolę sobie na typowy "edit".
Przede wszystkim powtórzmy sobie fabułę: siedemnastoletnia Gwendolyn posiada gen, dzięki któremu może przenosić się w czasie. Towarzyszy jej przy tym Gideon de Villiers, między bohaterami coś iskrzy. Poza tym mamy fabułę zbudowaną na tajemnicach i sprawach, których często nie rozumie choćby sama bohaterka. Bohaterzy są całkiem fajni, autorka - Kerstin Gier - ładnie opisuje wieki poprzednie. Mamy nawet nutkę grozy przy Hrabim de Saint Germain. Książka całkiem zwyczajna, a jednak...
Po przeczytaniu kolejnej części (Błękitu Szafiru), muszę zmienić zdanie. Osobiście uważam to za bardzo rzadki przejaw, kiedy pierwsza książka jest po prostu do przetrwania, a druga wprowadza nas w piękną, delikatną, a jednocześnie wciągającą opowieść. Otóż dopiero tutaj rozkręca się akcja. Nasza młoda Gwen nie tylko poznaje Lucy i Paula, którzy przed jej narodzeniem uciekli z chronografem (przedmiotem, dzięki któremu można przenosić się w czasie na własne życzenie) ale także pozostałych przodków, za przykład weźmy lady Tilney. Staje przed kilkoma całkiem nowymi tajemnicami, a jednak kilka poprzednich wreszcie się wyjaśnia.
Muszę przyznać, iż byłam mile zaskoczona tą zmianą. Gwendolyn wreszcie przestaje być irytującą, nic nie wiedzącą dziewczyną, a bohaterką z pierwszego zdarzenia, która bierze sprawy w swoje ręce. Bohaterzy, których uważała za przyjaciół, okazują się być zagadkowo złośliwi i na odwrót. Zaczyna bardzo powoli rozumować niektóre rzeczy, co więcej, zaczyna spotkać się ze swoim dziadkiem. Okaże się on być prawdziwym kluczem do tej książki. Jest zupełnie jak Yoda, z Gwiezdnych Wojen. Będzie dla wnuczki człowiekiem, który zawsze jej wysłucha (a będzie miał czego, po kolejnych problemach miłosnych), człowiekiem, którego nie zdążyła dobrze poznać. To będą mile spędzone chwile, może się nawet łezka w oku pokręci. Na deser zostaje jeszcze Lucy wraz z Paulem, z którymi udaje się nawiązać kontakt. Zwłaszcza pod koniec drugiej części  - Gideon spotyka Paula, dowiaduje się, że coś złego grozi Gwendolyn. Niestety problemy związane z ich "przyjaźnią" nie pozwolą mu tymczasowo na poważną rozmowę.
A co tak naprawdę jej grozi? Jaki ma to związek z Hrabią de Saint Germain i tajemnicą strzeżoną przez wszystkich Strażników?
Nie odpowiem na te pytania, ponieważ jestem dopiero w połowie ostatniej części. Mogę jedynie gwarantować masę dobrych zagadek oraz humoru, któremu Gwen nie brakuje. Książka jest napisana ze smacznymi żartami, siedząc na szkolnym korytarzu musiałam ukrywać śmiech w dłoni. Oprócz Charlotty, każdy bohater, tak jak wcześniej napisałam, jest godny uwagi. Ponad to zdarzają się nieoczekiwane zwroty, w większości prowadzące do środka fabuły, z którego (przynajmniej mi) jest bardzo ciężko się odciągnąć.