czwartek, 5 stycznia 2017

Urodzinowy special: książki, które mnie pożarły, zamiast ja je.

To już trzy lata, od kiedy prowadzę tego bloga. Trzy lata pisania recenzji książek, które przewinęły się przez moje ręce i oczy. Jestem stuprocentowo pewna, że za ten czas moje umiejętności poprawiły się (chociaż odrobinkę). Jako, że minął już następny rok, a za nami Nowy Rok, postanowiłam zrobić krótkie streszczenie tego, co się tutaj działo ostatnimi czasy i... Polecić Wam książki, które zawładną Waszym sercem. Po raz pierwszy wymieniałam te, które mnie zmieniły. Tym razem przyszedł czas na te, które mnie pożarły. Chwyciły moje serce, po czym już mi go nie oddały, czyli Top Favourites.
Ale najpierw małe info:

♦ Na blogu znajdziecie 66 recenzji, w tym 15 z uprzedniego roku.
♦ Licznik odwiedzin wynosi w tej chwili 1765.
♦ Najchętniej szukacie u mnie książek z gatunku romans.
♦ Recenzja z największym licznikiem odwiedzin należy do "Intruza" Stephanie Meyer.


Patrzę teraz na książkę, która leży tuż pod moim nosem, gotowa do zrecenzowania. Przeczytałam ją dopiero wczoraj, ale już wiem, że będzie należała do jednej z moich ulubionych. Mowa o "Dziecku Odyna", autorstwa Siri Pettersen. Książkę tę dostałam w prezencie, z czego tak strasznie się ucieszyłam, ale dopiero teraz nadeszła jej kolej. Pochłonęłam ją jednym tchem. Z początku wydawała się dość trudna, pomieszana. Mam tendencję nielubienia głównych bohaterów i tutaj przez pierwsze rozdziały bardzo topornie myślałam o Hirce, ale gdy tylko dziewczyna zebrała się w sobie, po czym postanowiła wziąć życie w swoje ręce... Urzekła mnie jej postawa. Urzekli mnie inni bohaterowie, zwłaszcza Rime oraz Urd. Dlatego mogę zapewnić, że recenzja na pewno się pojawi i będzie pozytywna. Bardzo pozytywna. Najpierw muszę dojść do siebie po "kacu książkowym". Jestem pewna, iż następna nudna lektura szkolna mi w tym pomoże... "Dziecko Odyna" to pozycja niezbędna dla każdego fantasty. Już sama okładka pokazuje, jak dobre dzieło trzymamy w rękach!
   Na liście nie mogłoby zabraknąć dójki moich ulubionych pisarzy. Pierwszą z nich poznałam dokładnie rok temu... nie, dwa. Dzięki bibliotece szkolnej. Mowa o "Gildii Magów" a także reszty trylogii "Czarnego Maga" Trudi Canavan. Znowu fantastyka. Znowu moja miłość. Chociaż kocham książki, niezwykle rzadko zdarza mi się czytać więcej niż godzinę dziennie. Te trzy książki łącznie pochłonęłam w tydzień. Zauroczyła mnie magia, ten niezwykły świat przedstawiony i wielka zagadka czarnej magii, nie używanej od wieków. Kolejna pozycja, moim zdaniem, obowiązkowa dla miłośników tego gatunku. Czytałam również inne powieści Trudi Canavan, lecz do "Gildii" mam szczególny sentyment. Poznałam ją jako pierwszą i chyba nadal uważam, że póki co - jest najlepsza.
   Drugim pisarzem, którego książki zajmują mi sporo miejsca jest Haruki Murakami, japoński pisarz. Pisze oryginalnie, a zarazem boleśnie zwyczajnie na swój sposób. Mimo wszystko, jak przysiądę do Jego powieści, to lepiej mi nie przeszkadzać. Pochłaniają mnie sprawy bohaterów, raz błahe, innym razem raczej niezwykłe. Przeczytana w zeszłe wakacje "Norwegian Wood" zawładnęła moją duszą. Czytałam i czytałam, chodziłam do parku, ślęczałam nad kartkami i przewracałam jedna za drugą. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co mnie tak strasznie urzekło. Motyw podróży jest temu autorowi oraz jego fanom dobrze znany. Opisy przyrody, depresyjna dziewczyna, niezależna przyjaciółka, życie studenta. To wszystko ma dla mnie urok. Podobnie jak historie bohaterów drugoplanowych, ich niecodzienność. Tym bardziej się cieszę, gdy widzę nowiutkie książki Murakamiego, które dostałam na święta. Czeka mnie tyle czytania!
  Mogłabym tak wymienić jeszcze z kilka pozycji. Dobrze pomyśleć i opisać następne tytuły - mniej lub bardziej znane. Zdecyduję się na jeden, odstający nieco od pozostałych gatunków. Komedia i romans - tego na moich pułkach jest malutko, ale kto powiedział, że tego nie lubię? Co prawda, najlepszy humor, z jakim się spotkałam w książce należał do "ja, diablica" pani Miszczuk, jednakże jest jeszcze "dedykacja", amerykańskich autorek: McLaughlin & Kraus. Czytałam ją chyba już z trzy razy. Jest lekka, przyjemna. W sam raz na odprężenie przy kubku gorącej herbaty. O ile się nie mylę, książkę tę recenzowałam już na blogu, a jak nie, to pewnie jeszcze to zrobię. Pośmiałam się. Trochę złościłam. Trzymałam kciuki za główną bohaterkę, która stara się uświadomić swojej starej miłości, jak bezdusznym okazał się artystą, jakim chamem i kłamcą. Naprawdę jeszcze się za nią zabiorę. Nie raz.

