poniedziałek, 28 marca 2016

Łza

Kiedyś mieszkałam w małej miejscowości w Kalifornii, gdzie pobliskie jezioro było tak naprawdę zatopioną doliną, w której niegdyś leżała wioska. Nawiedzały mnie widma tej podwodnej osady, co doprowadziło mnie do obsesji na punkcie opowieści o potopie, od arki Noego przez Atlantydę Platona aż po epos o Gilgameszu.*


Czytelnicy, którzy poznali serię "Upadłych" , mają szansę poznać następną, świetnie wykreowaną powieść przez tę samą autorkę. Tym razem mamy do czynienia z legendą znanej nam z baśni Atlantydy oraz dziewczyny, która być może posiada moc, by wznieść ją z powrotem z głębin oceanu. Owa bohaterka na imię ma Eureka i jest niezwykle energiczną, ciekawską świata dziewczyną. Przynajmniej do czasu, gdy jej matka umiera porwana przez falę. Jakimś cudem osiemnastoletnia dziewczyna przeżyła, podczas gdy Diana - nie. To powoduje u niej wyrzuty sumienia, zaczyna mieć myśli samobójcze i całkowicie wycofuje się z życia, które dotychczas prowadziła. Nie radzi sobie z rówieśnikami, rodziną, potem z najlepszym przyjacielem, bowiem Brooks po osiemnastoletniej znajomości, staje się złośliwym chamem. W dodatku w życiu Eureki pojawia się tajemniczy Ander o oczach tego samego koloru, co woda oceanu.
Być może Eureka lepiej by sobie z tym wszystkim radziła, gdyby mogła się wypłakać w czyjeś ramię, gdyby nie trwała tak uporczywie w swoim stoicyzmie. Jednak, jeszcze jako mała dziewczynka, zrozumiała, że płakanie jest po prostu zabronione. Tego nauczyła ją matka. Ta sama, która pozostawiła po sobie tajemniczą księgę napisaną w niezrozumianym niemal dla każdego języku, ciężki kamień w skrzyneczce, medalion i list. Eureka postanawia przetłumaczyć księgę. A ona - jak to bywa w fantastycznych powieściach - odpowie na chyba wszystkie pytania.
  Porównując "Łzę" do "Upadłych" bardzo zadziwia mnie różnica między charakterami głównych bohaterek. Podczas gdy Lucinda jest zdezorientowaną nastolatką, Eureka jest typową buntowniczką. Wcale nie zamierza współpracować z masą psychologów, do których wysyła ją macocha. Jest zaledwie jedna cecha wspólna - zarówno Luce jak i Eureka posiadają taką moc, aby uratować świat. I chociaż w wielu książkach oraz filmach jest to po prostu przesadzone, tak "Łza" buduje klimat stopniowo, przekonując nas do tych niemożliwości, zwyczajnie ożywiając legendę.
  Cenię sobie Lauren Kate, zdecydowanie jest jedną z moich ulubionych pisarek. Narracja jest prosta, ale opisy bogate. Nie brakuje autorce pomysłów na popychanie fabuły i nie jest to wymuszone. Czasami tylko bywało nudno, bywało wręcz irytująco, kiedy Eureka zamykała się sama w sobie, dusząc złość. Mi, jako nastolatce, pewnie jest o wiele łatwiej wczuć się w rolę głównej bohaterki. Generalnie, bohaterowie są ciekawi. Każdego (albo prawie każdego) da się polubić. W fabule jest tajemnica, jest nostalgia (nieodłączna z tematem śmierci), są emocje. Tę książkę wolałam czytać samotnie, w domowym zaciszu. Bywało, że wręcz chciałam, aby Eureka się rozpłakała mimo wszystko i jedne co mam Lauren Kate za złe, to chyba to, że tak bardzo utrudniła naszej bohaterce życie.

  Wracając jednak do tej nudy - znalazła się jedna, mała wada, która nieco kłuła mnie w oczy. Początek książki jest ciężki do wbicia się. Brakuje dynamiki, a więc jednej z moich ulubionych cech powieści. Owszem, po przekroczeniu jednej trzeciej, idzie się wciągnąć wcale nie gorzej od ulubionych powieści. Tylko ten sam początek może odpychać. Ja czytałam "Łzę" po raz drugi. Wiedziałam co będzie potem, mniej więcej pamiętałam koniec. Cieszę się, że z niej nie zrezygnowałam mimo wszystko... bo chociaż nie zalicza się do moich ulubionych książek, czas przy niej spędzony na pewno nie był stracony! Okazała się być doskonała na wolne popołudnie i wieczór przy gorącej herbacie. Nie trudna, profesjonalnie napisana, ciekawa. Jakie było moje szczęście, gdy mogłam sięgnąć po kolejną część! Mam nadzieję, że koniec pozytywnie mnie zaskoczy (w porównaniu - niestety - do "Upadłych") i będę wspominała "Łzę" oraz "Wodospad" jeszcze dłużej.
  Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na śliczną okładkę. Ostatnio robię to coraz częściej, ale zapewniam, że to czysty przypadek. Książki kupuję dla ich piękna wyłącznie wtedy, gdy nie mam żadnego pomysłu na inne kupno. Na "Łzie" okładka zachowała mroczną poświatę, z lekka rozjaśnioną i silnie kojarzącą się z zatopionym światem. Sukienka stojącej na środku dziewczyny jest po prostu piękna, gdy tak sobie po niej spływa. Wydaje mi się, że to jedna z ładniejszych książek, jakie stoją na moich półkach. 


