wtorek, 20 grudnia 2016

Druga szansa

Budzicie się w miejscu, którego nie poznajecie. Nie wiecie nawet, kim jesteście. Cała wasza pamięć gdzieś wyparowała. Jedyną pomocą jest podejrzana kobieta. Opowiada wam o waszej przeszłości, ale skąd możecie wiecie, czy jej zaufać? Jak uciec z miejsca, z którego ucieczki właściwie nie ma?


   Julka staje przed takim zadaniem. Budzi się w ośrodki o wdzięcznej nazwie "Druga Szansa", gdzie trafiają ludzie z zanikami pamięci, nie mający żadnej rodziny, ani nikogo, kto by się nimi zaopiekował. Ośrodek ten oferuje im pomoc za nic w zamian. Czy to nie brzmi dość podejrzanie? Jednakże Julka niczego nie pamięta i jedyna deska ratunku spoczywa w rękach kobiety, której nie ufa od samego początku. Jak można się niby odnaleźć w takiej sytuacji?
   Poznałam Katarzynę Miszczuk dzięki "ja, diablica", gdzie zauroczyła mnie swoim humorem. Tutaj do czynienia nie mamy z komedią. Pierwsze, na co zwróciłam szczególną uwagę to klimat tej powieści. Tajemniczy i ciężki, jak przystało na dobry horror. Niestety, nie mogę powiedzieć, by bohaterowie jakoś szczególnie się wyróżniali. Julka jest zdezorientowana, co jest oczywiste. Szuka wyjaśnienia (nie od razu), buntując się przed posłusznym braniem leków i słuchaniem dorosłych. Rozumie, że coś jest nie tak, chociaż brakuje jej umysłu detektywa. Odnoszę wrażenie, iż autorka wręcz za bardzo ją tego pozbawiła, bowiem do niektórych faktów czytelnik dochodzi przed główną bohaterką. Jeśli chodzi o płeć męską, to dostajemy niezłego przystojniaczka, Adama. Chłopak generalnie jest buntownikiem. Tym bardziej dziwi, że przebywając już rok w Drugiej Szansie, niczego podejrzanego nie zauważył, a nawet jeśli - nie starał się tego poruszyć. Oczywiście, mogło to być związane z tajemniczymi postaciami, które nawiedzają bohaterów. Dla Julki jest to nie lada koszmar, gdy w zamkniętym pokoju dostrzega kobietę z włosami zasłaniającymi twarz, błagającą ją, by otworzyła oczy. Bohaterowie drugiego planu tworzą nieco ciekawsze towarzystwo. Niekoniecznie znajomi z ośrodka, ale szalona Magdalena i dziewczynka z autyzmem, Edytka. Obie zdają się znać prawdę, ale skąd? 
   Pomimo tego, iż książka wydała mi się zbyt prosta jak na historię z wątkami horroru, to podobała mi się - temu nie zaprzeczę. Przyczynił się do tego nie tylko klimat, ale również sama fabuła, bo była na swój sposób oryginalna. Ośrodek w środku lasu, gdzie otumaniają cię lekami, gdzie uczestniczysz w sesjach, które zamiast pomagać - bardziej przerażają. Prowadzą donikąd. Te upiory i koszmary oraz przeczucie o otaczającym cię kłamstwie. Świat przedstawiony jest świetnie opisany. Ponad to podobały mi się opisy co straszniejszych scen. Nie były wybitne, jednakże pobudzały wyobraźnię! Książka zawiera też świetne ilustracje.
  Kolejnym ogromnym plusem jest zakończenie tej powieści. Kiedy wydaje się, że Julka z Adamem nie mają już żadnych szans, autorka decyduje się na kompletny zwrot akcji. Surrealistyczny świat nabiera sensu. Po drugiej stronie czekają istoty, które bardzo lubiły nawiedzać Julkę w jej koszmarach...
   Bardzo lubię twórczość Miszczuk, choć nie przeczytałam jeszcze jej debiutanckiej powieści (mam jednak nadzieję, że się za to zabiorę). Kolejna książka z spod jej dłoni była dla mnie smaczkiem. Może zabrakło mi tego i owego, ale nadal pozostaję zadowolona. Pewnie za jakiś czas jeszcze wrócę do "Drugiej szansy". Kto wie, czy nie odkryję jej na nowo?


Autorka : Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo : Uroboros
Ilość stron : 330

niedziela, 4 grudnia 2016

Życie Pi

Samotność przeraża wielu z nas. Ta druga połowa uważa ją za spełnienie marzeń. Wątpię jednak, by chcieli się znaleźć zupełnie sami gdzieś pośrodku Pacyfiku. Chociaż, ten bohater wcale nie był sam. W szalupie pośrodku oceanu towarzyszył mu przecież... tygrys bengalski.