To tyle. Cóż mogę więcej napisać? Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zajrzeć na bloga, bądź zaufali mojej opinii. Zapraszam też gorąco do śledzenia moich poczynań, ale zwłaszcza do komentowania i polecania swoich top favourites. Lista czytelnicza powinna być zawsze długa!
Yori, autorka bloga.

Miłość Peonii

Teatr jest nieodłączną częścią sztuki, nie tylko współczesnej. Pierwsze scenariusze wystawiano już przecież w Antyku. Ery się zmieniały, lecz sceny pozostały - nie te same, ale stworzone do jednego - do wystawiania sztuki. Nie ważne gdzie, ani kto jest aktorem. Ważne jest przesłanie, a te powinno trafiać do serca.


 Lisa See należy do jednej z najbardziej rozpoznawalnych pisarek, jeśli chodzi o literaturę związaną z Chinami. Jej powieści dobrze się sprzedają i nic dziwnego. To kolejna powieść tej autorki, która bardzo przypadła mi do gustu. Spotkałam się ze znanym mi już w jej stylu opisem, czyli przede wszystkim zachowaniem ponadczasowego ducha Chin.
  Peonia jest młodą dziewczyną, która właśnie wkracza w wiek dorosłości. To wielka chwila dla takich dziewcząt. Wraz z dorosłością nadchodzi bowiem małżeństwo. Z okazji tych urodzin, ojciec Peonii sprasza do ich rezydencji znane osobowości, rodzinę i wystawia sztukę o tytule Pawilon Peonii. Jest to historia bardzo popularna, opowiadająca o miłości między wykształconym Liu Mengmei a piękną, wrażliwą Du Liniang. Sztuka ta stała się inspiracją dla Lisy See, nic więc dziwnego, że odgrywa w powieści tak ważną rolę. Jest ona oparciem dla fabuły, powodem, dla którego wzruszona Peonia opuszcza swoje miejsce za parawanem i udaje się na spacer. W jednym z pawilonów spotyka młodego mężczyznę. Rozmawiają. Między nimi rodzi się uczucie, którego niestety nie będą mogli w sobie rozbudzić, choćby serce rwało się ku temu nie wiadomo jak. Peonia musi niebawem wyjść za mąż, za mężczyznę, którego nie zna i nie chce poznać. Szaleje z rozpaczy, rozmyśla o swoim poecie spotkanym w ogrodzie. Odmawia jedzenia. Jej jedynym zajęciem staje się zalewanie papieru swoimi uczuciami oraz rozszyfrowywanie ukochanego Pawilonu Peonii.
   W tamtym czasie, w Chinach narodził się raczej niezdrowy, albo wręcz zatrważający trend dziewcząt umierających z miłości. To kolejna inspiracja, którą wykorzystała w swej powieści Lisa See. Zatem Miłość Peonii nie jest tylko mdłą opowiastką o niespełnionej miłości. W jej kartkach skrywają się najróżniejsze emocje, które szarpały moim sercem. Zmuszały do płaczu, śmiechu, wzruszenia. Książka z całą pewnością jest emocjonująca. Oto trzy Chinki poślubione jednemu mężczyźnie nie mogą zaznać szczęścia. Jedna po drugiej, marnieją w oczach, aż pierwsza (już po śmierci) postanawia pomóc trzeciej osiągnąć szczęście. Ucząc się na poprzednich błędach, wreszcie może uszczęśliwić swojego męża.
  Czytając to nieco rozległe streszczenie, łatwo można dojść do wniosku, iż Miłość Peonii naprawdę przypadła mi do gustu. Nie chodzi wyłącznie o tą emocjonalną stronę, czy powiązanie z kulturą dalekowschodnią, która jest bliska mojemu sercu. Peonia jest kobietą, jak każda inna kobieta. Pragnie ciepła mężczyzny, jego miłości i chce go uszczęśliwiać. Pech sprawia, że nie jest jej to dane, a ona zachowuje się jak zwyczajna kobieta: cierpi. Poza tym, jest niezwykle odważna. Wyraża swoje zdanie o miłości, chociaż jako pannie jej to nie przystoi. Zajmuje się poezją, podczas gdy tradycjonaliści pragną znów zamknąć kobiety za murami domów. To walka nie tylko o jej uczucia, lecz społeczność kobiet. Książka ta niesie w sobie bardzo ciekawe przesłania, a te trafiają prosto w serce. 
   Bardzo mile wspominam powieści Lisy See i żałuję, iż autorka ta ma ich tak niewiele. Podobnie jak Anchee Min, zajmuje na moich pułkach poświęconych Azji honorowe miejsce. Miłość Peonii mogę polecić każdej z nas. Miejscami może wydawać się niezrozumiała (niestety), ponieważ opisane są tam zaświaty wywodzące się z buddyzmu. Warto więc najpierw nieco poczytać o chińskich wierzeniach przechodzenia na drugą stronę, a powieść okaże się mniej skomplikowana (choć autorka stara się czytelnie opisywać zaświaty i zgrabnie tłumaczy cel niektórych zabiegów). Pewnie jeszcze kiedyś wrócę do tej książki. Na razie wiem jedno - bardzo zaostrzyła mój apetyt na poznanie Pawilonu Peonii oraz przeżycia na własnej skórze tej pierwszej miłości. Mam to szczęście, że jest ona dopiero przede mną.


Tytuł oryginału : Peony in Love
Autorka : Lisa See
Wydawnictwo : Świat Książki
Przekład : Anna Dobrzańska-Gadowska
Ilość stron : 390