Tytuł oryginału : Teardrop
Autorka : Lauren Kate
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Anna Studniarek
Ilość stron : 396

*Słowa autorki zawarte w rozmowie opublikowanej pod koniec książki.

piątek, 18 marca 2016

Ostatnia z dzikich

Czytanie książek jednego i tego samego autora może być całkiem przyjemną podróżą. Z czasem poznajemy jego styl, wyczucie, umiejętności. Jeśli potrafi nas czymś zaskoczyć nawet po latach znajomości, uznajemy go za niezwykłego. Jednak sprawy mają się inaczej, gdy czytając kolejne dzieła natrafiamy na to samo, co w poprzednich.


Okładka książki Ostatnia z dzikichRozczarowanie to okropne uczucie, z którym spotkał się każdy z nas. Potrafi z nas wyssać ostatnią nadzieję, choćbyśmy trzymali się jej bardzo mocno. Dobry czytelnik, zwłaszcza taki  o wytrawnym guście, musi z czasem przywyknąć, że nie wszystkie powieści wpadające mu w dłonie są takie dobre, jak ulubione dzieła. Albo - nawiązując do powyższego - autor nie wykazał się, robiąc pętlę z jednej książki do następnej. W poprzednim poście recenzowałam "Kapłankę w bieli" autorstwa Trudi Canavn. Mogłam ją opisać dosłownie jednym zdaniem, bo po przeczytaniu "Gildii magów" miałam wrażenie, iż dostaję na talerzu dosłownie to samo. Wyraziłam też szczerą nadzieję, że to się zmieni i zabrałam do kolejnej, drugiej części trylogii. 
    Po bitwie sprawy zaczynają się komplikować i komplikują coraz bardziej, im dalej jesteśmy z fabułą. Auraya męczy się w koszmarach oraz boleje po stracie ukochanego, by następnie nabrać wątpliwości co do swojego zajęcia. Tkacz snów odnajduje swoją prawdziwą tożsamość. Emeralh wyrusza w poszukiwaniu innych Dzikich. Bogowie dają się bliżej poznać. Pentadrianie wyznaczają nowego przywódcę. Siyee chorują. Lud morza traci swoją księżniczkę.
   Tak mniej więcej rysuje się fabuła i szczerze powiem, z ręką na sercu, że druga część jest o niebo lepsza od pierwszej. "Ostatnia z dzikich" staje się czymś znacznie oryginalniejszym. Być może nie ma tu jakiejś powalającej dynamiki, nie ma wojen, ani nagłych zwrotów akcji (przynajmniej niezbyt wiele). Są jednak zaskakujące odpowiedzi na pytania z "Kapłanki". Bohaterowie rozwijają się w naszych oczach, poznajemy innych i przyglądamy się rozwijającym umiejętnościom Aurai. Okazuje się bowiem, że jest ona znacznie potężniejsza, niż wszyscy z początku zakładali (łącznie z bogami), ale to naturalne w powieściach tego typu. Ciekawym jednak jest, jak dziewczyna wykorzystuje swoje Dary. Z pewnością nie jest podobna do innych Białych. 
   Wciągający okazuje się być wątek dotyczący pentadrian. Otóż pojawia się nowa bohaterka, która wprowadzi nas w ich świat - różniący się od tego, który mieliśmy okazję spotkać w pierwszej części. Ich bogowie nie są przedstawieni tak szczegółowo, jak piątka z kręgu znanych Aurai. Co najciekawsze, wydają się naprawdę istnieć. Oprócz nich, kolejna bohaterka pochodzi z podwodnego świata morskiego ludu Borra. Podoba mi się ich naturalistyczne opisy. Podobnie jak w przypadku Siyee, nie są oni ucieleśnieniem naszej wyobraźni (tutaj: syren). Mają grubą skórę, która potrzebuje wilgoci, są łysi i mają szerokie klatki piersiowe. To daje nam świetne pole do własnych wyobrażeń, co tak bardzo lubię w książkach.
    Tak więc, jak podejrzewałam, trylogia zaczyna się rozwijać w dobrym kierunku. Teraz nie będę miała żadnych oporów przed kupnem ostatniej, trzeciej części. Zastanawiam się tylko, kiedy mi się to uda. Na razie z funduszami słabo. W każdym razie, myślę, że warto przemęczyć "Kapłankę" dla "Ostatniej z dzikich". Czytając opinie innych czytelników, ci którzy spotkali się z Trudi Canavan po raz pierwszy, byli zachwyceni tą trylogią. Jeśli więc ktoś się waha, mogę ją polecić. Nadal jednak uważam, że trylogia "Czarnego maga" jest bardziej interesująca i pokazuje znacznie więcej, jeżeli chodzi o umiejętności autorki. Nie czytałam Jej innych dzieł (do czasu!), więc nie mam niestety porównania. Ale nawet dzisiejsza książka, stoi na mojej półce znakomitych. Polecam.

Tytuł oryginału : Last od the Wilds
Autorka : Trudi Canavan
Wydawnictwo : Galeria Książki
Przekład : Piotr W. Cholewa
Ilość stron : 650