Ktoś nie słyszał o filmie Życie Pi? Był całkiem popularny kilka lat temu, głównie dzięki pięknym efektom specjalnym. Oglądałam to dzieło. Tak bardzo mi się spodobało, że tytuł na długo pozostał mi w głowie - bo, jak widać, do teraz. Nie wiem, czy wiedziałam i zapomniałam, czy nie zdawałam sobie sprawy, że jest to film na podstawie powieści. W każdym razie, zobaczenie okładki z Pi i Richardem Parkerem było dla mnie miłym zaskoczeniem. Jestem zdania, iż książki są zawsze lepsze od filmów, więc musiałam ją przeczytać.
   Przybliżając nieco fabułę osobom, które jednak spotykają się z Pi po raz pierwszy - tytułowy bohater jest Hindusem, mieszkającym sobie spokojnie w Indiach, w kraju, który kocha. Wychowuje się w szczęśliwej rodzinie z matką, ojcem oraz starszym bratem i w otoczeniu najróżniejszych zwierząt. Jak najbardziej - zwierząt. Słoni, żyraf, nosorożców, orangutanów i innych cudów natury, bowiem jego ojciec prowadzi zoo. Nie tylko to zaskakuje. Pi jest nadzwyczaj spostrzegawczym, mądrym chłopcem. Poza tym, niezwykle wierzącym, a najlepszym tego przykładem jest jego zaangażowanie aż w trzy religie. Rzecz jasna, nikt oprócz niego tego nie toleruje. Co niby łączy hinduizm, chrześcijaństwo i islam? 
   Pewnego razu ojciec rodziny stwierdza, że jednak lepiej będzie im się żyło w Kanadzie. Wyobraźcie sobie zaskoczenie chłopców. Przecież to jest tak daleko od Indii, przecież tam jest całkiem inne życie, kultura, język... Nie ma zmiłuj. Decyzja podjęta, wkrótce też zaakceptowana przez rodzinę na dobre. Zaczyna się podróż. Formalności dotyczące zwierząt załatwione, część zapakowana wraz z nimi na japoński potężny frachtowiec. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewna awaria, która w istocie doprowadza do zatonięcia statku. Właśnie w ten sposób Pi zostaje całkiem sam na Oceanie Spokojnym, za jedyne towarzystwo mając zebrę, hienę centkowaną, orangutanicę, szczura i tygrysa bengalskiego.
  Nie chcąc zdradzać reszty fabuły powiem tak: książka jest niezwykła. Niekoniecznie ze względu na szczegółowe opisy i samą postać Pi Patela. Rzekomo opowieść, którą postanowił spisać autor jest prawdziwa, a pan Patel naprawdę istnieje. Żyje sobie w Kanadzie, z żoną i dziećmi, nadal wyznając trzy religie i wspominając tygrysa, który przeżył z nim dwieście siedemdziesiąt dni na Pacyfiku. Trudno w to uwierzyć, prawda? Jego przetrwanie zależało wyłącznie od niego. Ta wola walki była tak niezwykła, podobnie jak tresura tygrysa bengalskiego - młodego samca potężnego kota, jednego z najlepszych drapieżników na ziemi. Wiele rozwiązań jakimi posługiwał się bohater była zaskakująca. Zastanawiam się, czy sama bym na to wpadła? Czy poddałabym się od razu po tym, jak zrozumiałabym, że zostałam całkiem sama...?
  Książka daje do myślenia. W pewnym stopniu też przeraża. Pokazuje jak nieprzyjazna jest natura względem człowieka, gdy ten stanie się całkiem bezbronny. Nie tylko w postaci rozszalałego oceanu, ale również zwierząt, choćby rekinów, czy wygłodniałych hien. Skrajne warunki zaprzeczają rozsądkowi, bo chcesz się ratować za wszelką cenę. Nie ważne, że jesteś małpą. Staniesz w swojej obronie i zbijesz hienę po głowie, bo zbytnio rzuca się po szalupie. Nie ważne, że jesteś surykatką. Możesz spać na drzewie, żeby w nocy nie stała ci się żadna krzywda.
  Bardzo miło wspominam tę lekturę, przede wszystkim dzięki Pi Patelowi i Richardowi Parkerowi. Byli razem niesamowici, pewnie dlatego koniec tak mnie zabolał. Trafiłam na ładniutką okładkę w pomarańczowej barwie, najwyraźniej już po produkcji filmowej. Twarda oprawa, spora czcionka. Szybko się czyta. Szybko i przyjemnie. Dlatego polecam tę książkę każdemu. Co tu dużo mówić? Na mnie zrobiła wrażenie. Na was też może zrobić, jeśli dacie jej szansę.


Tytuł oryginału : Life of Pi
Autor :Yann Martel
Wydawnictwo : Albatros
Przekład : Magdalena Słysz
Ilość stron : 400